wtorek, 1 maja 2012

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 30 kwietnia 2012



Wpis poniedziałkowy naprawdę miał być w poniedziałek. No, naprawdę miał być. Tyle że dla towarzystwa zaczęłam z tatą siedzieć przy jakimś filmie z Melem Gibsonem (powiedzieć, że zaczęłam oglądać byłoby nadużyciem) i zasnęłam. Jak w końcu pod pretekstem jakiejś reklamy doczłapałam do łóżka, to niezbędność wpisu okazała się być słabym argumentem, żeby mnie powstrzymać.
Dlaczego zamiast takiego Gibsona nie mógł grać, dajmy na to, Eric Roberts, jak ostatnio? Jak się widzi taką zadziornie mroczną twarz, to nie można zasnąć
Albo jeszcze by mogli zrobić w jednym utworze duet Erica i Johna Simma. To byłaby dopiero masakra. Gdyby dawali takie filmy, to by człowiek odchodził od telewizora i zawsze miałby ochotę na wpis, a nie jak z takim Gibsonem - taki film akcji, że zasypiasz na stojąco :q

Jeszcze dwa dni temu myślałam, że z wybuchającym ptaszkiem będzie trudniej, a tymczasem niewiele po wystawieniu "ogłoszenia" o następującej treści:
Ptaszek będzie trudniejszy.
Fiona spaceruje po lesie, nagle zaczyna śpiewać, pojawia się ptaszek, ćwierka razem z nią. Ona przechodzi w wyższe tony, ptaszek też, Fiona coraz bardziej wyciąga, ptaszek nie wytrzymuje, wybucha z cichym PUUU! i tylko piórka latają.

wyzwanie podjął sam Jeden Z Najlepszych Administratorów:


stąd i stąd

Niezłe, co? :) Mają co prawda mnóstwo niedociągnieć (jak okropny czas ładowania i ten paskudny podpis w prawym dolnym rogu), ale jak bym chciała, to mam czym je sobie przerobić.

Znajomy superbohater Niessamowity Profesor, z którym prowadzę pertraktacje wszelakie dotyczące zwłaszcza jego dzieł literackich, wymyślił ostatnio biznes:
Byłem na rowerze i wpadłem na pomysł nowego serwisu literackiego.
Miałby on służyć początkującym literatom do przygotowywania swojej pierwszej książki czy opowiadania na konkurs.

Okazało się, że pomysł serwisu, w którym chętni autorzy umieszczaliby swoje teksty, nie jest wcale taki wyeksploatowany jak mogłoby mi się wydawać. Tutaj gwoździem programu byłaby łatwość dzielenia się swoim utworem, ale tylko z tymi, których wybrałby autor (np. żeby się nie czepiali w konkursach, które zabraniają wcześniejszej publikacji).

Nie powiem, nie bardzo widziałam w tym dla siebie miejsce (nie licząc oczywiście potencjału programistycznego - dzidzia chce PHP!), jednakże niewiele później, w kolejnym mailu pojawia się aluzja do moich wnikliwych talentów komentatorskich:
Już widzę jak by pani rozkręciła ten serwis. Można by zarabiać też jako agencja autorska pomagająca przygotować obiecujące teksty i podsyłająca je wydawnictwom. W razie sukcesu autor odpalałby prowizję ze swoich tantiem.

Czyli kolorowo się robi - pieniążki za komentowanie. Gorzej, że nie bezpośrednio, bo dopiero jak się sprzeda delikwenta wydawnictwu, a to, jak wie każdy, kto często pisuje coś dłuższego niż SMSa, jest zadaniem trudnym i niebezpiecznym.
W ogóle w tej propozycji co druga rzecz wydawała się trudna i niebezpieczna. Niby pomysł niegroźny, bo bez wkładu własnego, niby facetowi już ufam i ufam też temu, że - jak to mi już nie raz demonstrował - ma za sobą produkcję i dystrybucję już niejednego potencjalnopomysłowego serwisu, "obstukane sprawy formalne", ma zaprzyjaźnionych potencjalnych klientów, a także nawet znajomych inwestorów. Ale jednak akurat w tych jego dziełach, które pokazywał mi jako kojarzące się z tym, co chce zrobić teraz (Pioskuj i Labiryntus) niewiele się dzieje, tymczasem wiadomo, że w dzisiejszych czasach w Internecie to trzeba być naprawdę niezłym FaceBookiem, żeby zdobyć niezbędną rzeszę fanów, tymczasem czas poświęcony też kosztuje...
Z drugiej strony ja bym i w FaceBooku potencjału nie dostrzegła* Więc - a co tam, zaufam: uf, óf.

Żeby odciągnąć swoją uwagę od rzeczy, których się nie nadaję, czyli życiowych, praktycznych i przydatnych, zajęłam się czym innym...
Ma Pan jakąś nazwę dla serwisu? Bo kiedy wyobrażałam sobie, że sama bym miała mieć coś takiego, to łaziło mi po głowie, żeby w tej nazwie było słowo... "holistyczny".

Tak, tak, to przez to słowo agencja, czyli znowu Dirk
Tak, od pewnego czasu wyobrażałam sobie, co by było, gdybym miała mieć taką niby firmę oferującą odpłatne komentarze do krótkich opowiadań (i jak bym ją nazwała ) i, tak, po wyłożeniu mu wszystkich swoich za i przeciw wyskoczyłam, że nie-nalegam-aczkolwiek-bardzo-by-było-mi-przyjemnie, gdyby ten nasz serwis dało się nazwać Holistyczną Agencją... jakąś tam, nieważne XD Nawet wysnułam argumentację:
Częściowo byłby to taki żart, częściowo coś orginalnego przyciągającego uwagę, no a częściowo (jeśli ktoś już na poważnie zacząłby się interesować) naprawdę mówiłoby coś ciekawego o naszym serwisie - że zajmujemy się tematem bardzo całościowo, od poprawiania drobnych literówek po "specjalistyczne" sugestie co do różnych aspektów tekstu przez udostępnianie wybranym czytelnikom i namawianie ich do komentowania (prawda?) aż po proponowanie u wydawców.

No bo czyż to nie byłoby to holistyczne podejście do tematu? Zagubiony początkujący pisarz odwiedzałby nas i w zasadzie mógłby być poprowadzony przez wszystkie etapy obrabiania tekstu od oceny przez korektorowanie pod wydawanie. A jak sobie jeszcze pomyślałam, jakie są te moje komentarze (no dobrze, przypomnę, że są na przykład tutaj), że znajdzie się w nich wszystko od rozważania kolejności wyrazów w zdaniu po analizę znaczenia danych sformułowań w kontekście całego utworu i wrażeń, jakie poszczególne akapity wywierają (lub wywierać powinny) na czytelnika, to już sobie pomyślałam, że jestem wręcz wzorową reprezentantką tego nurtu i że żaden serwis nie będzie bardziej zasługiwał na miano holistycznego
No powiedzcie - bo nie da się ukryć, że albo mam rację albo totalnie mi odbiło

A tak naprawdę... moim pierwszym skojarzeniem z Holistyczną Agencją było to, że jeśli dobrze oceniam kondycję inwestycyjnoprzewidującą mojego superbohaterskiego kolegi-literata, to będziemy na tej agencji (jakkolwiek by się nazywała) zarabiać mniej więcej tyle, co Dirk Gently na swojej, czyli raz na kwartał pójdziemy na pizzę


Na koniec - mały prezent od Kitiny:



Dzisiejsze Głupie Pytanie też nie będzie mojego autorstwa:

Symbolem firmy Apple jest:
a) jabłko
b) ananas
c) sałatka owocowa




____________________
*A cóż tu owijać - do dziś go nie widzę :q

4 komentarze:

  1. Według mnie banan. :) Ale szukanie gifów sememu jest bardzo trudna ja sama też kiedyś jakiegoś szukała i do dziś go nie mam. Ale do teraz już zapomniałam co to miało być. Przydałby się na takim polsacie czy jedynce film z Simmem. Ja próbuję oglądnąć "Życie na marsie" i ciągle nie mam czasu, a tak byłoby mi łatwiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie jest trudne - nie wiem, co do czego nie próbowałam XD Ale dorwę sobie tę kreskówkę z "Maską" i zrobię sobie sama dokładnie taką wersję, jaką mam przed oczami, odkąd to oglądałam. Kiedyś, kiedy będę miała czas.
      W ogóle zadawanie innym szukania jakiś przecudowanych .gif'ów mogłoby być fajną zabawą. Teraz na przykład łazi mi po głowie jakaś parodia m.in. "Gwiezdnych wojen", gdzie kilka minut przed końcem filmu główny arcywróg, na którego spadł fortepian, zwija pod ten fortepian stopy w takich śmiesznych pasiastych skarpetkach...

      No nie wiem, czemu tak nie dają tych filmów z naszymi ulubieńcami w normalnej telewizji - wszystkiego jak na lekarstwo :r Wiesz, najlepiej to wymusić sobie jakąś konkretną godzinę i dzień w tygodniu i kategorycznie wtedy oglądać. Byłoby jak w telewizji :)

      Usuń
  2. A jak dla mnie jabłko, które dostało z półobrotu - tylko Chuck Norris potrafiłby tak je wyciąć 1 kopniakiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy jak wyciąć - że od razu obrane ze skórki i wydrylowane?
      Nie kojarzy mi się to ze Stevenem Jobsem XD

      Usuń