niedziela, 11 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 10.03.12 Sobota

Miałem niespotykanie ciężki poranek, niby obudziłem się o 6:00 ale przeleżałem do 11:00. Później świętowałem dzień mężczyzny :D:D:D:D:D:D:D:D (w sumie mógłbym złożyć życzenia żę wszystkiego najlepszego itd ale prawdę mówiąc jestem egoistą i to ja chcę najlepszą dziewczynę we wszechświecie która będize fantastycznie bombastyczna i najlepsze Ferrari wraz z najlepszą benzyną oraz najlepszy breloczek do najlepszych kluczyków do mojego najlepszego Ferrari z najlepszą benzyną).

"Wiosna, ach to ty!"

A teraz trochę o moich zwierzątkach: Po 3 miesiącach zmieniłem wodę bambusowi. Dawno nie wspominałem o Burku :D otóż Burek troszkę urósł, ma jakieś 15 m, miejscami wydziela się z niego ogień, zieje ogniem, lata szybko niczym błyskawica i nauczył się wstrzymać pierdzenie(ale nadal pierdzi). Zorganizowałem sobie uprzęż ognioodporną i nauczyłem się na nim latać :D
tzn tak troszeczkę wydaje mi się (w sumie już prawie umiem nim skręcać bez uderzania o coś).
Zrobiliśmy sobie próbny lot, i lecimy lecimy, wlatujemy w chmury i lecimy aż tu nagle BĘC !!!

Okazało się że uderzyliśmy w wielki latający lodowy zamek. Bramy się otworzyły, wchodzimy do środka to nie dość że zimno to ciemno. Było całe mnóstwo lodowych posągów i kolumn, przechadzaliśmy się przez dobra kilka minut aż w końcu dotarliśmy do głównej sali, oświetlonej przez kryształy. W samym jej centrum stał wielki lodowy tron a na nim siedziała smutna dziewczyna ubrana na całkowicie biało w białych włosach. podszedłem wraz z Burkiem do niej, ona z zaciekawieniem popatrzyła, powiedziałem grzecznie z delikatnym ukłonem :
- Dzień dobry, jestem Myth a to Burek
- dobrý den (dzień dobry)- odpowiedziała
- kim pani jest ?
-
Jsem Sněhová královna a někteří volají mi zima (jestem Królową Śniegu a niektórzy mówią na mnie Zima)
- Miło mi Panią Królową poznać, ale tak właściwie to co Pani tu robi ?
- Sedím na trůn idiot (siedzę na tronie idioto)
- aha, no tak. a nie powinna Pani królowa już być kawałek dalej bo w Polsce powinna już być Wiosna ?
- Ano, mám, ale iontové motory se porouchal a quartz'm přilepená (tak, powinnam ale silniki jonowo-kwarcowe się zepsuły i utknęłam)
- oh ależ niech Pani Królowa się nie martwi, ja jestem superbohaterem ratowanie kobiet w tarapatach to moje hobby, zaraz biorę się do roboty.
- chůze se dostanete dolů (chodź zaprowadzę Cię na dół)

Poszliśmy na dół do maszynowni, a tam ogromne silniki jonowo kwarcowe stały i ani drgnęły, próbowaliśmy z Burkiem wszystkiego, walenia młotkiem, siekierą, gaśnicą (nie wiem po co komu gaśnica w lodowym zamku gdzie wszystko jest z lodu i nic nie może się zapalić), nawet próbowaliśmy hakować system ale to i tak nic nie pomogło, już mieliśmy wracać na górę ale coś mnie podkusiło i nadusiłem przycisk "rozruch w przypadku nie działania silników". Nagle usłyszałem takie brzdęk ! i z jakiejś dziury w ścianie wyszedł mały eskimos i nakrzyczał na mnie :
-
hloupá hloupá! Proč s ním pohrát? (głupi głupku ! dlaczego przy tym majstrujesz ?)
a potem podszedł do silników cośtam porobił i wrócił do dziury. Silniki działały, zamek zaczął lecieć.

Wróciliśmy z Buriem na górę, Królowa Śniegu była niezmiernie zadowolona, zaproponowała że zrobi mi loda ... No to ja wziąłem kawowego a Burkowi z pieprzem (bo jako smok ognisty lubi ostre rzeczy typu papryka, chilli, keczup pikantny, igły i pinezki). Tak oto przyczyniliśmy się do odejścia zimy :) teraz nadchodzi upragniona wiosna ... Ja wróciłem do domu a co z Burkiem ? Niestety nie mogę go już trzymać domu więc przetransportowałem go do rodziny mieszkających pod Łodzią (i teraz im tam pierdzi :D).


Piosenka dnia :

DOBRANOC :D

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 10 marca 2012



Z licznych nielicznych źródeł dochodzą do mnie wieści, że był dzisiaj Dzień Faceta. Niezła sprawa z tym świętem - nikt nie wie, kiedy tak naprawdę jest, więc chłopcy po cichu obchodzą je sobie parenaście razy w roku :D No cóż, któregoś dnia musiało się tak zdarzyć, że pobijecie nas, dziewczęta, naszą własną bronią i jak my się domagamy kwiatków na rocznicę trochę częściej niż zwykle (Co? Znowu zapomniałeś???), to Wy macie radochę z Dnia Faceta.
W każdym razie - każdemu, który uważa, że ów dzień przypada właśnie DZISIAJ i się w związku z tym poczuwa: WSZYSTKIEGO NAJLEPSIEJSZEGO ;p

No, wreszcie się coś dzieje! W sobotę rano dźwięk refrenu Voodoo Child zespołu Rogue Traders zwala mnie z łóżka - zdecydowanie coś się święci. Jak okazało się po odebraniu słuchawki, w mieście pojawił się niejaki Złoty Rycerz (do bani nazwa, w ogóle niemelodyjna), który grasuje po naszym miejskim rynku.
Pięć minut i byłam.


stąd

Jak ustaliłam naocznie na miejscu koleś faktycznie był zrobiony na złoto, wiecie - złoty hełm, złota zbroja, złoty miecz, złote zęby, złote rękawice, złote oczy (wszystkie trzy)...


stąd
Inny koleś zrobiony na złoto.

Co robił? Hmm, no... Straszył ludzi przede wszystkim i rzucał owocami, z naciskiem na melony (nie wiem, może nie lubił; być może gdybym ja była złym łotrem, a nie superbohaterką, to rzucałabym w przechodniów grejfrutami). A, zapomniałabym: kazał też oczywiście przekazać, że chce rządzić światem. Mógł tego nie dodawać, byłby orginalniejszy i bardziej przekonujący.

stąd stąd
Grejfrut przed i po rzuceniu go o ścianę.

Nie podobało mi się, że Złociutki miał miecz i tak sobie nim całkiem sprawnie machał - ja nie posiadałam i nie nosiłam nigdy żadnego orędzia... tfu, oręża, znaczy się i to się nagle okazało być moją słabością. Bo dotychczas to była zaleta, jak nie musiałam sobie niczym takim zawracać głowy, tylko po prostu machnęłam prawym czy lewym sierpowym i już było po sprawie. Ale tak na mieczyk? Też by pasowało mieć jakikolwiek. Taki Myth dajmy na to, to może i latać nie potrafi, ale jak już wyciągnie swoje hipertytanowe kalesony albo jakąś bazookę zamocną albo inne odrzutowo zaawansowane cudo, to nikt mu nie podskoczy. Ja mam jeszcze kopniaka w serwisie, tyle że tym razem noga kategorycznie za krótka, no a w każdym razie zapowiadało się, że jeśli nią machnę nie tak jak trzeba, to się zrobi jeszcze krótsza.

Ja tak sobie dywagowałam, a gość wciąż machał. Jak ten Bruce Lee czy inny zorro dumny z tego, że obie ręce ma prawe.
Trzeba było coś wymyślić.
Po spytaniu przygodnej staruszki, czy nie ma czasami jakiegoś podręcznego miecza i uzyskaniu odpowiedzi przeczącej (aczkolwiek pani posiadała wiagrę i była gotowa pożyczyć; jak spojrzałam na tego Złotego Rycerza, to powiem Wam, że nawet mogłabym mu zanieść kilka), przeszłam do planu B. Tj. skoczyłam do pierwszego lepszego owocowego i zakupiłam 100 kilo kokosów.


stąd
Jedna z pierwszych rzeczy, która wyskoczyła w Google po wpisaniu frazy 100 kilo kokosów.

Jak widać na załączonym obrazku, fortel się udał - nikt nie był w stanie przewidzieć działań superbohaterki, która kupuje w owocowym 100 kilo kokosów. Nie wiem, co na to Czytelnik, ale jeśli zdołał przewidzieć, że będę zamierzała nimi rzucać (żeby nie powiedzieć trafiać) w delikwenta, to zalecam zgłosić się do MENSA (albo do lekarza).
W każdym razie: przystąpiłam do akcji - zasięgnęłam parę owoców orzechopochodnych i rozpoczęłam regularny ostrzał.
Nie ma co, Rycerz był zdziwiony moją akcją i najwyraźniej zły tym, że zdecydował się czekać. Teraz czymprędzej poderwał się, zrobił parę piruetów czy jakichś ósemek w powietrzu (nie, zaraz - ósemki to robią samoloty? no nie ważne) i próbował mnie zdecydowanie dziabnąć, ale się oczywiście zdążyłam odsunąć. Miecz wbił mu się w stos marchwi, więc miałam chwilę, żeby skryć się za czającą się niedaleko dynią, jednak tylko chwilę, bo się zaraz wyszarpnął i zaczął znowu się zamachiwać na mnie. Zrobiłam jeszcze ze dwa uniki wpadając w ogórki i odrzucając pomidorem, Złoty Rycerz natomiast uchylił się i poderwał mieczem kilkanaście śliwek! Już myślałam, że mnie znokautują, kiedy chwyciłam dwie sałaty i zaczęłam nimi blokować ostrzał. Rycerz był wręcz oniemiały - widać, że nie spodziewał się takiej zawziętej przeciwniczki po jakiejś ubranej na różowo lasce (tak, tak, zawsze dają się zmylić) i, po chwili namysłu i mierzenia swoich sił, schował miecz i skupiając fale swojego umysłu w bardzo ostentacyjny sposób (wiecie, niemalże takie Omm... Omm...) uniósł leżącego nieopodal arbuza. Ludzie krzyknęli, ja też - lewitujący arbuz! No naprawdę, szkoda, że nie miałam wtedy komórki, ale zapewniam Was - to chwilami było lepsze niż sam Desmond!


Ogólny zarys lewitującego arbuza.

No centralnie! I to jeszcze nie koniec. Bo podczas gdy ja się tak patrzyłam na tego arbuza i się dziwiłam, że co ten Złociutki taki ograniczony, że zamiast np. unieść i rzucić od razu mnie, skoro ma taką fajną moc, on się bawi arbuzami, i wszyscy zakupowicze się spoglądali, to... Złoty Rycerz tymczasem capnął na barki 6 skrzynek melonów i dwa kilo jonatanów i odleciał! I tyle go widzieli, już nie wrócił! A było tak fajnie. Wreszcie można się było z kimś pobawić mieczami, a tu masz :r
Czyżbym go za bardzo stłukła?
W dodatku, ja nawet nie zauważyłam, kiedy on się oddalił. Zorientowałam się, że coś jest nie tak dopiero wtedy, kiedy ten lewilujący arbuz spadł mi na głowę (znaczy: on już nie był lewitujący w chwili spadania, ale niestety nadal był arbuzem).

Podsumowując: nie odwracajcie się, nie mrugajcie i strzeżcie się lewitujących arbuzów.


Ale ale - to jeszcze nie jest koniec wrażeń na dzisiaj. Bo niedługo po tym, jak wróciłam do domu (i otrząsnęłam się z arbuza*), mama, która nie jest superbohaterką, zawołała mnie do pomocy przy kurczaczkach. Dokładniej: przy ich wynoszeniu. Bo oto moi drodzi - stało sie. Czas zakończyć cykl Kronik Kurczęcych na odcinku XXIV. Nasze ptasie maleństwa urosły, do tego mama uznała, że warunki na zewnątrz są w miarę komfortowe i miałam zaszczyt własnoręcznie pomagać wynosić je na zewnątrz. Najpierw kurczaczki zostały wpakowane tymczasowo do (niestety niedostatecznie komfortowej) plastikowej skrzynki w celach transportowych:



Oczywiście mimo swojej dorosłości są jeszcze za małe, żeby puścić je samopas na dwór, o czym najwyraźniej nie wiedziały kury wielce zniesmaczone tym, że jakieś podlotki mają przejąć ich kwaterę pod folią, gdzie dotychczas całymi dniami urządzały sobie babskie wieczorki przy kawie:


Wejście pod folię i kilka niepocieszonych kokoszek.


Bezpośredni widok przez wizjer.

Wręcz przeciwnego zdania były maluchy, kiedy już opuściły skrzynkę:




:)

Dla Czytelników spragnionych małych zwierzątek na dwóch nóżkach mam tu na pocieszenie kilka słodkich kaczuszek:



Wkleiłabym jeszcze Kocią Rózię (Kocia Dama jak wiadomo jest dobra na wszystko), niestety dzisiaj chyba w ogóle do domu nie zajrzała :(


Piosenkę, którą na dzisiaj wybieram, usłyszałam, oczywiście przypadkiem, jakoś po południu w radiowej Trójce. Jak powiedział pan redaktor, podobno jedna z najsurrealistyczniejszych piosenek tego zespołu.
(Teledysk jest w ciemno, bo Wrzuta znowu nie domogła.)



(Zaczynam powoli lubić tych Duran Duran.)

P.S. A, i jeszcze! RedHatMeg nabawiła się zabawnego zwyczaju informowania mnie natychmiast na PW w razie pojawienia się nowego jej opowiadania :) W takim razie - ja linkuję dalej.
____________________
*ale z traumy po nim się nie otrząsnęłam - jestem przekonana, że do końca życia będę wrzeszczeć na widok lewitującego arbuza :/