piątek, 24 lutego 2012

Ksena Wojowniczka , Dziennik Superbohaterki 24.02.12 Piątek

Odkąd tylko wstałam(była ok. godzina 12:00) miałam same niespodzianki, najpierw przyjechała mama mojej kuzyneczki Madzi i zabrała mi moją podopieczną (a miała przyjechać dopiero za miesiąc) i nie mam teraz kim się opiekować (nie licząc Mytha), no cóż zdarza się. Na szczęście o godzinie ok. 14:00 spotkała mnie mila niespodzianka: koleżanka, która nie jest superbohaterką zabrała mnie na pizze i ona oczywiście stawiała. Ale nie to było największa niespodzianką jaka mnie spotkała w dzisiejszym dniu. Najciekawsze było to, że w pewnym momencie dostałam sygnał SOS z niewiadomego źródła, oczywiście od razu skontaktowałam się z Mythem i wyruszyłam do Głównego Pokoju Kontrolnego w celu wyśledzenia źródła tego sygnału.

Okazało się że sygnał dochodził z planety Pluszowej zamieszkałej przez pluszowe misie, które zostały ożywione przez szalonego naukowca, uratowane przez nas i przewiezione na wymieniona wyżej planetę (ale to inna historia). Od razu postanowiłam wyruszyć, lecz wcześniej musiałam wydobyć z tajemnego pomieszczenia magazynującego przez zwykłych ludzi nazywanego garażem mój ukochany super ścigacz gwiezdny nazywany Gwiazdką (Myth mi zazdrości bo nie zdał egzaminu na super śmigacze gwiezdne i samochody osobowe). Nie obyło się bez kłopotów po drodze: otóż zapomniałam zatankować moją ukochaną Gwiazdkę i musiałam poczekać aż przyleci Myth ze swoim wysoce technologicznie zaawansowanym osobistym plecakiem odrzutowym wysokiej mocy.

- jak się tu dostałeś tak szybko – spytałam
- benzyna jest ważna chyba o niej nie zapomniałaś? – odparł Myth śmiejąc się – zapomniałaś, przyznaj się
- nie zapomniałam tylko wiesz że mam bardzo dużo ważnych spraw na głowie
Po krótkiej kłótni doszliśmy do porozumienia, że los Misiaków jest ważniejszy. Nigdzie nie było ich widać. Nagle z za góry śmieci wydobył się jeden z pluszaków i opowiedział nam jak to się stało że wezwał pomoc:
- to było jakieś dwa dni temu ziemskie oczywiście bo u nas nie minął nawet jeden dzień, zastanawialiśmy się czy w ogóle się zjawicie, ale jesteście więc przejdę do sedna, dwa dni temu na naszej planecie pojawiło się coś to coś bardzo was przypomina ale było większe i jakby pełzało i okropnie się śliniło.

Jak się domyśliliśmy z Mythem okazało się że rodzina Olbrzymskich zgubiła swojego dzieciaka i ono jakimś sposobem znalazło się na planecie Pluszowej. Po odnalezieniu dziecka Olbrzymskich czekała nas nowa niespodzianka otóż zostaliśmy wzięci za zabawki, tak my superbohaterowie jako zabawki przecież to jest jak degradacja, ale wpadłam na pewien pomysł. Moim pomysłem było to, że dzieciak Olbrzymskich bardziej zainteresował się mną z niewiadomych przyczyn więc kazałam zaprowadzić Mythowi Pluszaki w bezpieczne miejsce i szybko skontaktować się z Olbrzymskimi. Po paru godzinach uciekania przed dzieciakiem jego rodzice raczyli przylecieć oczywiście nie obyło się bez poślinienia Mytha przez malucha co było dość zabawne.

Szczęśliwi rodzice dziękowali nam a potem sobie polecieli w dal. Pluszaki tez bardzo nam dziękowali i nawet wystawili nam pomnik co prawda z pluszu i przedstawiający poślinionego Mytha ale zawsze coś. W drogę powrotną sama poleciałam moją Gwiazdką ponieważ nie chciałam podróżować z zaślinionym bohaterem.
Gdy wróciłam do domu czekała na mnie już kolacja zrobiona przez mamę która nie jest superbohaterem ale to zawsze mama i chyba tyle na dzisiaj papa :D

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 23 lutego 2012



Ludzie! WoW! Nie żebym była fanatyczką, ale... FaceBook Will End On March 15th! NIEWIARYGODNE O.o Wchodzenie na giełdę, nowe aplikacje, rywalizacja z Google, a tu nagle Zuckerberg mówi, że za wszelką cenę chce odzyskać swoje dawne życie i doradza usuwać swoje dane i zdjęcia z portalu.
Już czułam się, jakby na moich oczach rozpadał się Związek Radziecki, kiedy nagle dowiaduję się, że robienie sobie jaj to specjalność WeeklyWorldNewsa.
Kurce, szkoda, naprawdę wielka szkoda :/ Nie mniej muszę na tego WWN częściej zaglądać

Na początku dzisiejszego dnia (około 2:00 w nocy) zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że naszego superbohaterskiego bloga czyta nieco większa (jak bardzo większa?) liczba czytelników niż oczekiwałam. Otóż RedHatMeg zdradziła, że pisze swoje opowiadania bezpośrednio z myślą o mnie, bo zrobiłam jej zajebistą reklamę na blogu .
Ale byłam zdziwiona! XD Może mam coś z informatyka, ale najwyraźniej nie z internauty, bo za nic nie doceniałam potęgi sieciowego trafika. Ale że..? Przecież ja na Vampirciowie nigdy nie wspominałam, że mam bloga. Jedyna łączność ja - Meg, to Vampircia właśnie. Ale że ona poświęciła swoją cenną uwagę takiemu wybrykowi jak ten blog..? Czytała? Dopiero teraz przyszło mi do głowy, żeby się zastanawiać, jakiej interpretacji właściwie mogłyby by podlegnąć (podlec?) moje słowa sprzed paru dni.
A jak teraz Capitano Senseschi do mnie ponownie napisał, to czy ja mogę/mam prawo tutaj spokojnie napisać, że znowu głupieję ze szczęścia, że już wybraliśmy razem na nazwę bloga nieznajomi-z-gallifrey.blogi.pl i w ogóle że znów mi przysłał nowy fragment? No bo - ja jestem specjalistą w robieniu z siebie głupka przy ludziach, owszem. Ale przed samym zainteresowanym to już by było chyba takie nietaktownie niesuperbohaterskie jakby, nie?

No i to jest teraz tajemnicza sprawa - kto tu zagląda? Jeśli rzecz nie tkwi w znajomościach, a w powiedzmy w feedbacku tak zwanym (ja linkuję - oni to widzą), to i Shadi mogłaby wiedzieć. Ale nie... bez sensu. I kiedy ona ostatnio na Forum SAWM zaglądała? Ostatniego czerwca! I to w Offtopic XD Ale podesłanie jej linku do Żaka na niedostępnym było dobrym pomysłem - można było wybadać nastroje, podejście... Podejście było na tyle dobre, że przegadałyśmy wreszcie łącznie ze dwie godziny (z przerwami, czyli ostatecznie 5 godzin), jednak znowu o nieprzyjemnych nudach szkoła-praca-bezrobocie. W dodatku zrobiła się z niej kolejna osoba, która nie może się nadziwić, że nie wyjeżdżam za dwoma tysiakami na drugi koniec Polski XD

Dzisiaj znów 12-letnia córka znajomej miała wizytę, ale... słuchajcie! Najpierw strzelania i płochych spojrzeń coraz mniej, potem odpowiednie reagowania na moje sugestie, aż wreszcie pojawia się zadanie:
Pan Mietek zakupił siedem worków 25-kilowych cementu oraz jedenaście kartonów glazury po 5 kg każdy. Koszt cementu to 10,50 zł za kilogram, a glazury 37,50 zł. Ile łącznie zapłacił Mietek?

No i ona najpierw po drobnym namyśle, że 37,50 dodać 10,50, ale już jak jej przypomniałam, że kartonów było więcej niż jeden, to od razu zaskoczyła i powiedziała jak trzeba ceny razy odpowiadające im produkty! Nie dość, że w treści pałętały się przecież inne liczby (zadanie miało podpunkty), to jeszcze te właściwe napisane były słownie (!), a ona jednak zrozumiała, co i jak! I to serio, zrozumiała, a nie palnęła z trudem za piątym razem. Niby przerabiałyśmy coś podobnego z płaceniem i kupowaniem w tamtym czy jeszcze poprzedniejszym tygodniu, ale to dla niej wieki. Tymczasem w tej małej niecierpliwej główce coś wyraźnie zatliło, nawiązała się łączność pomiędzy luźno rzuconymi przed nią informacjami.
Może to zabrzmi nieszczerze, ale jak tak na nią wtedy patrzyłam, to miałam wrażenie, że się wzruszam.

Zbiera mi się lista rzeczy, o których zapomniałam. Wcześniej tutaj zrobiłam sobie listę rzeczy, które miałam napisać i w zasadzie dobrze to wyszło: nie zapomniałam, choć też jeszcze nie zrobiłam wszystkich. Więc teraz też sobie wymienię:
  • Poszukać, co to za aktor gra niepowtarzalnego Desmonda (tak, tego tutaj );
  • Zarejestrować mnie i mamę w Postaw na milion - sama tego chciała, znaczy: ja miałam tylko "poszukać". Tyle że jak już znajdę, to się rozmyśli, więc wiadomo XD
  • Poszukać na Allegro kompasu - bo jak wchodzę do obcego miasta z mapą i widzę nazwę ulicy, to bym chciała, żeby mi ta jedna nazwa wystarczyła, a nie zgadywać, która jej strona idzie na południe (zaraz, jak to było..? mech pojawia się na zwróconych na północ strony łopat robotników drogowych..?);
  • Poszukać na Allegro joypada (jak go nazwał Super Informatyk) do PC - bo granie na klawiaturze to jak rysowanie nogami;
  • Zlutować te słuchawki, które tutaj zdewastowałam w celu uzyskania wejścia liniowego


Jakoś tak dobrze mi robi, jak to tutaj zapisuję.


Miałam w planie jeszcze poszczuć Dagens tym, że jakiej to piosenki nasz kochany Paul McGann nie mógłby zaśpiewać, ale ostatecznie wpadłam sama, kiedy wyobraziłam sobie, jak przejmuje coś, czego zapewne Dag nie zna:



I... I want to wake up... wake up, wake up... With you!

Albo to, najlepiej z zachowaniem choreografii oryginalnej ;)



Tylko kto by mu tam towarzyszył? Może Tomek Baker ?

Kroniki Kurczęce część IX:
Mistrz kierownicy ucieka

czwartek, 23 lutego 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 23.02.12 Czwartek

No to tak jakoś dziwnie minął mi ten dzień bo od samego rana kuzynka niedawno urodziła i dziś przyniosła to małe coś. Chcieli mi dać to coś na ręce ale bałem się że zepsuje, kuzynka zapytała mnie czy popilnuje tego przez chwilę bo chciała odpocząć i pogadać trochę z rodziną w kuchni. Więc zostałem sam z Tym w Centrum Dowodzenia, było chyba rozładowane bo miało zamknięte oczy, leżało i się prawie nie ruszało (tak jak moje zdalnie sterowane gadżety - gdy jest słaba bateria to nie jeżdżą, a jak się ruszają to minimalnie). Więc siedziałem sobie i robiłem to co zwykle gdy nagle to małe coś się włączyło ! zaczęło wydawać z sobie takie dziwne dźwięki, jak syrena alarmowa. Zawołałem kuzynkę, przyszła i przestawiła to hałaśliwe Coś w tryb wyciszony. Próbowałem temu małemu czemuś wytłumaczyć czym są gwiazdy, planety i galaktyki a on tylko się tak dziwnie patrzył i ślinił czyli chyba mu się podobało. Już zacząłem opowiadać o czarnych dziurach ale kuzynka musiała nakarmić To coś i przerwała wykład.

"Wyjście na lody"

Patrolując miasto przypadkowo wpadłem na dawną koleżankę, okazało się że ona też jest superbohaterką! od niedawna ale jest, nazywa się Ksena Wojowniczka. Po krótkim spacerku wpadliśmy na pomysł żeby iść na lody (tak wiem, zima), pytanie za 10000 punktów : gdzie są najlepsze lody ?
-na Księżycu ! na Księżycu jest fabryka lodów, wiadomo że świeżo zrobione są najlepsze. No to nie czekaliśmy ani chwili popędziliśmy na miejscowy kosmodrom zwanym "Przystanek tramwajowy" i wsiedliśmy do promu kosmicznego typu TRAMWAJ.

Lot trwał kilka minut, szybko znaleźliśmy się na księżycu, z lądowiska dotarliśmy do fabryki w niecałe 30 sekund (bo oczywiście im szybciej lody dostaną się do ładowni statków tym szybciej trafią na Ziemię). Nad wielkimi drzwiami do wielkiej fabryki był wielki szyld z wielkim napisem "ARKTOS & Jakub Company"- coś mi to przypominało ale nie mogłem sobie przypomnieć co to było (zawsze tak mam, dziś3 minuty sobie przypominałem kto napisał jedną z moich ulubionych książek czyli "Małego Księcia" [dla nie wiedzących/nie pamiętających "Małego Księcia" napisał Antoine De Saint-Exupery]). Ale to nic, dostaliśmy się do środka, wielkie maszyny produkowały lody, znaleźliśmy pomieszczenie z napisem "kreatornia smaków lodów", po wejściu zobaczyliśmy całą masę pokręteł i dźwigni.

Zapytałem Ksenę Wojowniczkę na jaki smak ma ochotę a ona odparła że ma ochotę na lody pistacjowo-orzechowo-cytrynowe, no to zabrałem się za przełączanie dźwigni i przekręcaniu pokręteł ze smakami. Gdy już ustawiłem odpowiednią kombinację, wdusiłem przycisk START, ale lody strasznie długo się robiły, więc pociągnąłem za dźwignię prędkości robienia lodów, przełączyłem z "bardzo wolno" na "O cholera !" - niestety przypadkowo dźwignia się złamała (nie dlatego że ja tak silnie pociągnąłem ale dlatego że od mrozu). Wszystkie maszyny zaczęły pracować z pełną wydajnością 1 000 000 000 000 000 t lodów na sekundę. Włączył się alarm, magazyny nie wytrzymały tej ilości lodów,w kilka minut cała powierzchnia księżyca była pokryta lodami o smaku pistacjowo-orzechowo-cytrynowum (zdjęcie powyżej przedstawia powierzchnię pokrytą lodami(te ciemniejsze punkty to są właśnie te bardziej pistacjowe elementy.

Maszyny nie dało się zatrzymać normalnie, musieliśmy wyciągnąć wtyczkę. Poza tym że cały Księżyc jest teraz pistacjowo-orzechowo-cytrynowy pojawił się kolejny problem: Księżyc ma słabą grawitację i prawie nie ma atmosfery więc lody zaczynały się topić od słońca i zaczęły kapać na Ziemię. Więc Ziemi groziła pistacjowo-orzechowo-cytrynowa epoka lodowcowa ! Wraz z Kseną Wojowniczką chwyciliśmy za łyżeczki i zaczęliśmy jeść te lody, jedliśmy i jedliśmy i jedliśmy, gdy już sytuacja została prawie opanowana na lądowisku wylądował prywatny prom firmy "ARKTOS & Jakub Company". Wtedy z niego wyskoczył ogromny zdenerwowany bałwan wraz z równie zdenerwowanym pingwinem (znów pingwiny !), podbiegli w naszą stronę i zaczęli strzelać z lodowych pistoletów.

Starałem się załagodzić sytuację i mówiłem że było zwarcie, że jesteśmy Superbohaterami i że my tak tylko przelotem wpadliśmy i odladzamy Księżyc, ale chyba nie uwierzył i krzyknął "nie ważne czy jesteście superbohaterami czy nie! i tak was załatwię jak Tabalugę !" - przypomniało mi się ! to był Arktos, bałwan i okropny zbrodniarz. A pingwin to jego pomagier Jakub(Arktos ciągle żąda od Jakuba żeby ten zrobił mu loda). Wraz z Kseną Wojowniczką doszliśmy do wniosku że trzeba ich zlikwidować, lecz póki co najpierw trzeba było uciec ale potknąłem się o coś i upadłem. Konkretnie to potknąłem się o gaśnicę, tylko że to nie była zwykła gaśnica - byliśmy w fabryce lodów i tu zamiast gaśnic są miotacze ognia !

Na gaśnico-miotaczu ognia widniał napis "użyć w razie ataku wściekłego bałwana i jego pomagiera pingwina", no to włączyłem go i nagle z niego buchnął płomień i wszystko zaczęło topnieć. Ledwo stamtąd uciekliśmy, wszystko się zawaliło na Arktosa i Jakuba, gdy wracaliśmy do promu Ksena Wojowniczka usłyszała : "Jakubie zrób mi w końcu loda !" a po chwili "tak jaśniepanie". Wsiedliśmy do promu i wróciliśmy na Ziemię. Niestety nie mogę orzec czy Arktos i Jakub są całkowicie zlikwidowani, ale wiem że czasowo zneutralizowani na pewno.

Piosenka dnia :

dobranoc

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 22 lutego 2012



Zbieram sobie dzisiaj około 11:30 wiórki na warsztacie, w tle Kanał Pierwszy Polskiego Radia i wtem zauważam, że jakiś pan opowiada z jakimś wywiadującym go panem, że warto pisać pamiętniki, bo jak się wraca do niego po latach, to te nasze słowa przybierają na wartości, i często się też pisze będąc na jakiejś wycieczce albo przy uczestnictwie w wydarzeniu, które wyjątkowo na nas wpływa, bo w ten sposób zapisujemy nieuchwytne chwile naszych wrażeń, których nie wyłapiemy aparatem.
A potem pan prowadzący mówi coś w stylu Do dalszej rozmowy z Januszem Wiśniewskim wrócimy po [czymś tam], a ja tylko krztusząc się: Z TYM JANUSZEM WIŚNIEWSKIM
Noooo, z tym, jak powtórzyli po reklamach Właśnie ten od Samotności w Sieci i, napisanego po chyba piętnastoletniej przerwie, Z moim synem na fejsie. Z tym Januszem Wiśniewskim, którego bohaterowie wyznają sobie uczucie wyjaśniając sobie nawzajem całki, którzy rozpoznają miejsca, w których byli po braku literki Z w klawiaturze (i zastępowaniu jej, hmm, ósemką ) i z których jeden nazwał Boga największym programistą! Nie czytałam jeszcze tej jego najnowszej powieści, ale z tego, co mówi, to będzie typowym dla niego abstrakcyjnym miksem rozważań nad nauką, wiarą, miłością, wszechświatem i całą resztą.
Oprócz zdradzenia tych szczegółów poopowiadał jeszcze o znaczeniu blogów w dzisiejszym świecie - że niby pamiętniki, ale jednak nie pamiętniki, bo publiczne i są dowodem na to, że każdy ma jakąś własną opinię, którą chce podzielić się ze światem. I że niektóre lubi. Wiem, może nasz nie ma szans załapać się do elity tych niektórych, ale... może ktoś inny?
Poopowiadał, pożegnali się z nim, a potem, jak poinformował prowadzący po dobrych kilku minutach: wciąż przychodzą wiadomości z podziękowaniami. Nie z podziękowaniami dla radia za sam wywiad, ale dla pana Wiśniewskiego ze wspomnieniami, jak bardzo jego pierwsza książka odmieniła ich życie.

Aaaaaa może gdybym tak ładnie poprosiła, zrobiliby też wywiad z Jackiem Dukajem? Też chcę usłyszeć jego głos


Kiedyś już pisałam o zapachach i niemożliwości ich oddania w niby wszystko mogącej dobie Internetu, a teraz napiszę o dźwięku. No bo: siedzimy sobie w domu, przy stole i mama wspomina, że znalazła taką sporą kostkę koksu i wrzuciła do pieca. I zanim zdążyła dodać, że tym co ją trapi jest pytanie, czy kostka w ogóle się zapali, tata ułożył ciąg dalszy:
Patrzymy, a tu drzwi od kotłowni: PUU!


No i ja się właśnie zastanawiam nad tym z italikowanym PUU! No bo ja zapewniam - jak tata to powiedział i tak ręce ułożył lekko w kształt tego PUU!, to to brzmiało zupełnie inaczej niż to PUU!, które napisałam. To było takie niby PUU!, ale jednak nie PUU!, bo tam było w tym i f wtedy i o, takie PUU! bezgłośne i miękkie, a jednocześnie rozsadzające całą kotłownię.
I jak ja niby mam to napisać?


Telewizja masowo nagłaśnia ukryte talenty amerykańskiego prezydenta Baraka Obamy.
Jako kontrapunkt prezentuje polskich polityków spełniających się w folklorze, wojskowych, sportowych i śpiewaniu 100 lat, a dowodem miłości do dźwięków jest przytupywanie nóżką jednego z nich przy pieśni biesiadnej.

To jest wszystko na dzisiaj, co wydarzyło się do okolic godziny 15, a potem przyszła moja mała nieliczliwa podopieczna i dalszą część dnia wcięło. W zasadzie, do co istotniejszych rzeczy zrobionych potem mogę jeszcze zaliczyć recenzję krótkiego fanfikowego opowiadania Adrianny i opowiedzenie jej paru słów o utworze Vampirci. To pierwsze jest niepubliczne, a to drugie komentowałam już tutaj, więc napiszę tylko w skrótowym skrócie, że Adriannie poszło dużo lepiej. Zwłaszcza w psychologii i zwłaszcza dialogowej.

Zrobiłam też małą tyradę (hmm, co ciekawe, też dla Adrianny) na temat wyższości Pet Shop Boys. Znaczy się: nie wyższości nad innymi zespołami muzycznymi, które były tam poprzednio hołubione w temacie, ale nad czymkolwiek. Znaczy: ja nie mówiłam w zasadzie o tym, jak bardzo są wspaniali, błyskotliwi, pomysłowi i skromni - tylko zacytowałam parę ich piosenek:

Ostatnio za najlepszą ich piosenkę uważam Opportunities, ale jak byłam mała to lubiłam Go west i Suburbia. Niedługo po tym, jak tamte dwie mi się znudziły zgłupiałam jednak dla Rent i West end girls. Poza tym nie umiem się też skupić na I'm not scared, Tonight is forever, Was that what it was, King's cross, Did you see my coming... Z bardziej cudacznych to mają nawet takie odloty jak Can you forgive her? i Yesterday when I was mad, ale z radia znasz ich pewnie z Domino Dancing i Always on my mind (no i może tego nielubianego przeze mnie It's a sin). Ze spokojniejszych mogę polecić I want to wake up, Vulnerable, Miracle czy London, z szybszych może Shopping, Love ect, One more chance...
A ostatnio mam głupawkę na Building a wall


Nie zebrałam się za to za napisanie do Shadi Jasne, częściowo będę się usprawiedliwiać jej opisem, który nagle zmienił się na wojownicze wpierdala mnie twój infantylizm, no ale - jednak stchórzyłam. To niewiarygodne, co ze mną robi i jak przygniata świadomość upływu czasu i liczby momentów, w których mogłam napisać. Właśnie w tym kontekście porównywanie mnie do Doktora (który to w Wedding of River Song zebrał się, żeby zadzwonić do Brygadiera dopiero, kiedy było już za późno) naprawdę nie jest śmieszne.
W sumie ona może być rzeczywiście jak ten Brygadier, że czeka, ale jak co do czego zrobiła się dostępna... Uchwytem do rozmowy ma być temat konieczności/niekonieczności zamknięcia jej forum, który jednak jest już trochę nieaktualny. No ale w końcu muszę do niej napisać i to jak najszybciej - no jednak zależy mi, żeby spróbowała zapisać się do Żaka? Jest darmowy, pewnie mają mniejsze wymagania niż na pełnowymiarowych studiach, a jakaś edukacja jej się moim zdaniem należy.
Powiem to jeszcze raz - jeśli osoba, która na swoje osiemnaste urodziny kończyła trzyletni okres pisania ponad 300 stronicowej książki historycznej o kobiecie pnącej się po szczeblach kariery w SS nie dostała się na studia, to kto powinien się na nie dostawać?

Dobra, zacznę od wysłania czegoś jak jej teraz nie ma...

Kroniki Kurczęce część VIII:
Gorączka środowej nocy

Z okazji powyższej tyrady ;)



środa, 22 lutego 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 22.02.12 Środa

Od samego rana (12:00) obudziły mnie wrzaski zamkniętych przeze mnie czarodziejów. Otóż Kącącylącjusz Ędyncki i Genowefon Ultrafioletowy troszkę się zdenerwowali tym że są przetrzymywani w moim schronie przeciwatomowym zwanym piwnicą. A szczególnie tym że w owym schronie magia nie działa. Ubrałem kostium i wraz z Burkiem zeszliśmy na dół, ku naszemu zdziwieniu magowie zaczęli się przegryzać przez lity beton... gdy otworzyłem to przestali gryźć moje betonowe ściany i zaczęli mnie wyzywać że jak tak można tak potężnych czarodziejów zamykać w piwnicy (tzn w schronie przeciwatomowym zwanym piwnicą), ja im powiedziałem że zachowywali się jak dzieci, i wtedy Genowefon Ultrafioletowy zaczął krzyczeć że ze mnie jest gówniarz i zaraz będę jeszcze młodszy, Kącącylącjusz Ędyncki mu przytaknął i oboje wykorzystali całą swoją magię by rzucić na mnie czar odmładzania.

Lecz w ostatniej chwili zasłonił mnie Burek, wskoczył swoim kozim skokiem prosto w wiązkę magicznego pocisku, Kącącylącjusz Ędyncki i Genowefon Ultrafioletowy wyparowali a Burek zmienił się w takie okrągławe coś z takimi jakby żyłokorzeniami albo korzeniożyłami, jest twarde i ciepłe. Jeszcze nie wiem co to, ale w razie czego będę to trzymał koło kaloryfera, podlewał i wyprowadzał na spacer(nie wiem jak to co z Burka zostało będę wyprowadzał na spacer [może jakiś wózek albo same kółka]).



Piosenka na dziś od Ciasteczkowej Evy:

Dobranoc

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 21 lutego 2012



Skończyłam odcinek Tego dziwnego uczucia :D Taaaak, wiem, nie ma z czego się cieszyć, skoro pobiłam przy tym rekord przerwy (dwa miesiące), a osiem stron to przecież nie taki szał, ale... no, jednak, mam za sobą pewną całkiem wyraźną i całkiem ważną część opowiadania (no, przynajmniej taką... całkiem całkowitą :p), więc, jeśli zbierze dobre recenzje, to będę z siebie nawet zadowolona pomimo tej plamy z czasem. W końcu, jak niektórzy Czytelnicy mogli zaobserwować, problemy miałam nie tylko z zawiłościami fabuły, ale też z siostrą (jej chłopakiem zwłaszcza, jak tu) oraz z antymatematyczną uczennicą (początek tutaj).
Ale w ogóle dziwny dzień dzisiaj! Dzień takich braw godnych zakończeń. Ledwo wkleiłam swój fragment, gdzie trzeba, to już Kitina do mnie pisze, że prosi o ostatnie poprawki do swojego scenariusza do Dzieci Czasu (wreszcie! :D). Co prawda rzeczy godnych poprawek było na pęczki, ale... już machnęłam ręką, niech wreszcie da szansę innym, jeśli jeszcze pamiętają, jak to szło z wymyśloną przez nią postacią (a wiadomo jak jeszcze parę tygodni temu było trudno).
Do tego, jak widać bezpośrednio poniżej - Myth ogarnął film! No proszę, jak się zastanowić, to szło mu z nim niemal równolegle jak mi z moim fanfikiem. I też mu wyszedł ostatni dzień pracy!
Kitina do przodu, Myth do przodu... Tylko Super Informatyk skarży mi się, że w pracy jak krew z nosa nic nie idzie i nawet komputer powiedział mu osobiście, że ma go dość :( Ale... to nie wszystko - ponieważ uparł się i całkiem nieźle porozszyfrował tajemnice mojego fanfika ciągnące się przez ostatnie 60 stron, o czym tak bardzo marzył. Co prawda, za pomocą mojego tak i nie, no i jedynie w przybliżeniu (okoliczności wystąpienia kolejnego paradoksu chyba nie mógł wyłapać), ale jednak w naszej rzeczywistości nie ma chyba żadnego Doctora, który mógłby go wyprzedzić ;)

No więc miło.
Do tego dowiedziałam się, że... jednak rządzący i komisjujący wydali zgodę, żeby 29 lutego mecz Polska - Portugalia odbył się na Stadionie Narodowym! Wystarczyło się pojawić (moje wczorajsze odwiedziny):] W takim razie, skoro superbohaterowie już zamówieni (co najmniej dwoje a zapomniałam się wczoraj pochwalić, że rozdawałam też wizytówki) i nic złego Wam, widzowie nie grozi, możecie sobie śmiało rezerwować drzewa, murki, chodniki i kamienie

RedHatMeg chyba spodobały się moje opinie, bo napisała do mnie. Idea kolejnego one-shota do Powrotu do przyszłości, tym razem na wesoło i pytanie, czy mam jakiś pomysł. Powiem Wam, że chwilowo nie mam. Ale mam mieć ;)
Ciekawe, czy Shadi spodobałoby się na tamtym forum. Może trochę za dużo fanfików w porównaniu z opowiadaniami własnymi, ale jeśli nadal pisze... Miałam do niej napisać pod pretekstem zakończenia nagrań Sędzi Anny Marii Wesołowskiej (tu pisałam i tu) - w końcu to ona założyła najoficjalniejsze forum dla tego serialu (choć oczywiście po latach zagląda tam już dużo rzadziej niż kiedyś).
Głupie, parę słów na gg, a czasami tak do niektórych osób ciężko się odważyć, nie? Zwłaszcza po pewnym czasie...

Kitina podrzuciła mi durny filmik do obejrzenia. Jako że mój Internet wyciąga ile wyciąga i nie chciałam siedzieć z 3 minutowym filmikiem do rana (hmm... w zasadzie... niektórymi miarami... to już TERAZ jest ranek*), koleżeńska superbohaterka poświęciła parę minut na kuszenie mnie zaletami filmiku:

Jak wiesz we Włoszech bardzo dużo śniegu napadało i wiadomo trza odśnieżać. I ktoś zrobił z odśnieżnia grę komputerową. W tle 8-bitowa muzyka, elementy interface z gier, wodok z 1 osoby i bonus stages. A z nich najlepsza jest hyper turbina. Jeden to super turbina. Kolejny to łopatki do pasitku (takie na plażę). A ostani - hyper turbina piasku.

Byś musiała zobaczyć, ale wiem jak z twoim netem. Ale powiem tobie ogólnie: epickie.
Ach Ci Włosi.



Tylko gracz kepski - żeby się na 2 levelu wywalić!


I przyznać muszę, że jej się udało, jutro sobie włączę i choćby wieczorem obejrzę

Do tego jeszcze dwa kwiatki - list z FaceBooka, który znalazłam na koncie siostry (naprawdę nikt oprócz biebierowych podpowiedzi Kim nie ma pomysłów, co z nim zrobić? :p ):


List czytelniczki do redaktora kącika z poradami:

Drogi Jacku, mam nadzieję, że będziesz mi w stanie pomóc. Pewnego dniawybrałam się do pracy, zostawiając mojego męża w domu oglądającego telewizję. W drodze do pracy zgasł mi silnik i samochód został unieruchomiony jakieś dwa kilometry od domu - musiałam wrócić się aby poprosić męża o pomoc. Kiedy dotarłam do domu nie mogłam uwierzyć w to co zobaczyłam. Był w łóżku z córką naszego sąsiada! Mam 32 lata,mój mąż 34, a córka sąsiada ma 19. Pobraliśmy się 10 lat temu. Mąż przyznał mi się, że romansuje przez ostatnie pół roku. Mąż nie zamierza iść do poradni małżeńskiej. Jestem kompletnym wrakiem człowieka. Potrzebuję pilnej porady. Możesz mi pomóc?

Magda.



Odpowiedź:

Droga Magdo, zgaśnięcie silnika po krótkiej jeździe może być spowodowane przez wiele czynników. Najpierw sprawdź czy nie jest zapchany przewód paliwowy. Jeśli jest czysty, sprawdź wszystkie przewody i rury doprowadzające powietrze do silnika. Sprawdź też przewody masowe (uziemiające). Jeśli to nie rozwiąże twojego problemu to należy sprawdzić czy pompa paliwowa nie jest uszkodzona i czy dostarcza prawidłową ilość paliwa do wtryskiwaczy.

- mam nadzieję, że byłem pomocny. Jacek.

Cóż, grunt to lubić swoją pracę.

Drugim kwiatem dnia niech będzie mój (oby równie dobry ;) ) komentarz-cytat do niskolotnego dzieła kinematograficznego Uliczny Wojownik:
Główny szwarccharakter odcinka przemawia grzmiącym głosem do uwięzionych przez siebie zakładników:
- Zostaniecie zgładzeni przez przez najdoskonalszy wytwór mojego umysłu!
Po czym zostają oni zasypani łabądkami orygami.


Kroniki Kurczęce część VII: Lot nad kukułczym gniazdem

Nasłuchałam się dzisiaj muzyki, więc była spora konkurencja i bijatyka o podium w postaci miejsca tutaj, ale po wzięciu pod uwagę paru finalistów, wygrał zdecydowanie pan Bowie, który na dobre wpasował mi się do uszu i szumi w głowie do teraz :D



Heh, jak się któregoś razu dowiedziałam, jednym z ulubionych do śpiewania wykonawców wyjątkowo muzycznego Paula McGanna jest właśnie David Bowie, więc dzisiaj się zebrałam, poszukałam na YouTube, czy czasami nie ma jakiegoś wykonania powyższej piosenki (tak dziwnie smutnej każdym dźwiękiem...) albo chociaż Let's Dance (które właściwie nie wiedzieć czemu i bez wiedzy o czyichś upodobaniach kojarzy mi się z Paulem) i... nie znalazłam nic
Jejciu, Let's Dance w wykonaniu McGanna... To musiałoby być całkiem jak to.

____________________
*fajnie się o tej porze Mroczne Materie czyta :D

wtorek, 21 lutego 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 21.02.12 Wtorek

Kaszel ! kaszel mnie męczy ! nie daje mi żyć. Ale pocieszam się faktem że dzisiaj ostatni dzień pracy nad filmem i już więcej nie będę musiał się za niego zabierać. Zaprojektowałem nową supertajną broń przeciw superzłoczyńcą ale projekt prześlę dopiero jutro. Dzisiejszy dzień jak kilka pozostałych był bardzo spokojny o ile nie liczyć tego incydentu z czarodziejami ...

"Swary Magów"

W sumie to troszkę moja wina bo niechcący zbiłem czarodziejskiego szklanego owala (tak owala bo czarodziejskie szklane kule są już nie modne), i czarodziej "Kącącylącjusz Ędyncki"myślał że zrobił to inny czarodziej zwany "Genowefon Ultrafioletowy" i zamienił jego ulubioną kosiarkę w wściekłą gibonicę która je plastik (dodam że Genowefon Ultrafioletowy miał samochód marki Trabant [karoseria wykonana z plastiku], tak więc z trabancika nie zostało za wiele), wtedy Genowefon Ultrafioletowy zamienił rower Kącącylącjusza Ędynckiego w boa dusiciela. Kącącylącjusz Ędyncki potknął się o rower tzn o boa dusiciela z roweru. i upadł w tęczową kupę po jednorożcu... I wtedy się zaczęło, akurat siedziałem sobie i konwersowałem z Ciasteczkową Evą gdy nagle dostałem wiadomość "Wyjdź z domu bo przed twoim blokiem napierdzielają się magowie", szybko ubrałem kostium, zbiegłem na dół a tam świstały kule energii, płomienie, lodówki, ostrza, któryś z tych baranów wyczarował kozę i pchnął ją z całej swej magicznej siły. Ledwo ją złapałem gdy przekraczała prędkość dźwięku tzn trafili mnie kozą ... ale to mało istotny szczegół.

Musiałem ich powstrzymać mogli by komuś zrobić krzywdę więc użyłem Mistycznej Broni Nr 2 , mógłbym wytłumaczyć czym jest, dlaczego jest i do czego służy ale nie wszyscy zrozumieją .... więc dla uproszczenia sprawy Mistyczna Broń Nr 2 robi *tiwrz!* i czarodzieje w pobliżu idą spać (pominę fakt że dostają prosto w mózg potężny impuls psychokinetyczny który odłącza ich mózg na 0,000001 sekundy od reszty ciała co powoduje natychmiastowe zatrzymanie akcji serca i pracy mózgu na 2 minuty i powoduje że tracą przytomność na kilkanaście godzin). Użyłem Mistycznej Broni Nr2 zarówno Kącącylącjuż Ędyncki jak i Genowefon Ultrafioletowy "zasnęli", wtedy przetransportowałem ich do mojego schronu przeciwatomowego zwanego piwnica. Mam nadzieję że rano gdy się obudzą nie będą tak bardzo zdenerwowani jak byli...


Wracając do Ciasteczkowej Evy, dziś znów zrobiła babkę, a oto przepis na nią :

Składniki:
6 jajek
1 ½ szklanki cukru
1 margaryna (kasia)
2 szklanki mąki tortowej
1/3 szklanki oleju
1 cukier waniliowy
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 kisiel cytrynowy
1 kisiel wiśniowy
1 łyżka kakao
½ szklanki maku (suchego)

Sposób przygotowania:
Utrzeć margarynę z cukrem i cukrem waniliowym, dodać żółtka i wszystko ubić na puszystą masę następnie dodać mąkę i olej. Później dodać pianę z białek. Wszystko dokładnie wymieszać i podzielić na 4 równe części.

1. Do pierwszej dodać kisiel cytrynowy i wymieszać
2. Do drugiej dodać kisiel wiśniowy i wymieszać
3. Do trzeciej dodać kakao i wymieszać
4. Do czwartej dodać mak

Następnie wlewamy do blaszki kolejno warstwy ( kolejność mas według własnego uznania) i robimy cięcie nożem przez środek ciasta.
Piec w temperaturze 180 °C przez 50 min.

Niestety zdjęcia nie mam, ale za to z całą pewnością mogę powiedzieć że była bardzo smaczna, wyborna i przepyszna tzn tak powiedzieli Ci co jedli ... bo ja oczywiście nie dostałem. Jedyne co co dostałem to koza i to prosto w klatkę piersiową, troszkę się zniekształciła (koza) ... zazwyczaj kozy nie przekraczają bariery dźwięku (a nawet jak się zdarzy taka TurboKoza to zazwyczaj nie wpada na superbohatera[a nawet jak się zdarzy taka TurboKoza co wpada na superbohatera to zazwyczaj nie wpada ona na mnie]). Nazwałem ją "Burek", jej zdjęcie widzimy po lewej.

Piosenka dnia :

Dobranoc .

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 20 lutego 2012



Omlet, ludzie, omlet!

Ekhm.

Jak się włącza radio, to się generalnie można spodziewać najprzeróżniejszych rzeczy z przeróżnych punktów świata od Alaski po Nowy Jork, ale raczej nie tego, że znajdzie się coś z rejonu, który rzeczywiście nas dotyczy. A żeby jeszcze działo się coś w deseń! Jak masz 15 lat to usłyszysz o problemach z emeryturami, a jeśli 40 - to o budowie nowego placy Skyboardowego. A dzisiaj... proszę! I to naraz dwie rzeczy!
[tu nadmieniam, że osoby spoza Szczecina niestety prawdopodobnie nie odniosą korzyści z paru kolejnych akapitów :≶ ]

Z jednej strony coś, co może zainteresować mnie, ale także Super Informatyka oraz Flashmana (który, jak dzisiaj się przypadkiem dowiedziałam, już chodzi o własnych siłach):

Maraton Programistyczny, RedSky

No jak konkurs (czy tam maraton) programistyczny, to w zasadzie wiadomo - kodowanie, Debian, C++, serwery i tak dalej :)
Dla wszystkich Szczecinian, którzy jeszcze nie uciekli z krzykiem - zgłoszenia do eliminacji już od 20 lutego (znaczy się, ten tego, dzisiaj), a finał już 13 marca.
Informacje tutaj: Strona współpomagającego Wydziału Informatyki Politechniki Szczecińskiej (dzisiaj nazywanej ZUTem)
I jeszcze więcej informacji tutaj: Strona oficjalna ProgRUN RedSky

O ile miłoby było wziąć udział i kolejny raz uwierzyć, że to co zrobię nie zajmie pierwszego miejsca od końca (no jak przegrywać, to po superbohatersku, nie? :] ), o tyle dużo mniej ryzykowne psychicznie byłaby jakaś naukowa impreza dla dzieci, którą podobno 25. lutego organizuje Centrum Handlowe Galaxy. Podobno, bo nic mi się nie udało za pomocą Googla znaleźć :/ więc podkreślę tylko, że z tego co słyszały moje tępo-superbohaterskie uszy - sobota, 25 lutego, Galaxy, od 14:00 do 18:00.

[tak, od tej pory Nie-Szczecinianie już mogą czytać bez wyrzutów sumienia]

Różne rzeczy słyszałam. A to że zaczęli z opóźnieniem, bo mieli w 2008, a zaczęli na dobre ze dwa lata później, potem, że ledwo co zaczęli, to się zaczęli zjeżdżać z innych krajów i oceniać, że jednak wcale nie jest tragikonicznie, a wręcz przeciwnie, wreszcie jak jakimś cudem zagięli czasoprzestrzeń i nie zostawili w rzeczonym miejscu tylko jednej wielkiej dziury, a coś, co miało już odpowiedni kształt i (wydawałoby się) wszystkie elementy, to znajdują się nagle jacyś specjaliści, którzy twierdzą, że jednak ów coś nie nadaje się do użytku.
Pomyślałam więc, że skoro ludzie burzą się w jednej sprawie tak ostro od kilku lat i to na tak różne sposoby, trzeba by wreszcie na własne oczy zobaczyć ten nieszczęsny Stadion Narodowy.

Drogą podobnej do tej, którą leciałam ostatnio w celu odwiedzenia prezydenta (o wtedy) trafiłam nad naszą piękną Wisłę (no, pewnie Warszawiacy nie powiedzą, że piękną, ale to ich problem, mnie się podoba), gdzie stał ten duży, biały, odstający na górze, okrągły i podświetlany. Sobie wzięłam komórką go zrobiłam i jakoś tak wyszło:


stąd

Porozglądałam się, wszak fajnie się patrzy na Warszawę z lotu ptaka, pokołowałam jeszcze trochę (a nuż jakiś zboczeniec wyrywa jakiejś bezbronnej pani torebkę?), wreszcie wleciałam do środka i zajęłam sobie jedno z kolorowych krzesełek i patrzę na murawę. No, w zasadzie tylko próbowałam patrzeć na murawę, bo z jednej strony była ona do połowy rozebrana (tak, trawę można rozebrać, tj. zwinąć w rurkę, tak mówią przynajmniej), a z drugiej szybko zobaczyłam, jak w moją stronę leci po schodkach jakiś koleś i wrzeszczy:
- Pani nie siada..! Pani jeszcze nie siada..! Ludzie od spełniania kryteriów nie pozwolili...
Pomrugałam nie umiejąc zgadnąć, o co mu chodzi, jednak wstałam grzecznie. Pan podbiegł, wręcz rzucił się na klęczkach do krzesełka, zaczął się mu przyglądać, wydobył linijkę, zaczął przystawiać do nóżek, wreszcie, uspokajając się nieco, polerować...
- Ale stało się coś? - Przypomniałam, że nadal tu jestem.
Pan wstał, podniósł oczy, potem znów spuścił, podniósł... Tak zlustrował mnie ze dwa razy i zapytał po prostu:
- Z jakiego pani jest klubu?
- Klu..? - Rozszerzyłam oczy. - Paaanie, ja tylko świat ratuję. I nie pani, tylko A...
- A, znaczy się Legia...
- Nie, znaczy... - Zaprzeczyłam odruchowo, ale pomyślałam, że to pewnie jakiś znawca od sportu, więc lepiej się pewnie nie kłócić, bo do samych mistrzostw nie ogarnie, skąd się tutaj wzięłam. - Mnie... Ja... Mnie interesuje, co pan chciał od tego krzesełka.
- Nie chciałem, żeby się rozpadło - odpowiedział dobrodusznie, jakby chodziło o dobro krajów Trzeciego Świata.
- Ale niby dlaczego nowe krzesełko dopiero co wybudowanego stadionu miałoby się rozpaść? - Spytałam lekko zniecierpliwiona wskazując na plastikowe maleństwo z metalowymi nóżkami, jakby całe trybuny składały się tylko z jednego ich egzemplarza.
- Tego nikt nie wie - westchnął filozoficznie. - Było parę miesięcy wszystko dobrze, a potem przyszła jakaś komisja i po kilku dniowej analizie stanu stadionu i zestawieniu go z procedurami bezpieczeństwa zdecydowała, że on i składające się na niego elementy nie spełniają kryteriów i nie nadają się do użytku publicznego.
Publicznego? pomyślałam z uśmieszkiem nie potrafiąc pohamować wyobraźni, której zdaniem najlepszym wyjściem byłoby, gdyby każdy zabrał sobie po jednym elemencie do domu.
- Znaczy: nie można siadać? - Naprostowałam odkopując się spod jego proceduralnej chińszczyzny.


stąd
Krzesełka stadionowe - wizja artysty (Muzeum Narodowe w Warszawie)

- Nie tylko siadać. Stać też nie wolno! - Zapewnił troskliwie. - Zapytaliśmy od razu tę komisję od kryteriów czy możnaby dopuścić na przykład, że widzowie będą stać przez cały mech, ewentualnie przy zmęczeniu przechodzić w lekki pół przysiad, ale nie dotykając przy tym krzesełek, jednak się nie zgodzili.
- Szkoda...
- A, zresztą nie przejmuje się pani krzesełkami. Schody to im się dopiero nie podobały! - Złapał się wymownie za głowę. - Że takie kanciaste, że powinny być płaskie równoległe do powierzchni... Olaboga! Pani, jak widziałem, wleciała tutaj na szczęście górą, ale... Eee... - Wyglądało na to, że niespodziewanie zaskoczył. - Właśnie, jak to pani zrobiła?
- Jestem superbohaterką i ratuję świat - poinformowałam rozczarowana, że nie słuchał.
- Ah, tak. Gdybyśmy tak wpuszczali na widownię samych superbohaterów... - Myślał na głos i na końcu dodał z nadzieją. - A nie ma pani może więcej takich superbohaterów.
- Noo... - Propozycja z jakiegoś powodu mi się nie podobała. - No, niby sporo, ale wszystkiego wam nie zapełnimy. W dodatku niektóry mutanci są bardzo duzi, inni mają skrzydła...
- No ale jak skrzydła to dobrze! Będzie sobie wisiał w powietrzu przez cały mecz!
- Ale nawet taki superbohater też się może zmęczyć i chcieć usiąść. A dajmy jakiegoś centaura albo Człowieka Kamienia: niech pan sobie wyobrazi, jak oni panu każdym usiądnięciem zdewastują krzesełko!
- Prawdę pani mówi...
- W dodatku wy to chyba jednak macie robić dla ludzi, nie?
- No tak. Ale schody im się nie podobały - zaczął znowu wzdychać. - I dach, że rozwijany, a nie składany. I że elektryczność poprowadzona, że kogoś prąd może kopnąć. Ależ proszę pani! To już nawet na stadionie piłkarskim prąd nie może kogoś kopnąć? - Rozłożył ręce w proteście ręce, a potem zamachał nimi wskazując przestrzeń pomiędzy grupkami krzesełek. - Nawet w sprawie barierek coś mieli, pomimo że my ich tu przecież nie mamy!
- No tak, ja...
- A niech pani spojrzy tam - wskazał mi na boisko.
Czy raczej (jak ja lubię ten zwrot) to, co z niego zostało. Wiecie, jak to jest z boiskiem - ma krztałt prostokąta, który pomiędzy bokami zawiera wydzieloną płaszczyznę zarośniętą zielenią. Ten prostokąt tymczasem został widocznie pofragmentowany, bo wyglądał jak plansza do warcabów (czy nawet jak szachownica :D).
- Coś im się nie podobało z kolorem - mówił dalej. - Czy tam kształtem tego prostokąta. Że nie jest kwadratem czy tam trójkątem. Mieli wziąć kilka próbek, wzięli, poszli i zostawili takie rozmemłane, a tymczasem ktoś korzystając z okazji wyniósł pół trawnika. Ale niech się pani nie martwi, powiadomiliśmy już odpowiedniej organy ścigania.
- A nie sądzi pan, że zanim te organy dobiorą mu się do skóry, to już mu ta trawa dawno uschnie? - Zasugerowałam nieśmiało.


stąd
Przykładowe organy

- Nie zmienia to faktu, że sprawiedliwości musi stać się zadość! - Podniósł z dumą palec wskazujący.
- Z drugiej strony i tutaj już wam zarośnie... - Powiedziałam i w tej samej chwili przyszło mi do głowy, że nasze organy są tak genialne, że pewnie zarośnie nie tylko trawnik, ale może nawet i krzesełka.
Pan jednak był niezrażony. Znaczy: był zrażony, i to porządnie, wszystkim, ale akurat nie moją sugestią.
- No to gdzie wy te mecze wszystkie w końcu pourządzacie? - Zagadnęłam, kiedy chwilowo nic nie mówił.
- Cóż, nie usunęliśmy jeszcze wielu drzew w okolicy - podrapał się po czole z powagą. - Dźwięk dobrze się niesie, więc może gdyby tak oddać gościom część ceny biletów... - Rozważał mrukliwie, wreszcie zwrócił się z powrotem do mnie. - Na pewno tych bohaterów nie wystarczy, żeby wypełnić stadion?

Tak, superbohaterowie są przydatni. Co prawda niekoniecznie w takim sensie, jak pan podpowiadał, czyli żeby zajmowali miejsca na stadionie (a w zasadzie ich, hmm, nie zajmowali), ale raczej w takim, żeby był ktoś, kto złapie tę wielką budowlę za cegły, kiedy się już za bardzo zacznie rozpadać...

Kroniki Kurczęce część VI:
Karton Network
Duma i uprzedzenie
Imperium Słońca

A do posłuchania dzisiaj coś takiego:



Muszę sobie przypomnieć na której to stacji zbierali urywki polskich słów w zagranicznych piosenkach (o czym też sama tutaj pisałam). Jak nic tamten gość po refrenie śpiewa U-u-u-u mnie, u mnie, u mnie...

poniedziałek, 20 lutego 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 20.02.12 Poniedziałek

Zaczynam tęsknić za szkołą. Przestępcy ostatnio stali się mało aktywni. Nudzę się coraz bardziej. Dziś poza kilkoma filmami nie zrobiłem nic zbyt ciekawego, tzn zrobiłem jadalny omlet (tzn babcia mi zrobiła), ale ja go zjadłem. Ciasteczkowa Eva dziś piekła babkę - oczywiście ja nie dostałem ...
Dziś dotarł do mnie trailer pewnej gry, 3 części serii Mass Effect. Serii którą uważam za jedną z najlepszych. A oto trailer :


Na pewno zagram :)

Miałem dać przepis do babki Ciasteczkowej Evy ale zapomniała przesłać przepisu i zdjęć. Ale za to mogę dać przepis na omlet :

Przygotuj:
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczkę mąki
  • 1 łyżkę mleka
  • 1 łyżkę oliwy z oliwek
  • pieprz, sól
  • swoje ulubione dodatki (słone lub słodkie)


Krok 1
Do naczynia wlej mleko i dodaj mąkę. Dokładnie rozetrzyj, żeby nie było grudek.

Krok 2
W innym naczyniu ubij białka. Sprawdź czy jest suche, bo w przeciwnym wypadku może ci się to nie udać.

Krok 3
Rozetrzyj żółtka z mąką i mlekiem.

Krok 4
Ubite białka dodaj do pozostałych składników i delikatnie wymieszaj.


Krok 5
Rozgrzej oliwę na patelni. Wlej omlet. Następnie posyp go swoimi ulubionymi dodatkami, na przykład szynką, kukurydzą lub owocami, jeśli wolisz śniadanie na słodko.

Krok 6
Przewróć omlet na drugą stronę. To nie jest wcale łatwe zadanie. Możesz sobie pomóc łopatkami do smażenia.

Smacznego :D


Piosenka dnia :

Dobranoc :)

Myth , Dziennik Superbohatera 19.02.12 Niedziela

Kolejny zwyczajny dzień ... Nie zrobiłem nic superbohaterskiego. Stwierdziłem też że pora na nowe zdjęcie na fejzbuka ale nie mam za bardzo pomysłów (byłbym wdzięczny za jakiekolwiek sugestie/podpowiedzi/propozycje/przykłady zdjęć w komentarzach), przejrzałem masę stron fotograficznych - widziałem mnóstwo bardzo ładnych dziewczyn, mógłbym wrzucić najładniejsze ale ludziom (i nie tylko im) po odpadały by palce od scroolowania (tak to się pisze ?) poodpadały.

Dziś na kolację zrobiłem sobie omlet ! tak ! własnoręcznie, sam , samiuteńki jak palec- ale jak to ? jak palec ? jak patrzę na rękę to palec nigdy nie jest sam ... zawsze ma 4 kolegów, więc sam jak palec to blednę powiedzenie. A więc własnoręcznie, sam, samiuteńki jak pępek !
Prawdą jest że był okropny, za dużo mąki i trochę się przypalił a jak chciałem kogoś poczęstować to nagle wszyscy byli najedzeni albo nie chcieli odbierać mi przyjemności z jedzenia. Podrzucę kiedyś przepis, a teraz chciałbym zaprezentować kawał który jest co prawda obraźliwy i robi idiotkę z bogu winnej ducha kobiety, ale nie zapominajmy że nie powinna zajmować tego stanowiska które zajmuje:
Pani Minister Sportu, wizytując zajęcia sportowe w jednej z warszawskich szkół zauważyła chłopca, który nie biegał po boisku razem z innymi, tylko stal samotnie. Podeszła do niego i pyta:
- Dobrze sie czujesz?
- Dobrze. - odpowiedział chłopiec.
- To dlaczego nie biegasz razem z innymi chłopcami?
- Bo jestem bramkarzem.
To świadczy o Polakach, to my wybieramy tych ludzi i co później z tego mamy ? takie właśnie incydenty jak nie sportowa mister sportu albo acta .

Piosenka dnia :

dobranoc :)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 19 lutego 2012



Do listy moich rzeczy do zrobienia doliczyłam jeszcze pisanie scenariusza mojej postaci dla Dzieci Czasu i strzelenie komentarza do najnowszego one-shota RedHatMeg do Powrotu do przyszłości (jednym z nich zachwycałam się tutaj), o których ostatnio zapomniałam. Na szczęście Meg, podobnie jak Vampircię, właśnie odfajkowałam, Kitinę też, (dwa dni temu, bo przycisnęła mnie do muru - może i dobrze :D ) zostały więc To dziwne uczucie (z którym już jestem na szczęście bliżej niż dalej), poprawki do opowiadania Oliviera Piotrowskiego, napisać coś dla Capitano Senseschi (aczkolwiek samo odpisanie już było), odpisać Niessamowitemu Profesorowi (nie, jeszcze nic nie napisałam) oraz Nieposkromionej (a niech to, znowu się naczeka!).
Uff...

Siedzimy sobie całą rodziną przed telewizorem (wstyd przyznać, ale generalnie jest to jedyna rzecz, którą robimy razem, bo w superbohaterskich wyczynach rodzice mi nie pomagają, bo nie są superbohaterami) i na ekranie pojawiają się kosteczki. Takie kwadraciki nie pikseli nadążające za resztą obrazu i niekiedy fikuśnie go zniekształcające, które już nie pierwszy raz dom nasz nawiedzają. I mama na to: Oho! Smok Analog! i ze śmiechem do taty, że telewizja analogowa odchodzi przecież do, jak to powiedzieli tam, lamusa i że teraz nam tego empegacztery zafundują, co znowu śmiech, wtedy to już nic usterek nie będzie.


stąd

Śmiech był powodowany tym, że moi rodzice generalnie nic sobie nie robią z tej sensacji telewizyjno-medialnej i wiedzą, że wtedy prawdopodobnie wywalą telewizor na złom (przynajmniej ja byłabym za, oni często tylko tak obiecują :( ). Poczułam się jednak wtedy w obowiązku stanąć w obronie specyfiki i pochodzenia kosteczek, tj. wyjaśnić, że one wcale nie są analogowe. I w ogóle zdradzić, o co w tym wszystkim chodzi.

Dawno dawno temu, kiedy ludzie wynaleźli telewizję, nie wymyślili, że nie każdy może mieć talerz do odbioru, tak więc realizacja szczytnych planów szklanego ekranu pod strzechą wyglądała tak:



Co nazwano dobrze nam dziś znaną kablówką. I w zasadzie wszyscy byli zadowoleni - rozsyłane analogowo sygnały były przesyłane analogowo przez kabel i odbierane przez analogowo zorientowany odbiornik telewizyjny. Analogowość polegała na tym, że sygnał brany był "dosłownie" tak jak przyszedł i odbiornik miał za zadanie odtworzyć każdą z wartości, która (zapisana "dosłownie") szła kablem. Trudne? A jak! Wartości mogły być dowolne, a do tego kabel, którym one szły, nie był idealny. Mogły się zdarzyć przypadkowe wzmocnienia lub osłabienia mocy czy jakieś inne przekłamania (no nie wiadomo, przykładowo jakaś żaba czy ćma usiadła na drut), co objawiało się tym, że niektóre piksele (czy, jak u mnie na Pulsie, większość) miały wygląd nieco inny niż powinny mieć - tak powstawało śnieżenie na ekranie. Bardziej efektowne było jak się nam dodatkowy kanał wcisnął na ten, który mieliśmy zamiar oglądać - kanał oznacza przedział częstotliwości (choć niekiedy równie dobre fazę lub amplitudę, nieważne), tak więc zdarzało się, że w wyjątkowo ekstremalnych warunkach właściwości jednej z fal nieco się zmieniły, osłabiły czy inaczej poodbijały i tak zmyliły odbiornik. Fajne było też (choć niekoniecznie dla oglądających), kiedy obraz zamiast stać pionowo, sam zachowywał się jak fala i latał nam po telewizorze - nie będę nawet próbowała strzelać, jaki to cyrk musiał się w takich przypadkach wyczyniać w przewodniku, w każdym razie ów cyrk też był na pewno skutkiem analogowości.

Jednakże większe atrakcje zaczęły się dziać, kiedy lata później wynaleziono nieanalogowe, tj. cyfrowe przesyłanie sygnałów. w których podejście było takie, że sygnał po prostu był (powyżej jakiejś wartości) lub go nie było (poniżej). Z jednej strony mieliśmy spokój, bo dokładność stała się szczegółem i nie trzeba było już wojować z sygnałami analogowymi i ich podatnością na szumy i inne zakłócenia, które robią sieczkę z obrazu. Z drugiej trzeba było wojować z... analogowymi odbiornikami i kablami, które zostały nam ze starych dobrych czasów :)
Trzeba było więc łączyć - dzisiejsza telewizja cyfrowa tworzona jest w postaci zer i jedynek, które łatwo wchodzą do internetu, jednak które niepotrzebnie uszkadza się włażąc w nieszczęsny kabel. Z drugiej strony niektórzy wykorzystują kablówkę, żeby korzystać z sieci - wtedy nie tylko przy wchodzeniu do kabla mamy problem, ale też przy wychodzeniu, bo trzeba analogowy sygnał przerobić z powrotem na cyfrowy. Problemy rozwiązujemy za pomocą urządzenia modulującodemodulującego (jakie fajne słowo...), czyli modemu (tak, to jest to, co udostępnia iPlus i co zmienia się w banana, kiedy próbujemy coś za jego pomocą ściągnąć). Nic dziwnego, że ci od telewizji chcą sobie uprościć i wysyłać nam odporny na zakłócenia obraz prosto do chaty.
Ale - jak widać po naszych uroczych kosteczkach - i ta metoda nie jest doskonała. Zastanawiające gromadki pikseli które zdarza nam się teraz coraz częściej podziwiać na Polsacie i innych takich, co może być efektem na przykład zgubienia pojawiającej się raz na jakiś czas wyjątkowej klatki-ramki obrazu (zwanej I-frame) zawierającej, rzec można, prawdziwy obraz, do którego kolejne ramki się odnoszą pokazując jedynie zmiany. Albo jakiegoś innego niezaskoczenia ramkowego. Czy jeszcze zupełnie innych rzeczy, które mogą dziać się z komputerem nadawcy, a których moja wyobraźnia jeszcze nie ogarnia.
Innymi słowy: idziemy do przodu, bo kiedyś mieliśmy tylko śnieg, a teraz jak się trafi usterka, to po prostu nie nic będzie widać ani słychać :)

Zastrzegam jednak, iż, pomimo rekreacyjnego zapoznania się ze wspaniałymi Sieciami komputerowymi Andrew S. Tanenbauma (od którego skopiowałam też parę powyższych obrazków), nie zasięgałam żadnej porady Super Informatyka, tak więc w przypadku próby brania powyższych informacji do pracy magisterskiej i wyżej zalecam skonsultowanie się z Doctorem lub farmaceutką.


stąd

Myth planuje drugie podejście do skrzydlatej Ciasteczkowej Evy. Zacznie od zmiany zdjęcia profilowego na FB (nie, nie zdradzę Wam, że w tej chwili ma tam propagandowy napis Nie dla ACTA, bo to ułatwiłoby jego identyfikację ) w celu zachwycenia i opromienienia swoją skromną osobą. A ponieważ wie, że jestem fotografem (kurczęcym, ale jednak fotografem) to postanowił, że wspomogę go w doborze pozy i miny (kolory już ma). Tak więc umówiliśmy się, że odezwie się do mnie, kiedy znajdzie jakiś duży słoiczek z wodą.

Kroniki Kurczęce część V: Ali Baba i (prawie) 40 rozbójników
I jeszcze więcej rozbójników

Chciałabym sobie przypomnieć, o kim myślałam, kiedy ostatniej wiosny po raz pierwszy przesłuchiwałam w kółko tę piosenkę. Zawsze o kimś myślę przy takich piosenkach, a przyznacie, że w moim przypadku nie jest to łatwe do wydedukowania ;)


sobota, 18 lutego 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 18.02.12 Sobota

O widzę że Astrogirl dzisiaj nieźle dała czadu z ciemniakiem z ciemnego materiału, względnie materii. Wydaje mi się że go kojarzę, on chyba był raz w tej samej pralni co ja, i się kłócił że mu wybielacza zamiast płynu do czarnego nalali i teraz Czarna materia nie jest już taka czarna. Z ciemniaka zrobił się taki bardziej szaraczek, pamiętam że tam groził Pani ekspedientce że ją zassa albo wessa ewentualnie wessie lub zassie, czyli wciągnąć ją chciał w swe brudne gierki. Musiałem zareagować chciałem go rzucić pralką albo suszarką ale jak szarpałem suszarkę to przypadkowo się urwała pokrywa (bo za nią szarpałem), i lotem koszącym trafiła w lampę. Lampa wisiała tuż nad Cieminaczkiem z Ciemnej Materii, ale się nie urwała i nie spadła, za to została wprawiona w ruch wirowy wzdłuż własnej osi. Kręciła się chwilę a żarówka podłączona do niej miała gwint przeciwny do ruchu obrotowego. Im więcej kręciła się lampa tym żarówka więcej się wykręcała, aż w końcu spadła prosto na Wybieloną Czarną Materię, nasz drogi kolega się popłakał i uciekł.

A jak minął mi dzień ? w sumie to jak zasnąłem o 5:00 to obudziłem się o 7:00, do 10:00 wprowadzałem poprawki w filmie i poszedłem spać, spałem do 17:00. Później zrobiłem standardowy skan przeciw działaniom niepożądanym wytworzonym przez czarne charaktery - skan nie wykrył niczego poważnego (poza 17 atakami na jubilerów ale to zostawiłem policji). Później oglądnąłem jakiś film i się zrobiła 23:00. Piosenka dnia :


dobranoc :)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 18 lutego 2012



No i masz. Tak się Myth szykował, golił, śpieszył i zbierał rady, jak na dziewczętach wrażenie robić, a tu akurat trafił się jakiś niedowartościowany szatan. Doprawdy, po co mu w ogóle te dusze - promocje będzie miał na nie w Biedronce? :/ Serio, nie cierpię takich sytuacji, bo to nie fair. Wiem jak większość dziewcząt, nawet superbohaterek patrzy na tłumaczenia w stylu spóźniłem się, bo ratowałem świat/uciekł mi tramwaj/walczyłem ze złodziejami okradającymi bank/pomagałem staruszce z napisem "Zjedz mnie", bo koniec końców gościa nie było i nic faktu nie zmienia.
U mnie takie rzeczy nie mają miejsca - ja umawiam się zawsze w szczecińskim centrum handlowym Galaxy, gdzie mogę przesiedzieć spokojnie 3 godziny odżywiając się tylko lodami cytrynowymi i książkami z Empika. Pomijając że i tak niewielu Ziemian mnie podrywa.
No i co teraz będzie? :(

Oglądam sobie jakąś zagraniczną telewizję ostatnio (nie wiem, jaką dokładnie - w końcu nie mam takiej telewizji, za to sąsiad ma duże okno) i nagle pokazują w wiadomościach, jak jakiś ubrany na czarno koleś w masce lata pomiędzy budynkami i rozdmuchuje pomiędzy nimi takie chmury czarnych okruszków. Podejrzane, więc usiadłam sobie na parapecie i zaczęłam się gapić. Miał taką długą czarną pelerynę, ciemną pomieszaną fryzurę i z przodu dwie wielkie złote litery m i s (znaczy: w sensie wielkie, że duże, a nie wielkie, że pisane jako wielkie... no nie ważne). Latał i do tego od czasu do czasu, żeby dziennikarze się nie nudzili, zlatywał niżej, unosił jakiś samochód, wzlatywał znowu i rzucał nim leciutko hen daleko przed siebie. I niekiedy mu zbliżenia robili - jakąś taką ponuro skupioną minę miał, ale tak poza tym... Wiatr mu te włosy rozwiewał, peleryna fruwała... Ciekawe, kto to nagrywał (w dodatku z tak bliska ). Szkoda, że nie było słychać, kiedy coś mówił. Aż miło było popatrzeć, jak tak raz po raz robi uniki przed pociskami czołgowymi i tymi, świecącymi... Znaczy: nie że ja nie chciałam, żeby go tam policja trafiła, ale... Ale uważałam, że nie powinni nic mu robić, tylko poczekać na mnie, bo to moją powinnością jest polecieć tam osobiście i stoczyć walkę z tym jakże wstrętnym i paskudnym czarnym charakterem.
Spojrzałam na mrugający pod nagraniem pasek informacyjny. Hmm, jedynym słowem zaczynającym się z dużej litery było Øjåvffgllæstern (jeśli takie coś można oczywiście nazwać literą), więc stwierdziłam, że to jest właśnie miejscowość, do której powinnam lecieć. Nie miałam pojęcia, gdzie to było poza tym, że pewnie niedaleko od tego wulkanu Eyjafjallajökullu, więc poleciałam do Encyklopedii PWN, a potem już zaopatrzona w odpowiednią wiedzę udałam się na zachód.

Na miejscu sytuacja okazała się jeszcze bardziej dramatyczna (czy to aby odpowiednie słowo dla większej ilości dymu, gruzu i wrzasku?). Zapytałam pierwszego lepszego przechodnia, który się nie przemieszczał, co tu jest grane i kto to taki. W tej samej chwili zrobiłam sobie wewnętrznego facepalma, bo chyba nie muszę Wam długo tłumaczyć, że te ich "øjåvffglle" to dla mnie zbyt potężny temat, jednak zanim zdążyłam spłonąć ze wstydu zapytany... odpowiedział po polsku:
- Nie wie pani, kto to?
- Nie pani, tylko... - Próbowałam się wtrącić w trosce o swoją markę, jednak pan nie był wyposażony w fullduplex, więc jak mówił to nie słyszał.
- To Człowiek Ciemna Materia! - Mówił dalej przy czym teatralnie wskazując latającą między chmurami kropkę.
- Oooo... - Odpowiedziałam lądując z zainteresowaniem. - A skąd pan zna polski, jeśli można zapytać?
- Polski? - Gość, który był nieosiwiałym starszym panem, spojrzał na mnie w pierwszej chwili całkiem zdezorientowany, ale zaraz skojarzył. - Nie znam, ale Człowiek Ciemna Materia skonstruował translator obejmujący tłumaczeniem obszar w granicy ponad dziesięciu kilometrów i mający w bazie ponad dwieście, który nosi go zawsze przy sobie.
Bystry... pomyślałam z podziwem i dobrze, że akurat dotknęłam powierzchni, bo dzieki temu przechodzeń nie skapnął się, czemu dokładnie się tak zachwiałam. Samemu skonstruować taki mocny translator...
- A co mu się stało, że on taki... fruwający? - Dopytywałam dalej podążając wzrokiem za jakimś przelatującym w oddali pojazdem (bynajmniej nie powietrznym).
- Cóż, kiedyś słyszałem w wiadomościach, że pan Æblvfåd - tak, to było niesamowite jak to powiedział - prowadził badania nad możliwościami czarnej materii do usuwania śmieci czy jakoś tak...
I jeszcze naukowiec! odruchowo poprawiłam sobie włosy z przejęcia, jakiemu to fajnemu gościowi mam okazję wtłuc.
Błyskawicznie przeanalizowałam jednak informacje jeszcze raz.
- Ciemnej? Chyba antymaterii? - Poprawiłam, gdyż wiadomo mi było, że to ta druga wsuwa wszystko, co jest materią, a nie tamta.
Od około minut pan przechodzeń był już zupełnie spokojny i teraz podrapał się dyplomatycznie w głowę:
- A to wie, pani..? Może dlatego mu nie wyszło?
- Jak nie wyszło?
- No bo to na pewno była ciemna materia - wyjaśnił pewnie. - Byłem malarzem abstrakcjonistą, to wiem. Była to ciemna materia i mieli tam tego pełno w jakichś specjalnych izolowanych kontenerach w jakiejś specjalnej izolowanej bazie laboratoryjnej w górach Øjåvfff. Nikt nie wie, co się stało, ale pewnego dnia dziennik doniósł o tym, że budynek został zniszczony, pojawiła się wielka dziura, z kontenera wylewała się badana materia, a pan Æblvfåd gdzieś przepadł.


stąd
Że niby tak wygląda ciemna materia, LoL

- Za to zaraz po tym na niebie pojawił się Człowiek Ciemna Materia? - Domyślałam się.
- O, tak. Po kilku miesiącach udało się ustalić jego związek z tą awarią w laboratorium.
Dobrzy są w te klocki... Skomentowałam podziwiając jak nawiedzony naukowiec rozwala jakiś dach.
- A w tym czasie co robił?
- Oprócz tego, że gadał na okrągło, że nie nazywa się Człowiek Ciemna Materia, tylko Æblvfåd? Hmm, zdewastował parę ulic, jakiś bank... No sama pani wie, jak to jest z tymi super łotrami.
- Ale niech pan nie mówi pani - upomniałam się znowu - tylko AstroGirl.
- Aaaeezz... - Próbował wyjąkać, ale dał sobie spokój. No cóż, najwyraźniej w tym kraju wszystko, co nie składa się z å i kombinacji l, v i f jest nie do wymówienia. - W każdym razie Człowiek Ciemna Materia dawał znać o swojej obecności, co nie było złe, bo wszystkie banki, firmy i takie tam były ubezpieczone, więc mieliśmy pracę i obrót gospodarki, a przy okazji... nigdy wcześniej nie mieliśmy u siebie żadnych swoich superbohaterów. A tak nagle można sobie poczytać, podziwiać policję, wie pani...
- Oooo... - Autentycznie się przejęłam. - A jakaś pusta skandalizująca gwiazda bez szacunku dla nikogo?
- Niestety. Wszystkie wyniosły się do USA. Większość. Te najsłabsze pojechały do jakiejś Polski - powiedział najwyraźniej zapominając po jakiemu do niego rozmawiam.
Jakiś wieżowiec się przewrócił.
- Ale, wie pan... - Zaczęłam niesmiało. - Ja muszę coś zrobić, bo on wam zaraz rozwali całe miasto.
- No, rzeczywiście, przeważnie bałaganił trochę mniej.
Potem pan chwilę pomilczał i wreszcie zapytał:
- A to będzie w telewizji?
- O, zapewniam pana!
- To poproszę jeszcze o autograf i pani leci.

No to poleciałam. I sama nie wiem, jak trafiłam na miejsce, bo miasto nie wyglądało już jak miasto, ale jakieś bardzo greckie ruiny (czy może rzymskie). Wszystko poprzebijane, podziurawione latarniami, do tego wojsko biega, krzyczy... O matko, jak już ewakuowali ludzi, to specjalnie żołnierze przyjeżdżają, żeby sobie powrzeszczeć. Ale jest on! Człowiek ciemna materia! Muszę przyznać, że bez udziału szklanego ekranu wyglądał jeszcze okazalej... znaczy: groźniej, oczywiście, że groźniej. Wisiałam sobie w powietrzu i oglądałam (z przerażeniem oczywiście!) jak odpowiednimi ruchami wytwarza pomiędzy palcami smugi czarnej unoszącej się chmury, wreszcie puszcza to w obieg i atakuje niczym stadem nietoperzy. Jeszcze zrobił ze dwa kółeczka w przestworzach. Kurce, szkoda będzie go poobijać...

I, kto wie, być może jednak po głębokim namyśle uznałabym wyższość niepowtarzalności jedynego superbohatera (choć nie pozytywnego) w tym kraju nad jego (nie tak dużą przecież...) szkodliwością i zdecydowała się zostawić Człowieka Ciemną Materię w spokoju, kiedy nagle on mnie zauważył. Zauważył wpatrzoną w siebie rudowłosą unoszącą się na wietrze niewiastę w zgrabnym wełnianym (no co?) uniformie i momentalnie wypuścił to, co trzymał w dłoniach. Tj. 8-tonową betoniarkę. Wypełnioną. Na głowę.
Mój zwrok powędrował w dół automatycznie razem z nim, ale moje nastawienie doń nie zmieniło się (tj. nadal miałam ochotę na ostrą walkę na śmierć i życie). Poczekałam grzecznie aż się pozbiera i otrzepie i znowu zacznie coś fajnego robić, samochodami rzucać, materię kręcić czy coś. A on się uśmiechnął tak jakoś krzywawo i podleciał do mnie:
- O, ty też jesteś superbohaterką?
Zastanawiałam się, czy nie odpowiedzieć Nie, ja tu tylko sprzątam, ale odpowiedziałam:
- Tak, a co?
- No bo... tak sobie pomyślałem... - Zaczął znienacka urywnie wpatrując się, niewiedzieć czemu, w dół, gdzie właśnie dopiero co spadł z tą betoniarką. - Że jak ty jesteś superbohaterką... I ja jestem superbohaterem... - Też się spojrzałam w dół w tej chwili, że może jednak coś ciekawego tam zobaczył, że tak patrzy. - I ja nie mam dziewczyny... To tak pomyślałem... Że może mogłabyś ze mną chodzić?

Momentalnie całe zafascynowanie mi przeszło. Akurat jak skończył to zaraz podniósł głowę, chyba w oczekiwaniu na odpowiedź i dobrze, bo dzięki temu, że podniósł łatwiej mi było tę odpowiedź wyrazić. Wycelowałam pięścią w prawe oko, ale nie jestem pewna, czy trafiłam, bo zaraz skierował się po równi pochyłej z powrotem do swojej betoniarki.

Już następnego dnia plotki zostały bezzwłocznie zdementowane. Owszem, naukowiec Æblvfåd faktycznie istniał i faktycznie pracował nad możliwościami czarnej materii. Skonstruował nawet translator obejmujący tłumaczeniem obszar w granicy ponad dziesięciu kilometrów i mający w bazie ponad dwieście, którego jednak nie nosi przy sobie, bo zaraz po feralnej nocy gdzieś zniknął. Porywaczem był prawdopodobnie gość w czarnej pelerynce, którego zainteresowała energia czarnej materii w baniakach laboratorium (może to nawet on wszystko porozwalał?) i który tego samego dnia zapragnął rządzić światem po zbyt dużej ilości ów materii wciągniętej za pomocą nosa. Tak sobie hulał bezkarnie, aż pewnego dnia przyleciałam ja. Czemu tego dnia zdenerwował się bardziej niż zwykle - nie wiadomo. Specjalnie powołane do tego tajne służby przebadały jego informacje prywatne, w tym historię stron internetowych i jak na razie większość wskazuje na kolejną nieprzyjętą kompilację programu w serwisie z konkursami programistów SPOJ, ale twardych dowodów nie ma.


Obejrzałam wczoraj tego Obcego i otrzymałam kolejne potwierdzenie tego, że jestem superbohaterką - wyłapałam McGanna po kilku minutach pomimo braku jakichkolwiek zbliżeń kamery, braku włosów na głowie, krwi na twarzy i lektora zagłuszającego głos. Sporo przed tym, zanim przedstawili go jako Golica oczywiście.
Nie, jak to czytam teraz, to nie, nie jestem superbohaterką. Jestem bogiem.
Swoją drogą taka konkluzja, że mam szczęście do startowania do akurat tych filmów z "innych filmów tego aktora", gdzie interesująca mnie postać nie robi nic innego tylko rzuca się i wrzeszczy z opętaniem. Najpierw Tennant w Harrym Potterze i czarze ognia, a teraz to. No dajcie spokój. Trzeba chyba Torrenta odkurzyć. Tylko chyba nie na internecie 4kB per sek?

Kroniki Kurczęce część IV: Podbój wieży ciśnień
I jeszcze na specjalną prośbę mamy, która pochwaliła się, że (dzięki pomocy aparatowego flesza) zrobiła śpiącym kurczaczkom zdjęcie po ciemku nie budząc ich:
Kroniki Kurczęce Exclusive: Suspend Premium (czyli, jak mawia mama, wszystkie główki położone ;) )

A teraz piosenka:



Hmm, dlaczego cały czas mam ochotę nucić King of CISCO?

piątek, 17 lutego 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 17.02.12 Piątek

Ogólnie to był najgorszy dzień w roku, nic mi nie wychodziło, cały czas byłem spóźniony i wszystko szło niezgodnie z planem i z 27 planami awaryjnymi też. Od samego rana zaspałem, potknąłem się o sztangę w Centrum Dowodzenia i poszedłem się porządniej niż zwykle ogolić (bo spotykałem się z Ciateczkową Evą i liczyłem że w końcu ciasteczko dostanę) ale i tak zaciąłem(zawsze jak za bardzo się staram to mi nie wychodzi), Pominę fakt zepsucia telefonu do końca, dotarcia do szkoły, pokazania filmu i przytrzymania mnie tak długo że nie zdążyłem na autobus.

"Pingwiny i Cyrografy"

Gdy w końcu wsiadłem do autobusu, w środku była prześliczna ruda dziewczyna z motylem we włosach, mniej więcej taka :
























Podeszła do mnie, oparła się o szybę i zmysłowym, delikatnym i kuszącym głosem powiedziała :
- Może masz ochotę się spotkać i poznać bliżej ? dużo bliżej ...
- Bardzo chętnie, może jutro ? bo dzisiaj jestem umówiony z koleżanką - odparłem
- Nie, tu i teraz ! jestem Diabłem ! - wrzasnęła z takim dziwnym zachrypieniem
I nagle ucieleśnienie mojej idealnej dziewczyny zmieniło się w wielgachnego, śmierdzącego i obleśnego faceta, w czerwonym szlafroku i styropianowym piekielnym trójzębem. A motylek zmienił się w kota, również w czerwonym szlafroku. W tym samym momencie zniknęli wszyscy ludzie, a autobus zmienił się w biuro diabła. Biuro diabła jak i sam diabeł było kiepskiej jakości, ściany poobdzierane, poodcinane części ciał ludzkich gołym okiem rzucały się w oczy. Dlaczego ? bo były zrobione z dmuchanych ludzi sprzedawanych w Sexshopach.

Miniaturowe główki ludzi że niby zmniejszone przez indianinów w rzeczywistości przy bliższym spojrzeniu okazywały się głowami lalek Barbie. Fotele o ile można je nazwać fotelami były jakby wypatroszone z wszelkich miękkich elementów więc de facto siedzieliśmy na podłodze. A stół ? za stół robiły dwa taborety rybackie (te rozkładane) i kawałek deski sklejki położonej na nich. Diabeł nalał mi wódki do kubka (oczywiście brudnego) i powiedział "Ty jesteś Polakiem, masz pij", a że ja nie piję alkoholu a jak już piję to w doborowym towarzystwie.

Zapytałem go dlaczego to całe piekło wygląda tak mizernie, a on pomruczał, westchnął i z taką osobliwą bezradnością powiedział "wszystko przez ten cholerny kryzys, wszystko coraz droższe, myślisz że tak łatwo utrzymać tu wysoką temperaturę ? wiesz ile kosztuje opłacenie klimatyzacji ? myślisz że tam u góry jest lepiej ? Widziałem ostatnio w lombardzie jak byłem zastawić Siódmy Krąg Świętego Piotra, przyniósł Bramy Niebios które są ze szczerego złota i teraz mają takie pozłacane. A te ich aureole ? Kiedyś to ciągle nowe baterie kupowali, a teraz to mają pełno ładowarek i sobie ładują, więc u nich też nie jest tak kolorowo", a potem zapytałem go czego ode mnie chce i powiedział że ma dla mnie taki układ : przestaniesz robić tak dużo dobrych uczynków to dostaniesz ładną rudą dziewczynę jak tą którą spotkałeś w autobusie albo prywatną posiadłość na Malibu . A potem dodał "ale osobiście Malibu odradzam bo wilgoć... i tamtejsze powietrze źle robi na cerę", stanowczo odpowiedziałem że nie podpiszę z nim paktu i wtedy się zdenerwował i zaczął na mnie krzyczeć że wie że spotykam się z Ciasteczkową Evą i że na to nie pozwoli.

Nagle znów pojawiłem się w autobusie i wszystko było tak jak gdyby nigdy nic, dojeżdżam na przystanek przesiadkowy, wysiadam idę w kierunku tramwaju. Poczułem że telefon awaryjny za wibrował - okazało się że się rozładował. W przejściu podziemnym widzę jak wielgachny pies z rogami rzuca się na staruszkę, w ostatniej chwili zdążyłem wyrwać innej staruszce parasol i przebić końcem serce tego piekielnego psa. W sumie nie dziwię się czemu pies rzucił się na tą staruszkę, biedna emerytka miała na koszulce napis "weź mnie !", a że pies tak jak sam diabeł inteligencją nie grzeszy i w dodatku będąc głodnym bo w piekle kryzys to pewnie przeczytał "zjedz mnie", już prawie nadgryziona emerytka miała mi dziękować gdy nagle na mnie rzuciła się druga staruszka od parasola i zwyzywała mnie od Molestatora (a ja tylko wyrwałem jej parasol i zabiłem piekielnego psa który zmienił się pył), zaczęła mnie bić torebką ! chyba cegłę tam miała ! albo Nokię 3310.

Gdy udało mi się uciec, szedłem dalej i w oddali słyszałem jeszcze krzyki "Ty padalcu Sodomo Gomoriowy" albo "Ty Judaszu z Sudanu" (o tyle co Sodomę i Gomorię kolaże to Judasza z Sudanu to wcale [chyba że chodzi o jakiś przekręt Martyny Wojciechowskiej z tymi studniami]). Nagle przede mną znów pojawił się Diabeł i jego kot. Diabeł powiedział że mam się trzymać z dala od Ciasteczkowej Evy bo inaczej ludzie zaczną umierać i wtedy ze złowieszczym śmiechem zamachnął się końcem czerwonego prześcieradła nałożonego na niego - że niby peleryną. I rozpłynął się w powietrzu. A wtedy jego kot ze złowieszczym miałczeniem zamachnął się czerwonym kawałkiem materiału - że niby peleryną. I rozpłynął się w powietrzu. A ja stwierdziłem że radziłem sobie z większym zagrożeniem niż diabeł pozer i jego kot.

Uciekł mi tramwaj, pojechałem następnym. Obiecałem koledze że oddam mu pendrive'a z planami
Broni Masowego Cieszenia (BMC) - to nowy projekt broni dalekiego zasięgu. Ale niestety spóźniłem się i kolegi już nie było więc wyruszyłem na spotkanie z Ciasteczkową Evą, lecz kolejny tramwaj mi uciekł ! a że nie chciałem czekać 15 minut na następny(bo bym się spóźnił), więc poszedłem na przystanek innej linii. Po drodze była ulica, nierówna ulica z śniegiem, lodem i całą masą wody. Było też przejście dla pieszych i kilkoro ludzi, wśród nich jakiś prawdopodobnie bezdomny z wózkiem z makulaturą, gdy podjeżdżał wózkiem pod krawędź to sznurki nie wytrzymały i makulatura zaczęła się osuwać, więc energicznym krokiem doskoczył by mu się całe nie rozsypało i się poślizgnął i o mało by wleciał pod samochód. Na szczęście chwyciłem go za rękę i odciągnąłem. Niestety żeby go capnąć musiałem wejść w kałużę i miałem spodnie do połowy łydki mokre. zauważyłem że do przystanku jedzie tramwaj w którym musiałem być bo już byłem spóźniony, no ale cóż ... uciekł mi kolejny. Pomogłem mu pozbierać te kartony i wyjechać z kałuży na suchą ulicę.

I gdy spokojnie szedłem w stronę przystanku zastanawiałem się co zrobić z mokrą nogą, i co wtedy ? oczywiście że tak tramwaj podjeżdża a ja jeszcze kawałek mam, więc podbiegam ale nie zdążyłem. Ale wiedziałem że muszę tym jechać, więc zacząłem go gonić. Już miałem przebiegać an drugą stronę ulicy na przystanek gdy zauważyłem złodzieja okradającego bank, więc skręciłem w stronę banku, obezwładniłem złodzieja przy pomocy zapalniczki, gumki recepturki, spinacza i scyzoryka. Podgrzałem spinacz zapalniczką i wystrzeliłem go w stronę czujników przeciwpożarowych, gdy zraszacze zaczęły działać przy pomocy scyzoryka przeciąłem kabel od tostera i złodziej został porażony tak mocno jak gdyby został potraktowany kilkunastokrotnie paralizatorem. A to że wszyscy inni ludzie w banku zostali porażeni to już nie moja wina (tzn wszyscy oprócz mnie bo zraszacz nade mną nie zadziałał - dlatego że bank oszczędzał na kontrolach). A skąd się wziął tam toster ? bo przecież jest taka akcja "weź kredyt - dostaniesz toster".

Wybiegłem z banku i poszedłem ze spuszczoną głową na przystanek i poczekałem na tramwaj. Gdy dojechałem na umówione miejsce (McDonald's) byłem spóźniony 27 minut. Ciasteczkowej Evy już nie było. Zamówiłem kawę i coś do zjedzenia, gdy piłem kawę widziałem w niej głowę śmiejącego się diabła. Później pouciekało mi jeszcze kilka tramwajów i autobusów. Gdy wróciłem do Tajnej Siedziby. Od razu podłączyłem telefon i próbowałem przeprosić Ciasteczkową Evę ale się nie odzywała. Zacząłem się martwić, przejąłem kontrolę nad satelitami szpiegowskimi Międzynarodowej Agencji Radzenia Z Ewentualnymi Niewiadomymi Aspektami (MARZENA), MARZENA poinformowała mnie gdzie znajduje się Ciasteczkowa Eva.

Szybko założyłem kostium i wysoce technologicznie zaawansowany osobisty plecak odrzutowy wysokiej mocy. W miarę coraz dokładniejszego skanowania uzyskałem informacje że została porwana przez zbuntowaną Drużynę Uniwersytetu Pingwinów Yeti (DUPY) grającą w siatkówkę. Dlaczego się zbuntowali ? to przez nie możność jedzenia Śledzi Bartoszowych, podobno zawierają śladowe ilości orzechów (jak wszystko) i sterydów. Drużyna została zdyskwalifikowana za stosowanie orzechów. Gdy wiedziałem
z czym przyjdzie mi walczyć wezwałem na pomoc Skippera, Rico, Kowalskiego i Szeregowego. Gdy byłem kilometr od miejsca gdzie była przetrzymywana Ciasteczkowa Eva zepsuł się mój wysoce technologicznie zaawansowany osobisty plecak odrzutowy wysokiej mocy i spadłem prosto na igloo, ja nie wiem o co się Ci Eskimosi denerwowali... co z tego że to była jedyna rzecz która wystawała z ziemi w promieniu 100 km (tak, wszystko idealnie proste i nic więcej poza jednym igloo z eskimosami [baza pingwinów DUPY była pod lodem]). Przyznam że bycie obrzuconym rybami przez eskimosów nie jest fajne, później się śmierdzi i gonią Cię lwy morskie bo myślą że jesteś rybą. A w dodatku nic tu nie ma, tylko jedno igloo którego w sumie już nie ma.

Gdy już odpędziłem się od rozwścieczonych eskimosów i lwów morskich znalazłem wejście do bazy pingwinów DUPY. Wtem obok mnie pojawili się moi pingwini znajomi (Skipper, Rico, Kowalski i Szeregowy), zeskoczyliśmy w dół i wrogowie byli już przygotowani. Przystawili nam broń do głów i dziobów i związali. Wtedy pojawił się Diabeł i jego kot, stało się jasne diabeł podpisał pakt z Pingwinami DUPY że pomoże im pojmać Ciasteczkową Evę w zamian za ich duszę i 30 różowych pończoch ... czyżby obleśny diabeł był także transwestytą ? a może on jest oną ... podwójny transwestyta ? i to z rogami, co prawda sztucznymi ale zawsze. Zrobili to bardzo sprytnie bo wiedzieli że gdybym ja był przy niej to nie mieli by szans. Już mieli nas zabić gdy zaproponowałem diabłu i pingwinom pewien układ : Rozegramy mecz siatkówki, jeśli moja drużyna wygra puszczą nas wolno a jeśli przegramy to diabeł zabierze moją duszę.

Zgodzili się, niestety zapomnieliśmy o jednym drobnym szczególe... ani ja, ani Skipper, ani Rico, ani Kowalski i ani Szeregowy nie umiemy grać w siatkówkę. Więc nie mieliśmy szans. przegraliśmy 25:0 , więc diabeł zabrał moją duszę, ale wtedy Skipper zaproponował ten sam układ, i jego duszę też przegraliśmy... Duszę Rico, Kowalskiego i Szeregowego też. A potem przegraliśmy nasze dusze w kolejnych 50 reinkarnacjach. Więc niestety przegraliśmy. Strasznie pechowy dzień. Już diabeł miał nam wydzierać duszę łyżką (dlaczego łyżką ? bo jest tępa, będize bardziej bolało- tekst z "Robin Hood - książę złodziei"), gdy Ciasteczkowa Eva wyskoczyła z tym że to było oszustwo bo u nich w drużynie było 6 osób a u ans tylko 5 i zażądała dodatkowego meczu ale tym razem bez udziału mnie, Skippera, Rico, Kowalskiego i Szeregowego. Wstyd się przyznać, ale Cisteczkowa Eva sama wygrała z 6 pingwinami DUPY. Ale tak na prawdę nie liczy się to że ona odzyskała nasze dusze tylko to że ja przyleciałem z odsieczą, troszkę nie udaną ale to nic.

Gdy już Ciasteczkowa Eva zdruzgotała ich niczym naloty dywanowe Drezno. Pingwiny DUPY kulały się i błagały o litość. A diabeł tylko stał nieruchomo trzymając styropianowy trójząb o był wpatrzony w nicość. Gdy Ciasteczkowa Eva rzuciła go piłką to się ocknął, zabrał duszę pingwinów, przeprosił mnie i uciekł. Skipper i jego ludzie podrzucili nas do Polski a sami polecieli w stronę zachodzącego słońca. No i w ostateczności znów nie dostałem ciasteczka, bo złe pingwiny zjadły. Powiedziała że to może mnie uściska ale gdy się zbliżała poczuła zapach po rybach eskimosów.


Wiem że miałem napisać o Świcie Żywych Pączków, ale ta historia jest ciekawsza. Piosenka dnia :


Dobranoc :)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 17 lutego 2012



Wychodzę dzisiaj rano z kotłowni z taczką po drzewo, a tam...



Załoga! Okręt tonie! Podnieść kotwicę i opuścić szalupy do kroćset!
Ani taki szczur lądowy jak ja, ani moje buty nie umieją pływać, tymczasem trzeba było iść. Żałowałam, że nie wzięłam stopera, żeby sprawdzić jak szybko podeszwy mi przemokną, jednak okazało się, że nie był potrzebny, bo przemokły natychmiast.

Muszę to sobie powtarzać i powtarzać, bo coś mi nie zaskoczy i przegapię - Paul McGann występuje w Obcy: Ósmy pasażer Nostromo! Jako jakiś Golic! Tak, ja też się dziwię, kto tam wpakował tę liczbę, a ponadto zastanawiałam się przez jakiś czas, czy Golic to czasami nie oznacza czosnek (ale nie, jednak nie...), w każdym razie będzie i to w dodatku z roku 1992, czyli względnie podobny do tego z 1996! Paul McGann będzie! WoW! Oglądałam Alien 3 nie raz, ale teraz będę go tam nie tylko widzieć, ale też go zobaczę!

Udało mi się skomentować opowiadanie Vampirci. Choć właśnie to słowo udało się przysparza mi najwięcej komplikacji. Mój post nie był pierwszym, w którym czytelnik nie piał z zachwytu i pomimo że starałam się po prostu rzeczowo wyłożyć argumenty przeciw, to niestety wyraźnie podłamałam koleżankę. Nie są to żadne wielkie przewinienia, ot nietrafiona psychologia i płaski smak w dialogach, wystarczy poćwiczyć, żeby się ich pozbyć na dobre i ja nawet wiem, jak, ale chyba nie powiedziałam tego tak, jak trzeba. Problem jest, że kiedy ja piszę, to wiem, do czego chcę dojść i komentarze czytelników są dla mnie mile motywującym urozmaiceniem. Dla Vampirci są one podstawą. Nie ma sensu pisać czegoś, co nie będzie miało czytelników, więc kiedy opowiadanie nie pasuje czytelnikowi, trzeba je zmienić. A teraz nie ma go jak zmienić, bo trzebaby je chyba od początku napisać.
W dodatku: czy osoba, która pisze od tylu lat naprawdę powinna się jeszcze czegoś uczyć? Czy ja powinnam doradzać?
Poznałam ją przy opowiadaniu Echa Gallifrey i od razu zaczęłam podziwiać, że ma tak wiele wszystkiego na koncie, czytelników, status na forach, ogarnia pełno tematów fanfikowych... Pomimo że szybko zauważyłam, że mało które jej opowiadanie dorównuje temu, z którym zetknęłam się najpierw, są trochę schematyczne i brak rozwinięć niekiedy aż trzeszczy, to nadal uważam, że z doświadczenia i komentowania (no, przynajmniej jeśli chodzi o fanfiki sci-fi) jest osobą najbardziej godną podziwu z tych które znam. Ja się wzięłam znikąd i od razu piszę perfekcyjnie - czy to jest fair?
Kolejny przypadek jak z tą moją uczennicą antymatematyczką - niektórzy uczą się latami, korepetycjami i trudami i mają 3, a niektórzy posłuchają tego, podpatrzą tamtego, spróbują napisać i już jest 5.
Głupie uczucie.

Dobra, teraz bardziej na wesoło - nasz telewizor śmiesznie się zepsuł. Znaczy: nie teraz, ale już od dłuższego czasu tak ma, że jak mu coś nie leży, to obcina górną 1/4 ekranu i postacie patrzą na nas tylko ustami. Dzisiaj przy obiedzie jednak udało nam się opracować parę przyczyn tego, jakże interesującego zjawiska:
  • Przyczyną problemu jest krach na giełdzie - większość akcji leci na łeb na szyję, więc prowadzący stracił głowę;
  • Telewizja pokazując tylko niektóre elementy aktorów itp. oszczędza na wykorzystaniu ich wizerunków (połowa twarzy => połowa stawki);
  • Dziennikarze chcąc pozostać neutralnymi wobec wyczynów polityków zamiast przymykać na nich oko poszli o krok dalej i przymykają na nich całe czoło;
  • Mamy do czynienia ze szpiegami działającymi incognito;
  • Mamy do czynienia z półgłówkami;


Jeśli Czytelnik ma dalsze propozycje prosimy ich nie nadsyłać, gdyż jak zauważył Stefan Friedmann, poczta i bez tego ma od cholery roboty. Można je za to zamieszczać w komentarzu ;)
Podobnie jak propozycje inteligentnego wykorzystania konta siostry, która nie jest superbohaterką - pytam poważnie (mam na myśli wczorajsze odkrycie), nadal się nie wylogowałam

Kroniki Kurczęce część III: Myślę, więc jestem

A teraz najlepszy DJ na świecie, czyli Gigi D'Agostino - cały dzień mi się nucił i do tego było go ciężko znaleźć na wrzucie w tym konkretnym wydaniu:



Dobra, zaraz idę na Polsat, zaraz idę na Polsat...