piątek, 16 marca 2012

Ksena Wojowniczka , Dziennik Superbohaterki 16.03.12 Piątek

Dzisiejszy dzień jest super. Rano o 9.00 mięliśmy rekolekcje i siedzieliśmy w kościele tak trochę ponad godzinkę. Po rekolekcjach podjechałam z kumpelą z klasy do nowo otwartego centrum chińskiego. Kupiłam sobie kolczyki i zawieszkę do telefonu. Moja kumpela zakupiła lakier do paznokci :) . Mam zamiar jeszcze wyciągnąć mamę do tego sklepu, aby kupiła mi kapelusik lub jakieś fajne buty, bo w końcu ostatnio moi bracia dostali buty, więc mi też się coś należy :) Tak to u nas jest, że mama zawsze coś kupuje każdemu z nas.

Wczoraj moja przyjaciółka pojechała na trzydniową wycieczkę i pożyczyłam jej aparat, bo jej się rozwalił, więc dlatego nie mam jak pokazać zdjęcia tych kolczyków i przypinki - następnym razem pokażę :). Gdy wracałam ze sklepu, spotkałam kolegę, którego nie widziałam już prawie 4 lata i pogadaliśmy trochę (swoją drogą wyprzystojniał od gimnazjum trochę :D ). Gdy już doszłam do domu, było po 12, więc skorzystałam z ładnej pogody i umyłam okna. Po wykonaniu tego zadania miałam się wziąć za sprzątanie pokoju, lecz weszłam na internet i zaczęłam konwersację z Mythem, a że jestem jego superbohaterską stażystką, wezwał mnie do siebie. Odpaliłam mój statek, moją ukochaną Gwiazdkę (tak nawiasem mówiąc nie jest ona różowa, więc nie wiem, skąd Myth wytrzasnął tamten różowy pojazd :) ) i ruszyłam do jego centrum dowodzenia.

Pierwsze, co mi powiedział to to, abym zrobiła mu kawusię (ale taką specjalną, którą tylko ja umiem zrobić i która zwiększa moce superbohatera), następnie kazał mi przynieść sobie ciasteczka (jakbym była jego służącą, a nie stażystką). Kiedy już zjadł i się napił, poprosił (pierwsze raz użył słowa proszę :) ), abym wyczyściła jego hełm i naprawiła broń i cały osprzęt (w końcu dzięki mnie nic mu się nie dzieje na akcjach). Gdy wykonałam już jego zadania wyruszyłam z powrotem do domu. Nic ciekawego się więcej nie wydarzyło. I moje domowe zadania to jeszcze posprzątać pokój, wytrzepać dywan i nakarmić chomika i chyba tyle nie licząc tego, że muszę zrobić obiad dla moich dwóch pasożytków (czyli braci, jak zwykli ludzie by ich nazywali).
No i tyle papa :*

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 15 marca 2012



Zanotować sobie w swoim supernotatniku (eee... zaraz, czy ja w ogóle mam coś takiego?) - nigdy więcej nie odkładać wpisu na następny dzień.
Wtedy nie ma czasu! Przecież powszechnie wiadomo, że właśnie w przedziale 8:00 - 13:00 wypada najwięcej prób opanowania świata przez najgroźniejszych złoczyńców! Tak, tak - tamci, którzy skaczą po dachach w stroju Butmana w środku nocy, to tylko mały ułamek całości, ponadto ten bardziej amatorski (bo niby jak taki niewyspany cudak miałby komukolwiek zagrażać?).
Nie mówiąc już o tym, że trzeba kurczaczków doglądać i kopytka robić!

Jak dowiedziałam się z Radia Zet, dzisiaj mieliśmy "ciekawą" (jak sami powiedzieli) rocznicę - równo 27 lat od zarejestrowania pierwszej domeny internetowej. Z rozszerzeniem .com oczywiście - pierwsze .pl pojawiło się dopiero kilka lat później, w roku 1990.
Dzisiaj natomiast mamy już 225 000 000 zarejestrowanych stron.

W ogóle jakoś tak komputerowo ostatnio - zaczęło się od tego, że parę dni temu, 12. marca bodajże udało mi się wreszcie znaleźć paskudztwo, przez które po próbie przejścia w stan wstrzymywania komputer nie przechodził w stan wstrzymywania, a wpadał w tajemnicze zamyślenie udając, że nie dosłyszał i chodził jakby nigdy nic choćby cały dzień, jeśli się go nie wyłączyło. Kiedy się go natomiast wyłączało, wyskakiwał komunikat, że co zrobić z wiszącym programem Wireless Console. Czyli, co wiedziałam od pierwszego wejżenia, ów paskudztwo nazywało się Wireless Console, tyle że żeby umożliwić komputerowi w tych trudnych chwilach zmianę stanu na jakikolwiek inny poza wyłączeniem, musiałam zlokalizować proces.



Powodzenia Xq
Na szczęście odpowiedź znalazła się - wystarczyło tylko poszukać! I to już w pierwszym poście pierwszego linka od Google'a.
wcourier! wcourier.exe! Nie no, nie wiem, kto mu nadał tę nazwę (courier to przecież nazwa czcionki), jednak jej brzmienie jest bardzo adekwatne :/

Nie wiele później, bo 14. marca, przy którym wolałam już odwrócić swoją uwagę opowiadając o liczbie π miałam na głowie Komputer znajomej kontra AstroGirl: powrót. Komputer znajomej kontra AstroGirl: pierwsze starcie było jakoś w ostatnie wakacje, kiedy koleżanka, superbohaterka Qulka, przyszła do mnie z niepozorną prośbą, żeby przeformatować jej komputer. Wybrałam Win 7, ale jej było w zasadzie obojętne - chodził, jak to ujęła inna moja znajoma, jak ślimak w oleju i w ogóle nie dawała już sobie z nim rady pod względem wychowawczym, więc liczył się czas, a nie efekt. I wtedy też po raz pierwszy poważnie odczułam, że sam zainteresowany ma znacząco odmienne zdanie na ten temat - podobał mu się jego obecny stan ducha i wyglądało na to, że w reinstalacji nie będzie mi pomagał.
Zacznijmy od tego, że płyta na pewno działała - już z niej raz instalowałam i było super - więc teraz trzeba było tylko włożyć płytę do środka i przestawić instrukcje startowe w BIOSie (tak, tak, ja wiem, jak to brzmi, ale to jest coś jak spowodować mechaniczne obniżenie się suwaka tostera, żeby spowodować wzros temperatury wewnętrznej urządzenie i tym samym opiekanie umieszczonej w nim żywności).
No właśnie - tylko... Słuchajcie - magia! Wejścia na płytę były dwa - CD i De-Vau-De - przy czym również oba działały, bo po odpaleniu starego systemu pokazywała się ikonka, ale przy ładowaniu... Nie widział tej płyty nigdy! Przy żadnych ustawieniach! Wypróbowałam i ustawienia szybkie i takie na wchodzenie głębiej i jakieś tam jeszcze, co ze wzięciem pod uwagę dwóch różnych wejść na płytę, dawało chyba z piętnaście kombinacji. I żadna nie zadziałała :q Komputer cały czas ładował się zupełnie zwyczajnie, jakby płyta po włożenia jej do sufladki się anihilowała. No magia!
Cóż, jedyne, co mi zostało i co zawsze robię, to mądre podrapanie się po głowie i Nie wiem, co jest, przecież robiłam to już ze trzy razy, na takim komputerze, na takim i na takim, i zawsze działało. Qulka tylko machnęła ręką ze śmiechem i powiedziała, że ten komputer już tak ma.
A wiecie, co się stało potem? Za tydzień przyszedł jej brat, który nie jest superbohaterem, z kolegą, kolega bez problemu sformatował, zainstalował i poszedł, i nie powiedział, jak. To dopiero się nazywa demotywator dla superbohatera :r

Ale teraz, jak już mówiłam, koleżanka odezwała się ponownie i miejsce miał Komputer znajomej kontra AstroGirl: powrót. Otóż komputer zrobił po miesiącu to, co małe tygrysy po miesiący lubią robić najbardziej, tj. zamknął się w sobie twierdząc, że będzie rozmawiał tylko w obecności klucza aktywacyjnego. Tak wiem, też mnie to zdziwiło - kolega brata zrobił swoje przeszło pół roku temu, a Qulka zgłasza się teraz. Ukazuje to mianowicie jak bardzo Qulka zainteresowana jest tego rodzaju bronią użytkową - teraz wymyśliła, że nauczy się obsługiwać pospolite pojazdy czterokołowe, a wcześniej to nic, tylko ratowała świat. A co myślicie - nie każdy pogromca zła ma czas całymi dniami wysiadywać na FaceBooku jak Myth Gdyby na kursie dawali testy w wersji papierycznej, pewno nawet ucząc się wysiadywałaby na szczycie jakiegoś wieżowca wypatrując kolejnego gościa planującego podbić świat (i mającego ładne dołeczki).
Wracając - nie raz chwaliłam się i opowiadałam (no, na blogu akurat raz) swoim niesamowitym programem AntiWPA3 rejestroprzestawiającym, aktywacjousuwającym i zmarszczki tentegowującym. Kazałam mu wskakiwać na pendrive i idziemy, potem tradycyjnie - F8, cd h:\Cracked\ i tak dalej. Jednak już komputer qulkowy patrzał dziwnie i ze skosa i tak podejrzewałam, że coś będzie nie tak. I faktycznie! AntiWPA3 nie zadziałał
No po prostu, jak to mawiają:
+++ Błąd Dzielenia Przez Ogórek.
Zainstaluj Wszechświat Ponownie I Rebutuj.+++
Postać: HEX

Spróbowałam jeszcze zainstalować płytę na trybie awaryjnym, na którym właśnie siedziałymy, ale nie - komputer z bujnym uśmiechem na monitorze twierdził, że ponieważ prawdopodobnie Windows nie jest zainstalowany poprawnie albo działa w trybie awaryjnym, instalacja jest failed (swoją drogą od kiedy pliki do nauki wymagają programu instalacyjnego???) i on nie chce i nie może. Cóż, nie wiem, jak Windows, ale Wszechświat na pewno, ale nie ważne. Więc, ostatecznie... pozostało mi machnąć ręką i zainstalować ten Wsze... znaczy: Windows ponownie. Oczywiście, ponieważ pamiętałam, co było w poprzednim odcinku zmagań, więc tylko taaak sobie włożyłam płytę, żeby zainstalować jednak już z pierwszego Windowsa, jako drugi (w końcu można - początkowo ciągle wychodziło mi to przypadkiem ). I oczywiśie tym razem... komputer Qulki postawiony pod ścianą dał za wygraną i zareagował na płytę od razu. I kto mi powie, że nie wynaleziono jeszcze sztucznej inteligencji? :q



Noooooo ale koniec końców wyszło na MOJE.

Na zakończenie istną wiśnią na torcie okazała się nowina, że komputer ma jakieś uczulenie na niektórych superbohaterów i nie pozwala nazwać konta windowsowego per QULKA. Administrator, Gość i QULKA O.o No aż usiadłam. O ile superbohaterów Administrator i Gość w miarę kojarzę (widziałam ich parę dni po akcji przy granicy koreańskiej, jak zbierali skarpety) i wiem, że załatwili sobie blokadę w MicroSofcie, o tyle żeby jeszcze jakaś QULKA była, w dodatku wielkimi literami się przedstawiająca? Google i Wikipedia też się kulą i nie wiedzą, zapytałam więc na Hakerskim hackme.pl i zobaczymy, co będzie.

Generalnie bóuu.


Mrau motywuje mnie do oglądnięcia Sherlocka (do czego straciłam motywację, kiedy dowiedziałam się, że głównej roli w tym nie gra przystojniak, którym zachwycałam się tutaj, tylko jakiś dzieciak). Podpowiada pierwszy odcinek, po którym się albo się zachwycisz i pozostałe pięć obejrzysz w dwa dni, albo dasz sobie spokój. Bardzo ciekawa jestem swojej reakcji.
Zresztą, jak się coś obejrzy, to się to łatwiej krytykuje


I na koniec, dla dociekliwych, tak - robię tę prezentację na Pyrkon Praca wręcz wre - oto jej wycinek:



A na cześć nowych obserwatorów - których co ciekawe, nie zauważyłam - nowy dodatek do bloga! Ale na samym dole, żeby już nie śmiecił. W dodatku tym bardziej śmieci, że nie działa. Nie ma co, komputery mnie nie lubią.



czwartek, 15 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 15.03.12 Czwartek

No dosłownie nie wyrabiam, od 7:30 do 21:00 w szkole byłem . No więc jak mi minął dzień ?
Otóż wstałem, pojechałem do szkoły, bylem w szkole, a potem byłem w szkle, następnie byłem w szkole i znów byłem w szkole a potem cała seria : byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole. Później byłem w szkole i na koniec byłem w szkole.

Dzisiejszego dnia był dzień drzwi otwartych dla otwartych na propozycję naszej szkoły uczniów gimnazjów. pochwalę się że w tym roku jest szansa że będziemy mieli 7 nowych dziewczyn w szkole ! :D Opisał bym co gdzie i jak z kim robiłem ale mi się nie chce :) jutro opiszę.

Kącik zrozumienia kobiet według Mistrza Yody:
Komplementować kobietę musisz albo bo na to zasługuje albo bo obrazi się o komplementów brak ,wiec zrobić musisz to słuszne co uważasz lecz tak się stanie że kobieta obrażona będzie

Piosenka dnia :

dobranoc :)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 14 marca 2012



A kto wie, co dzisiaj jest za dzień? Pytanie za 100 pkt. jako że nawet Google nie wiedziało (i obchodziło dzisiaj urodziny jakiegoś Japończyka czy Chińczyka), choć nie zapomina Wikipedia.

Dzisiaj jest Dzień liczby π!


stąd

π! Kolejna z rzeczy, z którą, niczym z 29 lutego, ludzie męczyli się od starożytności! Bo wiecie - dawno dawno temu, w Grecji bodajże, mieli bzika na punkcie proporcji, równowagi i wdzięku sprowadzania wszystkiego do liczb całkowitych. A tu nagle pojawia się liczba, która bierze się z Bogu ducha winnego koła, znaczy: ze stosunku jego obwodu do średnicy i, pomimo że jest ładna i zawsze niezmienna, zwyczajnie nie da się, no NIE DA SIĘ przerobić tego na ułamek zwykły! Matematycy starożytności zgłupieli - przecież zgodnie z ich normami taki wybryk nie był nawet liczbą!
No i się zaczęło...

Generalnie problem był, hmm, dość problemowy. Jak donosi Wikipedia na początku się przemilczało i π miało mieć około 3 czy 3,12. Jak opowiadają tutaj jedną z pierwszych osób, która odważyła się jakoś ugryźć ten temat, był Archimedes, który przybliżył je jako 22/7, czyli, skracając, mniej więcej 3,142857.
Potem był doszedł Klaudiusz Ptolemeusz, który wynikiem 3,1416 przebił go o jedną tysiączną. Potem...
Ale jak oni to robili? No wyobraźcie to sobie - macie kółko i obwód, do tego linijkę i sznurek. I co? Przecież z mierzenia obwodu w ten sposób nie wyjdzie Wam 10,39898203591190204542899057614986223, tylko pewnie jakieś 10,5 ;) I jeszcze weź toto podziel... A starożytni naprawdę potrafili! I oni nie mieli komputerów, o czym myślenie automatycznie nam się wyłącza. Mogę jedynie poinformować, że kiedy dzisiejsi naukowcy tłumaczą nam, że tacy Babilończycy obliczyli coś tam i wiele innych rzeczy z dokładnością do dwusetnego miejsca po przecinku, to znaczy, że pisali po prostu coś w stylu 239/1636.
Czyli część problemu mieli z głowy. Ale jednak ten nieszczęsny obwód musieli znaleźć! I, pomijając początki, wszyscy na wszystkich kontynentach, robili to zgodnie i celnie, z uwagą, cierpliwością i szacunkiem, z każdym rokiem dokładniej i z większą ciekawością. I chyba nawet szybciej niż by nam się zdawało, skoro nawet piramidę Cheopsa robili pod linijkę dla tej liczby. A potem toooo... już nawet nie będę języka strzępić, skoro Wikipedia może lepiej. Dowody niewymierności, wzory do obliczania go i za jego pomocą, nazewnictwo...

Zwrócę uwagę tylko na jeden jedyny wzór, na który, podobnie jak każdy matematyk i niektórzy superbohaterowie, napatrzeć się nie mogę:



...który wymyślił pan Leonhard Euler, który pieszczotliwie zwany jest najpiękniejszych wzorem matematyki i o którym, jeśli jeszcze komuś mało, jest więcej tutaj.

Tym, co znalazłam na tamtej stronie, a wzbudziło mój szczególny podziw, było coś, co określili jako Trójwymiarowa ilustracja wzoru Eulera:



(Tutaj już nie zachowałam się co prawda jak na prawdziwego matematyka przystało, bo patrząc na ten wykres odruchowo poczułam się, jakbym wysiadła właśnie z kolejki o takim kształcie, ale mniejsza.)

Liczby zespolone! Geometria! Fizyka! Tak, tak, moi drodzy! π było niczym nasionka od maliny - właziło wszędzie! Nic dziwnego, że poodkrywano tysiące sposobów na to, żeby w domowym zaciszu każda gospodyni domowa mogła po cichu oddać się przyjemności samodzielnego poznawania kolejnych cyferek (to jest podobno jedna z tych rzeczy, którą każda gospodyni domowa robi, ale nie ma odwagi się przyznać). Parę sympatycznych sposobów podają tutaj, w Wikipedii jeszcze więcej (choć przyznać trzeba, że już nieco mniej sympatycznych). Jednakże...
Bardzo się zdziwiłam, ponieważ nie ma na żadnej z tych stron słowa o pewnej uroczo kontrowersyjnej metodzie liczenia, o której kiedyś całkiem przypadkiem dowiedziałam się z ostatnich stron pewnej książki o statystyce (Monstrualna erudycja nawiasem mówiąc, zalecam ;) ). Do dzisiaj dnia odsuwałam myśl o tym, czy znajdę informacje o niej w Internecie, ponieważ moja superbohaterska pamięć lubi płatać figle, a nie chciałam napleść bzdur. Zaczęłam szukać i... JEST! Jak tylko zobaczyłam w skrócie wspomnienie o metod Monte Carlo, w której się najpierw strzela, potem liczy, od razu wiedziałam!

Otóż pewien pan Georges-Louis Leclerc Buffon, czyli w skrócie po prostu Buffon (), który zauważył, że jak weźmie paczkę igieł, narysuje linie w odstępach równych długości tych igieł i rzuci igły na te linie, to stosunek liczby wszystkich igieł do tych, które upadły na linie będzie bliski π/2 !


gdzie:
n to wszystkie igły;
R to liczba upadniętych na kreskę.


Bliski π/2 i tym bliższy, im więcej igieł będzie nam się chciało zbierać z podłogi!

Problem igły Buffona został jednak na Wikipedii rozciągnięty na zależności od długości igieł i samej zależności od π nie widać aż tak bardzo, więc dla pewności podrzucam jeszcze jedną stronę (Zadanie nr 4), która co prawda wzór układa nieco w inny sposób, ale za to dysponuje ładnym obrazkiem:



No. I już widzę, jak jutro w sklepach kolejki za szpilkopodobnymi rzeczami będą ;p


Google nic nie mówiło, a ja wiedziałam - skąd? Otóż kiedy zaczynałam liceum dni na cześć liczby π były urządzane w mojej szkole. Robiło się rysunki, pisało wierszyki... Najlepiej jednak wspominam konkurs na szukanie swojej daty urodzenia w długich mrocznych ciągach tej nieskończonej liczby. No wiecie: ktoś jest z 15 października 1999, to szuka 15101999. Albo 19991510. Albo jeszcze inaczej. W sumie za 151099 też chyba nie nabijali na pal :) Nikt się też nie czepiał nawet takich szczęściarzy jak ja, którzy mieli jednocyfrowe numery miesięcy i dni, przez co szukali np. nie tylko 01021999, ale też 121999, 199912, 2199, itp. ...
Czekam na propozycje czytelników

Jeśli chodzi o utwory literackie, to niczego wartego uwagi z czasów liceum nie pamiętam. Każdy wstawiłby w takiej chwili dzieło pani Szymborskiej pod tytułem Liczba pi, jednak ja nie uważam go za udany. Mógłby być lepszy, a jest taki nadmuchany. Tym co ja napiszę, będzie coś, o czym kiedyś na jednych z zajęć Javy wspomniał nam pan dr Wercinski Tomasz, a co (jeszcze bardziej kiedyś) zdarzyło mu się przeczytać:
Pewnego razu pani na zajęciach z matematyki opowiadała o obliczeniach związanych z kołem i w ramach zadania domowego poleciła uczniom jak najdokładniejsze obliczenie wartości liczby π Następnego dnia zaczęły się dziać rzeczy niezwykłe. Kolejni rodzice zaczęli zgłaszać się z przeprosinami, że nie potrafią jak należy pomóc dziecku w lekcjach, bo po zmierzeniu koła jak najdokładniejszymi sposobami i dokonaniu dzielenia wychodzi im... równo 3. Za pierwszym razem nauczycielka się śmiała, jednak zgłaszali się kolejni rodzice - skruszeni tłumaczyli, że nie wiedzą, co robią źle, jednak musieli przy dziecku bezradnie skrobać się po głowach, bo nie wychodziło im nawet w przybliżeniu legendarne 3,14.
Szybko po wydarzeniach w szkole informacje o dziwnych problemach z obliczeniami zaczęły się pojawiać także w wiadomościach telewizyjnych, w radiu i wszędzie, na całym świecie. Nagle nikomu już w budowie, inżynierii i tak dalej nie zgadzało się, żeby π miało 3,1415 i więcej! Nastąpiła panika i wszechogarniające zdziwienie. Koło nadal było kołem, jednak stosunek długości okręgu do środnicy wynosił dokładnie 3 i żadna ze starych regół nie nadawała się do stosowania! Wszystkie programy komputerowe, wypracowane podejścia, wzory okazały się omylne i bezwartościowe...


Centralnie, albo Doctor coś tam musiał zrypać albo Chuck Norris nie tak trzasnął drzwiami O.o

Na koniec coś ode mnie. Wspominałam, że były konkursy rysownicze, w takim razie przedstawiam, jaką wizję narysowałam w 2005 roku:



:)


Nie znam żadnej piosenki, która choć wydawałaby się mieć coś wspólnego z liczbą π, więc zapodam to, co mi się dzisiaj bardzo nadało. Tak bardzo, że aż wyszukałam w Internecie po słowach, co to za piosenka, którą dotychczas miałam zapisaną tylko jako no_name:



Ale oczywiście, jeśli ktoś chce, żeby było bardziej nastrojowo, można sobie wyobrazić, że ten pan śpiewa o π.

środa, 14 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera14.03.12 Środa

Dzień minął bardzo szybko. Szybka pobudka, 3 lekcje w szkole, powrót do domu, pobrałem sobie książkę o robieniu origami :D bardzo ciekawa, ale to nieważne. Dziś skupię się na moich fanach.
Od jakiegoś czasu dostaje rożne wiadomości, listy i prezenty o d moich kochanych fanów. dziś chciałbym je zaprezentować :

5) Jak widzicie, mam fanów którzy mnie kochają i na mnie liczą mam na całym świecie :) również w Emiratach Arabskich:












4) Prezent od jamnika Bogusława :
Jamnik Bogusław do tego niezwykłego prezentu dodał kartkę, której treść brzmiała tak:
Myth, chudzinko ty, chudniesz w oczach dlatego przesyłam najlepsze karmy psie abyś przybrał na wadze i miał siły do walki ze złem.







3) List od Pana Romana z Wągrowca :
Drogi Mythu, jestem Ci dozgonnie wdzięczny za uratowanie mojego ulubionego wazonu, jesteś wielki ! nie przejmuj się tym że żeby uratować mój wazon rozorałeś pole, zniszczyłeś traktor i uszkodziłeś dwa kombajny. Straty w wysokości 1 000 000 $ na które mnie naraziłeś, są niczym w porównaniu z tym jak wiele znaczył dla mnie ten niezwykle cenny i zabytkowy wazon z biedronki za 3,99 zl za sztukę. Jeszcze raz dziękuję ;)

2) Laurka zrobiona przez małego Stasia z Gżegżółek Dolnych:




















1) zwycięzca, mój najbardziej ulubiony wyraz ulubienia mnie przez moją ulubioną fankę:















Drogie Fanki, drodzy fanowie. Dziękuje wam ze ze mną jesteście :)

Kącik zrozumienia kobiet według Mistrza Yody:
Nie każda warta jest czasu aby poświęcać im, gdy lepsze inne są w pobliżu

Piosenka dnia :

dobranoc :)
Ps dobrze że jeszcze nikt się nie dowiedział o tym czego nikt nie wie :D

wtorek, 13 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera12.03.12 Poniedziałek i 13.03.12 Wtorek

Dwudniowy wpis, tak wiem że nigdy tego w sumie nie robiłem, codziennie był osobny ale od wczoraj pobierałem nauki u Mistrza Yody, uczył mnie kontaktów z kobietami. żeby dostać się na planetę musiałem pożyczyć Kseny Wojowniczki jej różowy stateczek, bo niestety mój wysoce technologicznie zaawansowany osobisty plecak odrzutowy wysokiej mocy nie pomieści tyle paliwa aby dotrzeć na planetę mistrza Yody(teoretycznie wystarczyło by żebym na początku nabierał ciągu a potem [jako że jestem w próżni] leciałbym sobie z tą prędkością [dlaczego tak nie zrobię? bo ja nie umiem za dobrze pilotować i i tak bym zużył całe paliwo na korygowanie kursu]). No więc dotarłem na tą jego planetę. Wychodzę z różowego statku Kseny Wojowniczki i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to napis na ziemi :
"Fear is the path to the dark side" - Strach jest ścieżką na ciemną stronę














idąc dalej zobaczyłem jakby lepiankę wbudowaną w stary konar drzewa. Usłyszałem dziwne dźwięki, więc podbiegłem i zobaczyłem co się stało, moje oczy ujrzały małego, zielonego, starego i pomarszczonego stworka w otoczeniu 5 kobiet :
















Stworek zauważył mnie czającego się za krzakami, podszedł i powiedział :
- szukasz kogoś ty ?
- Witam, szukam wielkiego wojownika o imieniu Yoda - odpowiedziałem
- Oh, Wielkiego wojownika, hmm? Wojna nikogo nie czyni wielkim. - spojrzał takim dziwnym wzrokiem i podszedł bliżej.
- Wiesz gdzie znajdę Mistrza Yodę ?
- Yoda ja to.
- No ale przecież ty jesteś taki mały ...
- Rozmiar nie ma znaczenia. Czy mnie oceniasz po rozmiarze? - rozmiar nie ma znaczenia ? Chciałbym w to wierzyć :D
- Nie ! wybacz mi Mistrzu, przybyłem aby prosić o to abyś nauczył mnie jak postępować z kobietami. czy nauczysz mnie ? - zapytałem z nadzieją.
- Zaiste wyczuwam w tobie moc, a moim sprzymierzeńcem jest Moc i potężnym sprzymierzeńcem ona jest...

Mistrz Yoda odszedł od kobiet, kazał mi iść za nim. Poszliśmy do medytatorium (miejsce [w tym przypadku polana] służące do medytacji), usiedliśmy i Mistrz Yoda przemówił :
- Strach to ciemna strony Mocy. Strach wiedzie do gniewu, gniew do nienawiści, nienawiść prowadzi do cierpienia. Czuje w Tobie wielki strach. Boisz ty kobiet się.
- Ano troszkę ...
- Musisz poczuć otaczającą cię Moc. Kobiety w obsłudze proste są.
- Tak ale obawiam się że stracę kogoś.
- Raduj się tymi wokół ciebie, którzy przekształcają się w Moc. Nie opłakuj ich, nie tęsknij za nimi. Przywiązanie prowadzi do zazdrości. Cieniem chciwości jest ono. Pamiętaj, siła Jedi pochodzi od Mocy. Ale strzeż się. Gniew, lęk, agresja. Ciemną stroną one są. Raz zejdziesz na mroczną ścieżkę, na zawsze zawładnie ona twoim przeznaczeniem.
- Dobrze spróbuje
- Nie próbuj, rób albo nie rób, nie ma próbowania !!!!!!!!!!!!!!!!! Wykres Ci ja narysuje :















Siedzieliśmy na tych twardych kamieniach aż nie porobiły mi się odciski, Yoda wyjawił mi wszystkie tajemnice obcowania z kobietami, gdy odchodziłem zobaczył statek Kseny Wojowniczki i mnie wyśmiał i powiedział że się nie dziwi jak bujam się pedalskim autem. gdy wsiadałem powiedział :
- Pamiętaj czego się nauczyłeś. Ocalić cię to może! Aby dotrzeć do celu, prostą ścieżką nie pójdziesz.

a gdy mu pomachałem i odlatywałem mamrotał coś pod nosem:
- Mglista przyszłość jest tego chłopca.


A więc wróciłem do domu, napisałem wpis i postanowiłem codziennie wyjawiać jeden z sekretwó mistrza Yody, Będzie się to nazywało "Kącik zrozumienia kobiet według Mistrza Yody" mam nadzieję że się spodoba :)


Kącik zrozumienia kobiet według Mistrza Yody
Kobietą ufać możesz nie bo kłamią, oszukują i manipulują. Im nie wierzyć musisz.

Piosenka dnia :

Dobranoc.

Ps. Planuję w najbliższym czasie niezaplanowaną eskapadę do Szczecina o której nikt nie wie.

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 13 marca 2012



No. Wygląda na to, że tworzenie prezentacji na Pyrkon ma nawet jakieś tempo. Przede wszystkim dobrze zrobiłam, że podzieliłam to sobie na część komputerową i niekomputerową - dużo lepiej wymyśla mi się tekst, kiedy nie świeci na mnie ten ekran (tak, może to być główna przyczyna mizerii na tym blogu, choć nie wiem, jakie usprawiedliwiania ma Myth). Tak więc część papierowa jest częściowo, ale za to od razu z wizją wykonania (animacja tekstu, obrazki...) gratis. Więc, jeśli dobrze pójdzie, może nawet jutro zabiorę się za część komputerową. Nie no, co ja gadam. Pewnie jutro dodziubię do końca pisanie, ale przyjmując po mojemu, że jutro skończy się około 3:00 nad ranem i znowu nie będę pamiętać, jak się nazywam. Co jednakże w przypadku superbohaterów bywa przydatne :p

Z rzeczy bardziej wymiernych - wczoraj, jak niektórzy zauważyli, był teatr. I to, w przeciwieństwie do wielu ostatnich wybryków, nawet udany. Co prawda w stylu molierowsko-fredrowskim, a zwłaszcza podobnie do Moralności pani Dulskiej (yyy... sprawdziłam - tego nie napisał ani Molier, ani Fredro, ale jakoś tak...), czyli trochę pójście na łatwiznę, bo takie rzeczy, żeby śmiać się z cudzej hipokryzji i dwulicowości były oryginalne najpóźniej pięćdziesiąt lat temu, ale jednak... Tak moim zdaniem powinien wyglądać teatr - wszystko przejaskrawione, żeby można było się pouśmiechać, jakie to pustaki potrafią być z innych ludzi, a do tego wystylizowane na jakieś okolice środka XX wieku, żeby można było sobie popodziwiać tę zwyczają elegancję i te ah i oh wielkich domów ze służbą.
Bo tych dzisiejszych "teatrów nowoczesnych", że ludzie w byle jakich ciuchach latają (oni sobie mogą uważać, że w codziennych :/ ) i wrzeszczą z perorowaniem na przemian zamiast normalnie z komediowym wystylizowaniem mówić pięknie, to ja nie pojmuję. Że naturalność, że szczerość "do bólu, że "prawdziwe życie". Nie pojmuję i nie cierpię. Dobrze, że jak na razie Teatr Telewizji tego unika i mam nadzieję, że dłużej niż "na razie".

Czyli było zabawnie i krzywy uśmieszek ani mnie, ani mojemu tacie, który nie jest superbohaterem, z twarzy nie schodził. Jeśli jeszcze komuś mało zamocnych komedii to na Jedynce było Szklanką po łapkach :] Co prawda też jedynie na uśmiech, bo wiadomo, setki razy film powtarzany, a nowych dzieł z udziałem Leslie Nielsena i jego zazowskiej brygady już nie będzie, ale jednak rodzice wciąż i wciąż nie mogą się powstrzymać. I ja też nie :p
Jeszcze mało? No to Tabaluga znowu był

Nie mówiąc nic nikomu od czasów ocieplenia się klimatu nad moim podwórkiem prowadzę obserwacje jeziora. Nie ma co, obiekt zachowuje się dziwnie:




Szkoda, że nie ma tego kluczowego zdjęcia z lutego na marzec. Ale i tak nie ma wątpliwości. Rzecz jasna, problem jest z kamieniami - z każdym dniem zaczynają coraz bardziej wystawać.
Trzeba będzie przyjrzeć się bliżej tej sprawie.


Leciało akurat w radiu, więc pomyślałam, że wrzucę sobie pierwszą piosenkę, jaka mi się w życiu podobała :p
(Nie mylić z pierwszą polską, czyli z ladypunkowym Zawsze tam gdzie ty, o którym wynurzałam się tutaj.)



Przy okazji, wyszukując sobie piosenkę, wypatrzyłam po prawej stronie zakładkę z ogłoszeniami parafialnymi, że Wrzuta tworzy nową siebie i jeśli ktoś ma sugestie, uwagi albo inne problemy, to może się wypowiedzieć.
No to szykuje się dłuższy referat...

Ksena Wojowniczka , Dziennik Superbohaterki 13.03.12 Wtorek

Wreszcie ostatni dzień chodzenia do szkoły w tym tygodniu ( bo od jutra mam rekolekcje i tylko godzinkę w kościele posiedzimy :P ). Hmm a co do odpowiedzi udzielonej mi to i tak się zastanawiam bo mi się nigdy tak nie przydarzyło, aby klej przykleił się do butelki albo nawet tubki. Ostatnio rzadko się odzywałam ponieważ mięliśmy pełno sprawdzianów w zeszłym tygodniu , beznadzieja, kto wymyślił takie coś jak sprawdziany? No nic nie znajdziemy teraz winnego.

Co do tego co działo się dzisiaj to nic ciekawego w szkole obijałam się prawie cały czas bo nauczyciele poprawiali półrocze uczniom co mięli jedynki na śródrocze, a na informatyce geodezyjnej rozmawiałam sobie z Mythem :). Czy u was w miastach też mówią o jakimś konkursie w którym trzeba robić coś na giełdzie? U mnie takie coś mówiła nauczycielka i chcemy z koleżankami z klasy ( nie są superbohaterkami ) utworzyć grupę do tego konkursu tylko czy coś z tego wyjdzie to nie wiadomo.

Po lekcjach powłóczyłam się po mieście i połaziłam po sklepach ( kupiłam sobie taką fajną króciutką spódniczkę na szelkach :) kiedyś może pokaże :D ) po drodze spotkałam Fineasza i Ferba i pytali mnie czy nie widziałam przypadkiem Pepe ponieważ znowu im zaginął. Podpowiedziałam im, aby poczekali i dziobak sam się znajdzie jak zawsze z resztą.

Po powrocie do domu miałam już przygotowany obiadek przez moją mamę która nie jest superbohaterką ( biały barszczyk :D ), później zaczęłam robić projekt na geodezję mam go oddać za dwa tygodnie, ale wcześniej dam do sprawdzenia, aby mieć wyższą ocenę :). Dalej spotkałam moją przyjaciółkę i okazało się, że na serio się zakochała :P zawsze umiem to rozpoznać u niej po rozmowie z nią siadłam przed komputer w mojej bazie zwanej moim pokojem
I chyba tyle na dzisiaj papa :)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 12 marca 2012



Ale ten Myth lubi fantazjować! Znowu się zdrzemnął przed informatyką siadnąwszy na wtyczkę USB. USB, jak się właśnie zainteresowałam, jest to po angielsku Universal Serial Bus, pozwolę sobie więc przetłumaczyć, że Myth usiadł na popularny serialowy autobus.

Ksena Wojowniczka pytała nas niegdyś (naszą superbohaterską dwójkę + Czytelników), jak to jest z klejem, że nie przykleja się do butelki klejąc się do wszystkiego. Tak więc odpowiadam:
Jak to się nie klei - trzeba było widzieć tubkę mojej Kropelki.

Tak się składa, że substancja zawarta w środku klei się w zasadzie wyłącznie do butelki/tubki + moich palców. Bieżąca metoda dostania się do środka zależy właśnie od tego, do którego elementu przykleiła się najbardziej.
W imieniu chwilowo przygniecionej ratowaniem świata Kseni dziękuję za nadesłane odpowiedzi. Worek kartofli i zapas skarpetek na sto lat rozlosujemy w najbliższym czasie.

Odkryłam, że na forum vampirciowym trwa casting na mężów i żony. Oczywiście, ponieważ jest to forum fanfikowo pisarskie, na mężów i żony będących postaciami z opowiadań, seriali, filmów i tak dalej. Co nie znaczyło jednak, że sprawa została uznana za błachą i nie wartą rozmysłu.
Najpoważniej sprawę potraktowała Natka, która do swatania zatrudnia postaci z własnych fanfików:
Natka: Na koniec pragnę poinformować, że już wiem, kto którą kandydaturę wysunął... A także kto jak głosował, mendy...
Heth: Tak, a co mi jeszcze zrobisz?
Natka: ...
Heth: Brak pomysłów?
Natka: Nie zniżę się do Twojego poziomu.
Heth: Musiałabyś najpierw się podnieść.
Natka: Jak widać moje postaci naprawdę mnie kochają :/

Zabawne, ale... Pomimo, że fantazjowanie na temat tego, kto mi się podoba, kto jest w moim type, a na kogo przyjemnie mi się patrzy, jest od kilku lat jednym z moich ulubionych zajęć w wolnych chwilach (przykładowo podczas zwisania ze poduszkowca przemusającego klejnoty do Abu Dhabi albo też czajenia się na szczycie wieżowca na jakiegoś Dżokera czy innego oktobusa), to jednak w kategoriach, że tak nazwę, stałego zamążpójścia nigdy nie brałam tego pod uwagę. Ba! Nawet w pewnym sensie wskazane było nie zastanawiać się, czy byłabym się tej osobie podobała, bo bym się pewnie nie podobała albo podobać przestała szybko przy dalszym poznaniu, a jak wiadomo małżeństwo, czy jakikolwiek inny związek to sprawa dwustronna. I, śmiesznie, po raz pierwszy zastanowiłam się nad tym dopiero teraz.
Przebiegłam więc myślą wszystkie książki, filmy, seriale i bajki, jakie lubię, czy przynajmniej znam i... Nie powiem, ale moja lista była bez porównania krótsza niż u forumowych koleżanek czy kolegów. Po pierwsze z przykrością odnotowałam, że chyba ponad połowę fajnych gości musiałam odrzucić za samo to, że... nie jest postaciami fikcyjnymi ;) Dalej lwia część kandydatów odpadła za inną stronę swojej natury, która już aż tak mi nie pasowała. U 90% pozostałych nie miałabym szans, ale przyjąwszy, że bym miała, to tak jakoś nie bardzo wierzyłabym, że by to na dłuższą metę przeszło. Ostatecznie spasowała mi tylko jedna jedyna osoba. O której, żeby było śmieszniej, jeszcze nigdy nie przytrafiło mi się tutaj wspominać w takim kontekście. A tymczasem lubię go, a jak - szczery, spokojny, ofiarny, zawsze pogodny i dowcipny, wygadany, a jednak nieśmiały, pewny siebie, ale nie kłótliwy, po cichu szalenie inteligentny, ale nie przemądrzały. I jeszcze do tego taki przystojny!
I ma imię, którego nie cierpi, brzmiące całkiem jak część obróconej o dziewięćdziesiąt stopni funkcji trygonometrycznej
Jak ktoś ma ochotę się dowiedzieć, to niech zajrzy na kolejną stronę tamtego tematu ;) Podpowiem, że jestem pierwszą osobą, która odezwała się w nim od 2011 roku.

Akurat dzisiaj jakoś tak rozmowa samoczynnie zeszła na temat tego pana (a właściwie na temat pana go grającego, ale to już blisko), więc powiedziałam mamie o moim pomyśle. Ale jej się podobało XD Od razu zrobiło jej się wesoło, ale później, kiedy temat już się prawie zmienił spoważniała nieco i zapytała, czemu nawet nie wspomniałam o "którymś" Doctorze. Pomijając, że on za stary byłby dla ciebie - 900 lat to już nie byłaby nawet różnica pokoleń, tylko wieków! W tym właśnie rzecz, że ja podeszłam do tej, jak to mawia Vampircia, rozkminy bardzo poważnie, więc odpowiedziałam na razie w skrócie tylko To trochę bardziej skomplikowane.
Oczywiście figę mnie i ją obchodziło, że rozmawiamy o przybyszu z innej planety - oprócz niego przez głowę przebiegł mi jeszcze Ford Prefekt i Phil Stellmice. Generalnie nie mam nic przeciwko. Nawet jest w kosmitach coś fajnego, choć bywają dziwni, jak choćby dwa powyższe przypadki ;D Z Doctorem jest trochę gorzej.

Na szczęście na tamtym forum też nie ma osób tak lekkomyślnych, żeby powiedzieć, że mogłyby z tym Władcą Czasu stworzyć sensowny związek. Parę razy padło parę dwuznacznych sugestii dotyczących (nieznoszonego przeze mnie) Jacka Harknessa z tego samego serialu, ale w zasadzie tyle. W takim razie na szczęście wszyscy rozumieją, że jak się sobie szuka kogoś do pary, to trzeba nie tylko brać sobie kogoś, z kim się będzie coś działo, będzie kolorowo i zabawnie, ale też kto będzie miał tyle zmartwień, ile zdoła się udźwignąć na swojej głowie. Doctor ma ich nieszczęśliwie wyjątkowo dużo. Doctor czasami robi wrażenie Ziemianina, który chciałby zostać na tej planecie, ba - z tymi ludźmi i w tym czasie, ale... nie wychodzi mu to, wymyka się przemijaniu jak na złość. Patrzy tylko jak kolejni ludzie odchodzą zmieniając się we wspomnienia, niekiedy próbuje do niech wracać, ale przecież i tak zawsze tylko na chwilę. Do tego nadbiegają nowe zdarzenia, które czasami uda się pozytywnie odkręcić, a czasem nie, nowi ludzie, którzy również odejdą i z miejsca wiadomo, że niczego nie można zatrzymać. Śmiesznie - zatrzymać zarówno w sensie spowolnić, jak i zachować dla siebie.
Można pomyśleć (o tej lekkomyślności właśnie mówię), że przecież to nic takiego, można bawić się bez przejmowania się czymkolwiek. Ma się zdumiewającą wiedzę o wszystkim, maszynę czasu i tłumy nieznajomych, na których robi się wrażenie samym pojawieniem się.
No tak, może, ale przez 900 lat?

Moja mama tego właśnie o Doctorze nie wiedziała. W zasadzie widziała go najwięcej w odcinku Robot w komicznobeztroskiej wersji z szalikiem. Musiałam więc przypomnieć o tych 900 latach, o których jakimś sposobem pamiętała i dodać, że ktoś kto żyje tak długo, musi mieć już cały bagaż nazbieranych wspomnień, siłą rzeczy nie tylko miłych. On oczywiście rzadko o tym wspomina - najłatwiej jest nie mówić o sobie, tylko uśmiechać do wszystkiego, ale kiedy już czasami przypadkiem zdarzy mu się spojrzeć do własnego wnętrza, to potrafi kilka minut stać załamany, jakby miał się już nigdy więcej nie uśmiechnąć.
Nawet jak na superbohaterkę spotkało mnie wyjątkowo mało złych rzeczy. Zbyt mało, żebym z kimś takim jak Doctor potrafiła rozmawiać.
I pewnie gdyby NAPRAWDĘ trafiła mi się kiedyś okazja spotkania go, to raczej nie miałabym odwagi nawet do niego podejść, o odzywaniu się nie wspominając.

Zastanawiałam się chwilę nad piosenką i to było pierwsza sensowniejsza rzecz, co mi przyszło do głowy w związku z powyższym tematem.
No, może nie sensowniejsza, ale jednak ciekawa i jedna z moich ulubionych.
Tylko że niestety muszę ostrzec - ten teledysk nie jest normalny. Serio. Aczkolwiek piosenka jest super, więc jeśli ktoś jest słabo uodporniony na dziwactwa (a dajmy na to przypadkowo zabłądził i nigdy dotychczas nie był na tym blogu), to lepiej niech po prostu włączy i nie patrzy :D



poniedziałek, 12 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 11.03.12 Niedziela

No co by tu dużo opowiadać ... wstałem o 14:00 obejrzałem film, o 17:00 pogadałem z Renią, później miałem super tajne wezwanie od niejakiego Morfełusza i Neło, podobno jakiś szalony Konstruktor skonstruował maszynę do konstruowania koszmarów. Jako że oni nie potrafili sobie poradzić z Konstruktorem to wezwali mnie najlepszego superbohatera w Polsce (Astrogirl to najlepsza superbohaterka), myślałem że zabiorą mnie na super zarombiaszczy okręt i tam podłączą masą kabli do super mega komputera ...

"Sen Konstruktora"
okazało się że zamiast przylecieć potężnym "Młotem Tora" podjechali różowiutkim garbusem z napisem "Młoteczek Torka", kazali mi usiąść na siedzeniu dla pasażera, wyciągnęli laptopa i kabel usb. Morfełusz wystawił dłonie, na jednej miał czerwoną tabletkę a w drugiej niebieską, powiedział że czerwona to znieczulenie miejscowe i będę pamiętał co się stało z wtyczką a jak wezmę niebieską to zapomnę co się stanie z wtyczką. Zdziwiony zapytałem "a co się stanie z wtyczką ?" odpowiedź Neło brzmiała "trzeba Ci ją wsadzić w dupę. Nie martw się jest sterylna, nie licząc tego że Tritinity z niego korzystała.", już miałem się wycofać ale obaj zrobili oczy jak kot ze shreka i zjadłem czerwoną. Natychmiast zasnąłem.

Obudziłem się i okazało się że na łące przed moim blokiem ktoś zbudował więzienie.
Więzienie miało bardzo grube mury, zasieki, i bardzo wysokie wieżyczki z uzbrojonymi strażnikami którzy mieli 3 oczu . Poczułem uderzenie w głowę i trafiłem do tego więzienia. Dowiedziałem się od współwięźniów (byli to inni superbohaterowie) że to więzienie ma dziwną funkcję... potrafili utrzymywać człowieka przy życiu przez wieczność (klatka czasowa), jako że zabrano mi cały sprzęt to nie mogłem wyjść z tego więzienia, ale i tak musiałem rozwiązać zagadkę... Najtrudniejszą zagadkę, jaka kiedykolwiek istniała. I tak mijały dni, tygodnie, miesiące, lata, stulecia...

Aż pewnego dnia gdy przechadzałem się po dziedzińcu i gładziłem moją brodę zobaczyłem w bramie Wodza i Łukasza SZ (moich dwóch dawnych wrogów których pokonałem i umieściłem w więzieniu - ale teraz to ja siedziałem w więzieniu a oni byli na wolności !). I wtedy mnie olśniło, wskoczyłem na budynek, później na następny i następny, odbiłem się od trampoliny (kto normalny zostawia trampolinę na dachu?) wchodziłem coraz wyżej i wyżej aż do najwyższej wieży. Strażnicy z 3 oczu strzelali do mnie, zranili mnie i spadłem. Na jeden z niższych budynków. Budynek ten był bardzo blisko muru, więc rozpędziłem się i skoczyłem !
Udało mi się ! tzn prawie, bo lądowanie było trochę ostre bo upadłem na jeża. Nie wiedziałem że ma tak ostre kolce. Ale podniosłem się i ujrzałem coś czego nigdy nie chciał bym zobaczyć ...


Zobaczyłem świat... świat, który był szary smutny i ponury. Nigdzie nie było ludzi zwierząt, roślin anie KFC, lecz na tym tragicznym całym świecie była tylko jedna kolorowa rzecz -Tęcza, która była nad moim blokiem, pobiegłem do domu. Mój dom był taki jak teraz nic się nie zmienił, tylko że był taki szary i smutny, wszystko było identycznie (tzn. tak mi się wydawało) oprócz koperty, która leżała w pokoju gościnnym, to że była przywalona stertą truskawek to inna historia. Otworzyłem ją i tam był list nie wiele z niego pamiętam, ale na końcu było cosw stylu "rozwiązałeś zagadkę! Pokonałeś mnie". Ale się nie budziłem.

Rozejrzałem się wokoło i usiadłem w fotelu , chwyciłem się za głowę i zastanawiałem się, co ja teraz zrobię. Nagle na liście pojawiło się "PS włóż mnie do tęczy baranie!” - Wcześniej tego nie zauważyłem, nie zauważyłem też że tęcza kończyła się na moim balkonie, otwarłem drzwi balkonowe, wyszedłem na balkon, dotknąłem listem do tęczy i on nagle zaczął się dematerializować. Pomyślałem, „co mi szkodzi... najwyżej urwie mi rękę albo inną ważniejszą część ciała " Włożyłem rękę do tęczy i czułem jak mnie wciąga ! ale się nie zdematerializowałem tylko zacząłem lecieć. Nagle usłyszałem głos, który powiedział "Rozwiązanie zagadki zajęło Ci 6000 lat - jesteś kiepski".

I nagle świat zaczął nabierać barw! Czas jakby się cofał a ja cały czas leciałem(dziwne, nawet z moim wysoce technologicznie zaawansowanym osobistym plecakiem odrzutowym wysokiej mocy latanie nie było takie fajne), w pewnym momencie poczułem, że to już ten moment i wyskoczyłem z tęczy, spadałem, ale tak powoli jak na spadochronie leciałem w stronę domu kolegi. Odepchnąłem się nogami od jego płotu i dalej szybowałem, widziałem kumpla jak stoi w ogródku z grabiami (ksywka "skoczek"[nie, nie chodzi o to że jest podobny do skoczka/linoskoczka/drewnoskoczka/dywanoskoczka/innego skaczącego czegoś]) uśmiechnąłem się do niego i pokiwałem a on mi pomachał i leciałem dalej. Wszytko było takie bardzo spokojne i nagle jebs ! upadłem i skręciłem kark! Obudziłem się z powrotem w różowym garbusie, z kablem usb w tyłku. A Morfełusz i Neło całowali się na tylnym siedzeniu. Więc wyszedłem i im nie przeszkadzałem.

Piosenka dnia :


dobranoc:)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 11 marca 2012



Kitina zameldowała mi dzisiaj, że widziała Desmonda. Tego, co obwieszcza, że komuś coś tam się znowu stało in BydgAszcz. Ja sobie pomyślałam najpierw, że jej celem było powiadomienie mnie (na wypadek, gdybym sama nie widziała), że ów pan właśnie wrócił do ramówki reklamowej, a więc tymczasowo nie ma zamiaru z niej schodzić. Tak dla mojego dobra psychicznego (?).
Dopiero po jakimś czasie zaskoczyłam, że głupia jestem, bo Kitina nie korzysta z telewizora, za to... mieszka w Bydgoszczy.

Kolejna informacja, tym razem od Super Informatyka - dzisiaj Dzień Przytulania. Przekazuję więc w jego imieniu wszystkim:
while (1) {
do ;
}

Poza tym ów kolega pochwalił się, że dzisiaj u niego na rynku w Goleniowie jakiś koleś w złotej zbroi bardzo tanio sprzedawał melony.
Kurce, ja miałam nadzieję, że on to do jakichś niecnych, nawet nie mieszczących się w moim pojęciu celów, te melony skombinował, a on je poleciał sprzedać na pierwszym lepszym bazarze. To jak on sobie wyobraża to swoje panowanie nad światem? Ma zamiar naruszyć równowagę ekonomiczną krajów cywilizowanych (?) przez manipulację cen owoców egzotycznych?

Ostatnio był w telewizji, bodajże na moim ulubionym i wiecznie zaskakującym Pulsie, Wiedźmin. Słynne polskie sapkowskie fantazy, więc, pomimo że nie szaleję za fantazy, ucieszyłam się, że będę mogła zobaczyć i ocenić. Jednakże mama, która nie jest superbohaterką, ostrzegła mnie, że lepiej nie. I to tak konkretnie z grubej rury, że zupełnie jak ta Stara baśń i że w ogóle dialogi niedobre i brak akcji jest, przyjęłam więc przed telewizorem nieufną pozycję "ostrożną". Nie tylko w stosunku do ów audycji jednakże, ale i do mamy, ponieważ wspominałam ostatnio o jej niefarcie do nazywania wszystkiego smętem.

Ale - niestety. Okazało się, że mama miała słuszność - jedno z najbardziej znanych czy może nawet zaryzykuję i powiem: największych polskich fantazy okazało się smętem. Stara baśń? Ba! Ekranizacja Samotności w sieci - oto odpowiednie porównanie (biedny Wiśniewski...). I to od pierwszej minuty. Tutaj ktoś spaceruje, tutaj szepce, tutaj ktoś na koniu odjeżdża... Tylko że jest w tym wszystkim coś, co zrozumieć ciężko - jak taka parodia terminu akcja może się obracać w tak cudownie dopracowanej scenerii, od której oczy mi błyszczały? Miałam wrażenie, że ktoś na światowym poziomie skonwertował literki na obraz - te stroje! Ta barwa, te guziczki, wzory! I fryzury! Że już o zamkach oraz ich wnętrzach niczym żywcem wyjętym ze średniowiecza i lasach, które aż rozsadzają składową zielonego w RGB telewizora, nie wspomnę. Tylko że na tle tego mamy ludzi, którzy sami nie wiedzą, co robią, którzy coś tam burczą, ale bez wyrazu i zaraz się rozjeżdżają... Ludzie! Przecież jakby tym tam aktorom dać do czytania choćby dialogi z Mody na sukces, to by się można było zakochać!

Jak na to patrzyłam, to od razu przypomniał mi się Władca Pierścienia (I, II i III) - to wręcz niesamowite. Ta sama szczegółowość, nastrój, jakość wszystkiego. Wydaje się, że jak już się dokona takiego cudu, to potem tylko machnąć coś do czytania i jazda. A tu nie... Bo pieniądze, czas i dokładność to jedno, a pojęcie o tym, co się robi, do czego się dąży i jakich środków należy użyć, żeby to osiągnąć, to co innego. Paradoksalnie odwzorowanie wizji, która jest w książce nie wymaga zbyt wielkiej wyobraźni, w każdym razie nie takiej, która potrzebna jest tam do tego, żeby umieć się nią posługiwać. Nie wiedzieć czemu, Amerykanie i cała reszta świata* jakimś sposobem ogarniają, że nie wystarczy, żeby film wyglądał, a naszym rodakom ta teoria jest zupełnie obca. Generalnie - im większy budżet, tym gorszy film, bo przecież jak już się wynajmie do zdjęć drogi apartament albo odstrzeli zamek, to fabuła sama się zrobi.

Wielu początkującym pisarzom czy niekiedy amatorom obrazu opowiadam, że wszystko co robią, ma znaczenie. Nie wystarczy opisać kolejno i szczegółowo, co się wydarzyło, ująć w kadrze jak najwięcej, żeby wizja płaczącego dziecka wzruszyła odbiorcę, a relacja z randki zaciekawiła. Zależnie od doboru słów, "jaśniejszych" i "ciemniejszych" określeń, rodzaju ujęcia czy długości zdań możemy każdą sytuację zinterpretować inaczej, wywołać śmiech, strach, kpinę, czy co tam jeszcze chcemy, zależnie, jaką wymowę uzyska nasz tekstu lub zdjęcie. Nie jest tak, że liczy się tylko to, co pokażemy dosłownie - trzeba nauczyć się wyłapywać, co takiego nasze dzieło mówi także "tylnymi drzwiami". Czy akcja aby na pewno biegnie szybko czy może z jakiegoś powodu sprawia wrażenie spokojnego skupienia? Czy ta fotografia/opis faktycznie oddaje wdzięk danej osoby lub może jedynie jakąś niezamierzoną pustą wyniosłość?
Można wzruszyć i zainteresować choćby i puszką melasy stojącą na stole, jeśli się wie, co i jak trzeba robić, żeby manipulować odczuciami czytelnika/widza. To jest niemal jak praca iluzjonisty, więc nie można tego olewać.

Ale dlaczego powinnam to tłumaczyć też scenarzystom, którzy biorą za to pieniądze?

W każdym razie te wszystkie marudzące przemyślenia od razu przyciągnęły mi na myśl opowiadanie Zamieniła mnie w kamień, którego nową lepszą wersję/interpretację postanowiłam stworzyć dla Niessamowitego Profesora. Ów Pan marzy, żeby pisać romanse dla kobiet, jednak pomimo posiadania pomysłów, setek doświadczeń życiowych, a także żony brakuje mu właśnie tego elementu interpretacyjnego. Nie wie, co pisać, żeby napisać, jak oddziaływuje na czytelnika to, co jest napisane. Każdą informację uważa za równie ważną, do tego często przy przyznawaniu priorytetów ponosi go miłość do gadżetów elektroniki...
Wysłałam mu jednak wreszcie swoją wersję - kilkustronicową opowieść o nietypowej propozycji, którą otrzymał pewien pan od pewnej pani, a która polegała na pozowaniu do antycznego posągu greckiego biegacza. Nagiego, jak to w Starożytnej Grecji.
Chyba ze cztery dni mi to zajęło. I po namyśle postanowiłam się podzielić z Wami oboma opowiadaniami.

Ja wiem, różnica przyprawia o zdecydowany uśmiech na twarzy, co nie znaczy, że wolno się śmiać. Jak ktoś chce się śmiać, niech najpierw napisze coś takiego sam To jest jedynie wersja porównawcza dla zainteresowanych, żadnego śmiania się z pana Profesora.

Hmm...



Kiedy tak ostatnio patrzę na ten obrazek, to myślę sobie, że mam coś z Ace z tym Niessamowitym Profesorem.
Ale po co mam się rozpraszać, niech będzie profesor XD

No. A teraz w nagrodę mam zamiar sobie obejrzeć The Visitation. Bo mnie Capitano Senseschi nakręcił na Piątego i mi się należy :)



____________________
*Warto dodać, że jeśli chodzi o sensowność Władcy Pierścienia, to odpowiada za nią gość, który nigdy wcześniej takiej góry pieniędzy na oczy nie widział. Wcześniej zajmował się tylko banalnymi horrorami kręconymi przy pomocy kilku kolegów i jednej kamery, co jak dla mnie wszystko wyjaśnia, bo straszenie zielonym jogurtem i wypiekanymi maskami to zupełnie inna skala problemu