środa, 21 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 21.03.12 Środa

Drugi pierwszy dzień wiosny w tym roku :D Życie jest piękne i cudowne. Jako iż dziś jest dzień wagarowicza to spałem do 13:00 potem obejrzałem film i namalowałem obraz. Nikt nie planował podłożyć ładunków wybuchowych pod mój kubek, więc dziś zaprezentuje kilka listów od fanów:

- Obudził mnie niedawno niezwykły sms z nieznanego numeru, a jego treść brzmiała tak:
Drogi Superbohaterze Kocham Cię, Kocham Cię, Kocham Cię.
I jeszcze trzy całusy w hełm XXX
Nie znam Cię ale ja Ciebie też :D

- Zdjęcie od małej Celinki z okolic nadmoża :
















Czyż ona nie jest słodka ? :D

- List o Pani Leokadii z Fromborka
Dzień Dobry ! zepsuła mi się pralka. Na pralce napisane jest ze obciążenie minimum 5 kg a ja chciałam wyprać tylko mój kocyk, niestety dopiero po włączeniu pralki przypomniałam sobie o minimalnym obciążeniu... więc szybko wzięłam i wrzuciłam cegłę do środka żeby był odpowiedni ciężar, ale to chyba było za późno i pralka wybuchła i już nie pierze. Czy można coś z tym zrobić ?
Droga Pani Leokadio, z przykrością informuję że pralki to nie mój rewir ale mogę do Pani podlecieć i zabrać ją do serwisu. Tam zespół świetnie wyszkolonych małp zajmie się tym problemem.


Wracając do pomysłu z VideoBlogiem : muszę sobie zbudować nowy hełm, bo dostałem w tego trzy całusy to lepiej go zachować na pamiątkę bo nie wiadomo kiedy znów dostanę.

Cytat Mistrza Yody o kobietach:
Kobiety jak kawa są, mocniejsze - lepsze ale szkodzą bardziej Ci

Piosenka dnia :

Dobranoc :D

Myth , Dziennik Superbohatera 20.03.12 Wtorek

No więc ten niezwykły dzień zacząłem od wysłania pobudkowego smsa, potem gdy dotarłem do punktu zbiorowego w którym zbierałem się z kolegami i wyruszyliśmy odwiedzić S.T.A.S.Z.K.A. (Samowystarczalny Turbo Arcy Super Zarąbisty Komputer Anafazowy). Gdy wszystkie 60 osób weszło do STASZKA podzielili nas na 3 grupy i najpierw zaprowadzili nas do mniejszej serwerowni w której zajmowali się rozprowadzaniem internetu na cały Poznań, było tam kilka szaf wypchanych elektroniką i pełno kabli. Potem zaprowadzili nas do Centrum Sterowania STASZKA, siedziało tam dwóch facetów którzy wyglądali jak by byli nieźle naćpani. Pozdrowiłem STASZKA od Astrogirl i pooglądałem stanowiska pracowników. Mieli takie supermonitory każdy po 60' i można było je połączyć w jeden wielgachny(podobno ma ich być 15). Potem poszliśmy do główniej serwerowni STASZKA która wyglądała tak :













I tam było tak bardzo bardzo dużo szaf z elektroniką i wielki czerwony przycisk podpisany "wyłącznik internetu - nie dotykać" za cholerę nie mam pojęcia do czego on mógł służyć, pozwiedzaliśmy trochę, poopowiadali nam co gdzie jest i do czego służy a gdy podeszliśmy do czerwonego przycisku facet z oczami ćpuna powiedział "a do czego służy ten przycisk to chyba tłumaczyć nie muszę", no i nie wiedziałem o co chodzi z tym przyciskiem. Poczekałem aż wszyscy poszli dalej zwiedzać i cofnąłem się i wdusiłem ten wielgachny przycisk. Włączył się alarm ! faceci z oczami ćpunów biegali i krzyczeli że ktoś zabił internet ! że to koniec świata ! Armagedon ! jeden z ćpunookich chciał popełnić samobójstwo.

Stwierdziłem że chyba przegięli, podszedłem do wielkiego niebieskiego przycisku z napisem "Restart Internetu", wdusiłem go, alarm się wyłączył i wszyscy się cieszyli i krzyczeli że są uratowani, wszyscy dzwonili do rodzin i mówili im że ich kochają (taki wybuch radości). Gdy już skończyliśmy zwiedzać STASZKA wybrałem się z kumplem po patrolować miasto. Po drodze minęliśmy smutną dziewczynę która rozdawała ulotki, wziąłem ulotkę i poszliśmy dalej. Trochę mi się jej żal zrobiło i akurat musieliśmy wrócić i minąć ją jeszcze raz więc z ulotki zrobiłem papierowego żurawia i jej go dałem, przy okazji wziąłem kolejną ulotkę i gdy wracaliśmy z tamtego miejsca znów ją mijając dałem jej tulipana z ulotki.

Gdy dotarliśmy do domu kolegi okazało się że nikogo nie ma, a kolega był bardzo głodny... powiedziałem "zaraz zorganizuje coś do jedzenia" i nagle podchodzi do nas starsza pani i mówi że przeprowadza ankietę i w zamian za to że weźmiemy w niej udział dostaniemy wafelki. To się zgodziliśmy. Zabrali nas do pomieszczeń dziwnych, przyszedł taki facet i puszczał ciągle jakieś reklamy, potem musiałem odpowiadać na pytania i gdy już skończyliśmy dostaliśmy wafelki i czekoladę, potem poszliśmy na murek i zjedliśmy wafelki kolegi. Potem wróciłem do Tajnej Siedziby i odpoczywałem.

Piosenka dnia :

Dobranoc :)

wtorek, 20 marca 2012

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 20 marca 2012



Zapomniałam o uregulowaniu spraw teatralnych, czyli wczorajszych. A warto jak mało kiedy, bo wczoraj było Ciemno! Nie że za oknem, bo teraz po dwudziestej już jest ciemno cokolwiek by nie leciało (choć jak jakaś komedia o blondynkach, to niekiedy nawet ciemniej), ale teatr o pewnej nienormalnej wsi, którym zachwycałam się (w ciemno XD) tutaj nie mogąc sobie przypomnieć tytułu. A to było właśnie to! I obejrzałam jeszcze raz i jeszcze raz z tatą i znów nas rozwalało podejście tych oszukańczych wieśniaków i tego "miastowego", to tak się ślinił na pannę Karolinę...
Bezbłędne

A na dzisiaj miało się już nic nie wydarzyć. Taaaa, na pewno XD

Ale po kolei - z powodu prezentacji nazbierało mi się znowu parę osób, dla których coś miałam przeczytać/napisać/skomentować. Zaczęłam od, równolegle, RedHatMeg i Niessamowitego Profesora. I tu nastąpiły pierwsze rewelacje, bo - poza tym, że dowiedziałam się, że Megi (pomimo nieproszonych obietnic) nie potrafi jednak opanować ciągot do tzw. angstów, bo nadal nawet z tematu dość komicznego wychodzi jej jedynie dramat psychologiczny (choć optymistyczny), a Niessamowity Profesor jest rozczarowany, że do konkursu obok tytułu Opowiadanie futurystyczne nie dodali wyjaśnienia, że chodzi o opowiadanie s-f pokazujące jak nowe wynalazki wpłyną na ludzi ich życie itd. - w ów konkursie jednym z jurorów był nie kto inny jak sam Jacek Dukaj!!!
Jacek Dukaj! tak po prostu przychodzi na konkursy pisarskie (w nierodzimym mieście!) i czyta teksty zwykłych śmiertelników, takich jeszcze początkujących amatorów! Dlaczego mnie wśród nich nie było?


Niewiele później odstawiłam na bok pisanie zajrzałam na ulubione forum, gdzie w sprawie prezentacji napisał do mnie kolejną wiadomość Jeden Z Najlepszych Administratorów, ale tym razem dodał jeszcze mimochodem akapit zaczynający się od:

Nie wiem czy widziałaś teraz najnowszą produkcje BBC: Dirk Gently - serial podobnie jak Sherlock opowiada o detektywie...


I mniej więcej w tym miejscu mój mózg się zablokował i przestał odbierać sygnały przychodzące. ..... Number temporarly unavaiable... Please check the number... .....

Akurat wtedy, w normalny jeszcze strumień danych wlazł Super Informatyk powodując, że radykalna zmiana stanu została na piśmie:
Artoooooor:
Widziałem, że skończyłaś na Pyrkon
ja mam tekst, po 0:00 spróbuję zrobić slajdy
ale przydałby się ten ósmy dzień tygodnia

Astroni:
Ósmy zawsze się przydaje

Artoooooor:
Oooo...

Astroni:
Od kolegi:
"Nie wiem czy widziałaś teraz najnowszą produkcje BBC: Dirk Gently"
Nie żeby coś
Ale miałam ochotę krzyczeć
I wyściskać monitor

Artoooooor:
OMG

Astroni:
Chyba zaraz wyjdę na dwór
I tam będę krzyczeć


Pamiętacie, jak tutaj (zaraz po bijatyce z wielokątami) napadło mnie na wspomnienia na temat Gordona Waya? Tak, może ta książka była słaba, może akcja była pełna niczym wydmuszka (o, akurat lada chwila święta...), ale postacie..! Postacie dawało się zapamiętać i każda z nich spokojnie mogłaby mieć własną książkę - i ten nieporadny informatyk Richard, który nie umiał wydobyć kanapy z klatki schodowej, i ten cudaczny profesor, którego imienia już nie pamiętam, a który mieszkał w wehikule czasu (i dziwował się wielce czemu mu tam telefony nie działają - telefony w wehikułach czasu NIGDY nie działają ) i nawet tamta sierota, której tym bardziej imienia nie pamiętam, a która stworzyła sobie własną gazetę, żeby o niej przynudzać. Ponieważ o Gordonie Wayu już było (), więc i o samym tytułowym bohaterze (jak on się naprawdę nazywał? Slvad Cjeli? Jak mogłam zapomnieć, no...) dodam, że należałby się ciąg dalszy dla jego popisów, zwłaszcza że dopiero na ostatnich stronach zaczęło się w nim pojawiać to coś...

A teraz BBC zrobiło serial na podstawie jego przygód! WoW!
EDIT: Z dalszej wymiany na PW czytam, że serial jest fantastyczny i fantastycznie pokazana jest postać Dirka i jego pomocnika (obstawiam, że chodzi o Richarda).
Łojej...

Coś od Kitiny - dymek od Mistrza do Doctora:

Lecę Ci wpierdolić


Piosenki chwilowo nie ma. Znowu nie znalazłam tej, co chciałam a za chwilę zaczyna się dokumentalny o Stevenie Jobsie na 2TVP, więc muszę znikać.
<PLIM!>

EDIT:
Obejrzane! Cudowna sprawa - ludzie, którzy tak, o, wymyślają maleństwo z klawiszami, kiedy w użyciu są tylko bezekranowe paskudztwa z taśmami i na pół pokoju... Też bym tak chciała - nie dość, że patrzeć jak świat się zmienia, to jeszcze samemu go popychać do zmian.
I jeszcze to, od samego Stevena:
Kierujcie się sercem i intuicją. Bądźcie głodni wiedzy i nierozsądni.

Za dużo wrażeń na dzisiaj, za dużo...

Jako piosenkę dam, co nadało mi się nie dalej jak przed paroma minutami, czyli:



I dobrze, bo nastrojowo podobna jest do tamtej ;) Ale bez obaw - kiedyś ją znajdę! W końcu jestem super AstroGirl

Dobra. I teraz już obiecuję, że nic nie będę dokładać i to już będzie, jak to trafnie ujął, Super Informatyk:
the ęd


AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 19 marca 2012



Ooo... Wchodzę sobie, żeby zacząć pisać, a tu na powitanie wielkie 6000 wejść. WoooW...
I jeszcze to porównanie do walca z silnikiem odrzutowym... Widzieliście kiedyś, żeby ktoś tańczył mając odrzut na plecach?

No dobrze, do rzeczy.

Jako pierwsze - skończyłam prezentację (którą zaczęłam tutaj)! Oczywiście się nią nawet z wami podzielę, ale... ma się rozumieć po Pyrkonie - niech do tamtego wyreferowania będzie unikatowa.
Warto dodać, że Murphy (ten od praw Murphiego oczywiście) nie byłby sobą, gdyby z tej okazji nie zaznaczyłby swojej obecności - od razu po skończeniu wrzuciłam ją do maila do organizatorów panelu i wysłałam. A w zasadzie nie tyle wysłałam, co rozpoczęłam długi i niepewny proces uploadowania załączników do wiadomości - nawet nie pomyślałam, że para (w różnych formatach) prezentacji o 30 pozycjach może mieć razem ponad 5MB!
A jak już się wreszcie, jak zobaczyłam na NetMeterze, skończyło uploadować, to patrzę, że na poczcie pojawił się... ekran logowania z adnotacją Błędny login lub hasło.
Nie no, niech ja tylko znajdę tę płytę instalacyjną Wszechświata...

Jednym z efektów tworzenia ów prezentacji było to, że... nauczyłam się obsługiwać krzywe w Paincie. Po chyba 10 latach, odkąd wzięłam myszę do ręki, podczas których nauczyłam się już robić w tym programie dosłownie wszystko aż po proste obroty obrazów, do tego większość za pomocą samej klawiatury, wreszcie dowiedziałam się, jak to jest z tymi dwoma kliknięciami na tej wywijającej się krzywej! Bo dotychczas było tak, że jakieś tam wyczucie poczuwałam się mieć, ale generalnie nie nadążałam za faktami, która część zamarza, a która nie i po co i i kiedy jaki to ma związek z tym, jak myszką przeciągam. Wreszcie! Tak nagle, teraz, niespodziewanie! Otóż wyjaśniam, na wypadek, gdyby ktoś jeszcze miał takie problemy: z moim klikaniem nie ma to żadnego związku (znaczy: z niczyim - gdybyście przyszli i dorwali się do mojego komputera, to też by nic nie pomogło) - liczy się kolejność. Najpierw da się majstrować przy połowie bliższej początku, a potem: bliższej końcówki.
Dobre, co nie? A człowiek się cieszy.

Szukałam sobie odcinka, o którym mówiła mi ostatnio Mrau Studium w różu (nawiasem: czy naprawdę słowa pink nie da się inaczej przetłumaczyć? Nijak mi się z różem nie kojarzy :/ ). Jak na razie - pech. Przydałaby się wersja torrentowa - wszystko płatne, przydałaby się chociaż wersja, w której odcinek podzielony jest na liczbę kawałków większą niż jeden - nieaktualne wszystkie... Potem się poddałam i jakieś dwie godziny szukałam czegokolwiek... Emm... No generalnie tak jak u Mytha z tym łączeniem się z innym układem planetarnym, tyle że jemu się w końcu udało.
A ja ciągle od Holmesa disconnected.

A dla osób stęsknionych za kurczaczkami - wiosenna kąpiel w piasku:




Wiem, jakieś takie mało przekonujące, ale jak tylko się pojawiłam, to się najwyraźniej zaczęły krępować i czym prędzej wychodzić z piasku :r

Teraz tematy muzyczne - znów nieudane polowanie na piosenkę. Co prawda zasłyszana na Trójce zwierzyna łatwo dała się chwycić za tytuł (tematyka tak orginalna, że wystarczyło wpisać Miłość jest szorstka, jeśli bierzesz ją pod włos...), jednak kiedy doszło do szukania jakiejś wersji dzwiękowej, a nie tekstowej, to skorzystała z chwili mojej nieuwagi i pooooszła!
Mam takie coś: Leszek Cichoński - Kot i pies. Rzecz nie ma siedzib ani na Wrzucie, ani nawet na YouTube! I jeszcze taki tytuł, że... No spróbujcie wpisać. A kiedy wpisałam samego śpiewaka, to też nic ciekawego. No, poza tym, że ma piosenkę o takim samym tytule jak Rouge Traders, czyli Vodoo Child - no aż od razu bębny w uszach zaczynają dudnić :p
Hmm... Chyba pozostaje mi wrzucić samych zainteresowanych:



Ale komentarze są genialne.
Hehe, nawet ktoś na naszym forum zamieścił tekst tej piosenki jako artykuł - no tak, śmiesznie, bo tak naprawdę przecież co jedno ma do drugiego? XD

Dobra, jest jeszcze wcześnie, to poczytam wreszcie, co tam dla mnie napisała RedHatMeg. Chyba że padnę z nosem między klawiszami.

EDIT:
Nie, jednak nie, jutro :p

A tymczasem z ciekawości sprawdziłam, czy mam szansę natknąć się na piosenkę nawet bardziej mi się dzisiaj nucącą niż Kot i pies, ale dużo mniej prawdopodobną, zdawałoby się, do znalezienia, bo z filmu. A tu proszę, mam szansę - Jest tytuł w komentarzach:



poniedziałek, 19 marca 2012

Ksena Wojowniczka , Dziennik Superbohaterki 19.03.12 Poniedziałek

Dzisiejszego dnia smutałam się na cały świat, ponieważ moja przyjaciółeczka nie chciała wyjść ze mną na rolki :( Kto mnie pocieszy?

No nic, przynajmniej uratowałam dzisiaj naszą pannę Wiosnę (która sprowadził nam nasz kochany Myth) przed panią Zimą. Otóż stało się to tak, że Zima się zdenerwowała, iż zdegradowano ją jeszcze przed oficjalnym jej końcem (przecież oficjalny początek wiosny jest 21 marca). Nasłała więc swojego włochatego Yeti na Wiosnę, a że jest ona słabowitą dziewczynką, przybiegła od razu do mnie po pomoc z krzykiem i płaczem (swoją drogą, ja nie wiem, jak dziewczyny tak mogą płakać z byle powodu, przecież ten Yeti nie był aż taki wielki - co to są 4 metry wzrostu? :)). Tak więc postanowiłam pogonić włochatego stworka. Dostał parę razy moim nowym sprzęcikiem, który dostałam od Rikku:


Idealnie się tym atakuje. Zresztą dostałam jeszcze parę zabawek od moich przyjaciół, np. pistolety od tej oto panienki, Yuny:


Czy też miecz od tego kolesia, Clouda:


No i wiele, wiele innych, które kiedyindziej przedstawię, gdy nadarzy się okazja. Ale dosyć tych przechwałek.
Yeti po moich atakach zaczął uciekać i nie zatrzymywał się, dopóki nie był pewien, że już go nie gonię (podobno zatrzymał się gdzieś u tybetańskich mnichów i studiuje z nimi medytację). Po tym jak Zima straciła swojego strażnika, poddała się i wyjechała na wakacje na Antarktydzie i zajmuje się chorymi pingwinami i uczy je tańczyć, stąd wzięła się kreskówka Happy feet :).
Tak więc Wiosna ocalona! :D Mam nadzieję, że pani Zima nie zechce wrócić kolejny raz, ale jeśli nawet, to nie będzie to dla niej miłe.
Po wyczerpującej przygodzie dostałam się wreszcie do domu i jak zwykle moje pasożytki zajmowały komputer. Dostałam się do niego dopiero koło 16. Wieczorem zamierzam jeszcze wyjść na dworek i wykorzystać to, że jest ciepło. I chyba tyle na dzisiaj, papa! :D

Myth , Dziennik Superbohatera 18.03.12 Niedziela 19.03.12 Poniedziałek

Niedziela
Kolejny raz nie nadążam z wpisem, więc znów dwudniowy. Jak państwo widzicie Astrogirl daje czadu równo ! jak walec z silnikiem odrzutowym ;D A co u mnie ? Otóż urządzenie do komunikacji z sąsiednim systemem gwiezdnym wciąż działa. Nie wiem jak długo ale oby jak najdłużej. Dziś naprawiłem słuchawki, najgorzej było odnaleźć lutownicę a potem już z górki ... tzn go góry bo po schodach ale okej. Później obejrzałem "To właśnie miłość" (tak wiem co to za facet co ogląda komedie romantyczne ? - odpowiedź jest prosta jak bym miał dziewczynę to bym nie musiał oglądać ! a tak to muszę wyreżyserowane pierdoły oglądać), ale film mi się podobał, najbardziej moment gdy nowy Premier wita się ze swoją asystentką po raz pierwszy :
...
Asystentka: kurde ! o nie powiedziałam kurde ! dwa razy !
Premier: nic się nie stało, mogłaś powiedzieć kurwa .
Asystentka: wiedziałam że pierwszego dnia dam dupy
...
Bardzo lobię ten fragment. Piosenka dnia :



Poniedziałek
Zdobyłem nową kamerkę internetową, podziałała kilka godzin ale satelita zmienił swoje położenie i niestety straciłem łączność z sąsiednim układem słonecznym :( Ale oddział specjalnie wyszkolonych małp już rozwiązuje ten problem. Poza tym zastanawiam się czy nie przerobić mojej części bloga na videobloga albo pół videobloga pół normalnego ale to tylko na razie pomysł taki luźny, muszę mieć jeszcze bardziej reprezentatywny hełm, żeby laski an niego leciały :D

Cytaty mistrza Yody :
"Im dach zardzewiały bardziej, tym wilgotniejsza piwnica jest "

"Baby jakieś dziwne są"

"Gdy w kwiaciarni Ciocię masz i rabat dzięki niej, w kwiaty więcej niż planowałeś zainwestuj, chyba że rabatu nie masz inwestuj wtedy nie"

Piosenka dnia :


dobranoc :D

niedziela, 18 marca 2012

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 18 marca 2012



Z dzisiejszych czynów superbohaterskich... napisałabym po prostu, że było łyso, ale jako że pamiętam, że spece od psychologii i kontaktów z klientami/słuchaczami/czytelnikami odradzają taką formę perswazji (że nikt nie będzie czytał dalej), to napiszę, że fantastycznie. Bo zamiast ganiać po ulicach i ścianach za jakimiś złoczyńcami (w dodatku jak zwykle w marcu mam problemy z doborem stroju i ciągle ganiam w zaciepłym :q), to odpowiadałam telefonicznie na pytania potrzebujących.
Atrakcji było od groma. Począwszy od pytań o podpowiedzi, co zrobić na obiad przez dzwonienie w uchu i skutki zainteresowania wczorajszym postem paranoi typu Dlaczego moja łyżka na mnie patrzy aż po prośby o wskazówki na temat poruszania się w namiocie. Taka gęstość barwnych osobliwości uniemożliwia uwzględnienie wszystkich popisów z powodu ograniczonego czasu antenowego (cały tydzień mam pisać?), za najstosowniejsze uznałam więc sporządzenie rankingu trzech największych betonów.
No więc - miejsce trzecie...

#3
- Witam - zaczął jakiś bardzo męski bas. - Mam na imię Julia.
- O... Ja nie - dukałam starając się powiedzieć coś celnego. - A w czym mogę służyć?
- Czy zna pani jakąś dietę cud?
Mniejsza z dietą, ale cud to by się faktycznie tu przydał skomentowałam w myślach opierając opis na jej głosie. Czy takimi rzeczami zajmują się superbohaterowie?
- Bo wie pani, chciałabym stracić na wadze - kontynuowała.
- Jedyne co mogę pani w tej materii podpowiedzieć, to kupienie wagi za 100 złotych, a sprzedanie za 50 - zażartowałam.
Nie zaśmiała się, ale i oburzenie było ograniczone.
- Ale wie pani - dodała, żeby nie było, że nie skojarzyła. - Ja bym chciała NAPRAWDĘ stracić...
- No to może wziąć te wagę na raty?

#2
- Dzień dobry - usłyszałam jakiegoś pana w średnim wieku i nawet nie czekał, aż się przedstawię. - Wie pani, ja wziąłem kredyt. Taki prosty, na 40 lat.
- A co pan kupił?
- Lokówkę do włosów.
- Aaa...
- Wszystko szło dobrze, niestety po 15 latach spłacania niespodziewanie zrobiła się deflacja. Złotówka podrożała i nagle okazało się, że płacę kilka razy więcej niż powiniem!
- I zgłosił Pan to gdzieś?
- Tak, oczywiście w innym banku, żeby mi dali kredyt, na pokrycie tamtego kredytu.
- Mądre - powiedziałam z popisowo sztucznym podziwem.
- Wie pani, chyba nie aż tak... - Przyznał nagle zasmucony. - Bo wie pani: przez te dwa kredyty tak mi się wszystko zaplątało, że musiałem brać kolejne, żeby je spłacić. A potem zgarnąłem je wszystkie do banku, które wszystkie opłaty zamienia na jedną ratę i jeszcze ją obniża, ale okazało się, że i tak ta rata jest przeszło kilkanaście razy większa niż ta, którą płaciłem na początku. Znowu nie miałem pieniędzy opłacać tego co miesiąc, więc wziąłem kolejny kredyt, żeby pokryć tamten i... - Gość był coraz bardziej oburzony tym, bo mu się przytrafiło. - Proszę powiedzieć, jak to możliwe! Cały czas spłacam jedną rzecz, nawet sobie obniżyłem ratę, a tu się opłaty tylko mnożą i mnożą...
- A co się pan dziwi? - Uśmiechnęłam się na myśl o końcówce. - Ciągle bierze pan kolejne kredyty, żeby pokrywać poprzednie. Skoro sam pan doprowadza do sytuacji, gdy jeden kredyt kryje drugi, to co się pan dziwi, że się panu one mnożą?

#1

Z ucha słuchawki przemówił do mnie bardzo dystyngowany (cokolwiek dosłownie to znaczy) głos:
- Mam problem z krokodylem - wypalił natychmiastowo. Nie powiem, dodawało mu to wiarygodności, więc podjęłam dialog:
- Eee..?
- Moja narzeczona życzyła sobie krokodyla - zaczął sylabizować powoli, jakby bolały go zęby.
- Ale jak to - zupełnie jak Klara od Papkina w Zemście? - Uśmiechnęłam się ucieszona
- Co? Nie! Znaczy: tak. Znaczy... To ja jestem Papkin!
Uśmiechnęłam się jeszcze bar... A właściwie to ja parsknęłam śmiechem na całego, tylko miałam nadzieję, że sam zainteresowany pomyślał, że jest inaczej, bo próbowałam zatrać słuchawkę dłonią.
- Czyli... - Uspokoiłam się powoli. - Pana dziewczyna czy... narzeczona... ekhm. Zażyczyła sobie krokodyla, żeby był on dowodem pańskiej miłości i Pan teraz stara się przywrócić jej szacunek do siebie..?
- Na szacunek to już chyba za późno - westchnął facet.
- Ależ! Musi pan tylko użyć odpowiedniej perswazji! Jak to fajnie powiedział znajomy mojego znajomego: kobiety w obsłudze proste są! Wystarczy parę czułych słówek, jakiś prezent...
- Ale ja zdobyłem dla niej tego krokodyla.
- CO???
- No właśnie... I to z nim jest problem.
Jejciu... Skrobałam się po głowie z wybałuszonymi oczami. To ja się wcale nie dziwię tej Klarze. Ja na jej miejscu, żeby spławić tego cudaka, kazałabym mu przyprowadzić od razu Potwora z Loch Ness...
- Aaaaha. Że on teraz chce pana zjeść? - Spytałam takim tonem, jakbym nie miała nic przeciwko. - I mam przylecieć i...
- Nie chce mnie zjeść - wysilił wyobraźnię i dodał ostrożnie. - Prędzej już Klarę.
- To jak? Ratujemy?
- Hmm... Ale ja jeszcze nie powiedziałem pani, jaki to krokodyl?
- No ja stawiam, że zielony - palnęłam zniecierpliwiona. - Ale powiem panu, że kolorystyka akurat nie ma wielkiego znaczenia. Chyba że ten krokodyl jest różowy. Bo wtedy może się okazać, że jest słoniem, a wtedy...
- Nie jest zielony - wciął mi się wreszcie z trudem w słowo. - Wręcz przeciwnie: bardzo zna się na rzeczy. To Krokodyl Dundee.

Miałam go jeszcze zapytać, czy ma na czole przycisk To lubię!, ale jak wiadomo - pytanie grozi odpowiedzią. Zresztą, kiedy przyszło mi to na myśl, leżałam już na podłodze, przez co jakoś tak daleko zrobiło mi się do słuchawki.


stąd

Proszę Państwa - jak ogłosiła jedna z moich znajomych superbohaterek tutaj podążając za wpisem koleżanki tutaj (niestety nie wiem, czy ona jest superbohaterką czy nie jest) do listy kobiet, które były kobietą, obok Kopernik (Seksmisja) i Bałtroczyk (tu*, z prawej), doszła nam jeszcze Watson.
Że też wcześniej nawet nie przyszło mi to do głowy. To pewnie przez wąsy.

Wyjaśniła się też sprawa z nazwami kont w komputerach superbohaterów - jak w przypadku większości moich problemów, przyczyną była moja głupota No więc sprawa wyjaśniła się - w przeciwieństwie do kwestii, kim jest Desmond, o którą spytałam tu. Trzymajcie mnie za słowo, ale ja centralnie zbieram się do zadzwonięcia z tym do centrum Simplusa w Warszawie. Chociażby po to, żeby się zdziwili.



____________________
* Tak, ta niebieska budka telefoniczna półtora ekranu niżej to był mój pomysł.

Myth , Dziennik Superbohatera 17.03.12 Sobota

Jak wyglądała moja sobota ? otóż gdzieś koło godziny 10:00 postanowiłem utworzyć między wymiarowe temporalne przejście oparte na syntezie kwarcu i diamentów Hamurabiego. Przejście to miało pozwolić skontaktować się z Laurą (mieszkającą w sąsiednim układzie planetarnym). A więc zabrałem się do roboty, ukradłem Gwiezdne Wrota z SG1 (znowu), podpiąłem generatory trójfazowe pod kondensatory przepływu a potem przekierowałem strumień energii przez sprzężony układ zwrotny prądu zmiennego i przepuściłem przez soczewki skupiające tworząc wiązkę energii przechodzącą przez odtwarzacz mp3 do gwiezdnych wrót. Wszystko było ładnie pięknie i działało lecz jedynym problemem był fakt że Laura w swoim układzie nie miała Gwiezdnych Wrót ... ani nawet budki z kebabami (same lokale a budek to wcale).

Więc stwierdziliśmy że trzeba coś wymyślić, wpadłem na pomysł transferu jonowego ale burze słoneczne przeszkadzały w transmisji danych. Więc postanowiliśmy skontaktować się przy pomocy kamerki internetowej. Okazało się że mój komputer nie ma sterowników do kamerki ale pamiętałem że mam gdzieś płytę, przeszukałem wszystkie szafy z płytami i nawet szafkę u rodziców ale nic nie znalazłem więc przekopałem 3/4 internetu i znalazłem ! ale nie działało :( więc szukałem dalej i znalazłem ale też nie działało, potem w ogóle komputer w Tajnej Siedzibie przestał mi wykrywać kamerkę więc stwierdziłem że nie zastosuję do tego kamerki internetowej. Postanowiłem użyć normalnej kamery lecz niestety nie mogłem znaleźć kabla.

Wpadłem na kolejny pomysł żeby podłączyć telefon do komputera, lecz moje oba telefony z wejściem an kartę pamięci i z kablami do tych telefonów były zepsute. Więc postanowiłem użyć tego co mam obecnie ale oczywiście nie było wejścia na karty pamięci ani kabla. Wtedy przypomniało mi się że przecież mam gdzieś moduł bluetooth do komputera, pobrałem odpowiedni program do komunikacji telefonu z komputerem. A skoro nie miałem kabla ani wejścia na karty pamięci do telefonu musiałem przyuczyć telefon od będącego w pobliżu wuja, niestety po przesłaniu na jego teflon nie można było przesłać pliku gdyż po najechaniu na ten plik telefon się wyłączał. Znalazłem owy moduł (mógłbym zainstalować moduł i ztego modułu wysłać an swój teflon ten plik) ale okazało się że brakuje sterowników, więc pobrałem jakieś sterowniki które po zainstalowaniu i włączeniu interfejsu bluetooth wywalał się bluescreen i wyłączał się komputer.

Pomysł z telefonem umarł, ale udało mi się znaleźć kabel do kamery niestety bardzo bardzo krótki, tzn było widać tylko mej stopy, ale to nic bo nawet jeśli komputer wykrywał kamerę i odbierał obraz to teraz nie można się było połączyć się ze skypem .. założyłem mój wysoce technologicznie zaawansowany osobisty plecak odrzutowy wysokiej mocy i poleciałem w kosmos (w samej koszulce i krótkich spodenkach) przestawiłem satelitę i wróciłem, nie wiem jak długo internet pociągnie tak szybko ale zobaczymy. Teraz wyskakiwał błąd że nie można odszukać kamerki internetowej i że wymagana jest kamerka internetowa, pobrałem program imitujący kamerkę internetową a pobierający obraz z kamery. Zaczęło działać! Ale wciąż było widać tylko stopy więc musiałem przenieść komputer i przechylić go tak aby było okej :D i ostatecznie zaczęliśmy gadać od 21:00 aż do infinity x.

Piosenka dnia :

Dobranoc :D

sobota, 17 marca 2012

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 17 marca 2012



Jakiś traf chciał, że wspomniałam Super Informatykowi o tytule odcinka Night Terrors, który natychmiast przypomniał mu o pewnej przygodzie z jednym messersmithem i dwiema łyżkami w tle, która niedawno mu się przytrafiła, czyli Night Errors [złowieszczy śmiech w tle]. Zaczęło się niewinnie - kiedy jak zwykle w ósmym dniu tygodnia mój zaprzyjaźniony superbohater usiadł z kawą przed komputerem* napisała do niego znajoma superbohaterka Amiga, zwracając mu uwagę, że są w niej (w kawie, nie w znajomej) dwie łyżeczki!
No tak pomyślał Super Informatyk. Jak mogłem tego nie zauważyć!


stąd
Dwie łyżki wyglądające jak jedna - czy słusznie tylko wyglądające?

Dzięki teorii spiskowej uknutej specjalnie przez tybetańskosumeryjskich mnichów, miliony zwykłych użytkowników od wieków wierzą, że jest to normalne zachowanie światła w cieczy dla niepoznaki określane jako dyfrakcja.
Mój znajomy nie dał się jednak zwieść - niezwłocznie zebrał niezbędne dane, polecił swojej najbystrzejszej asystentce, Javie, przeanalizowanie ich, wspólnie z nią wyciągnął niezbędne wnioski i... Już miał pewność. Znaczy: dalej nie wiedział, co jest grane, ale wiedział na pewno, że nie jest to nic dobrego.
Najpierw, wspólnie z Amigą, myślał (jak mi tłumaczył, całkiem rozsądnie), że jedna z łyżek pochodzi z kosmosu, a druga od Jozina z Bazin. Znaczną nieścisłością był jednak problem, która jest która. W dodatku... jedna odpływała.
To jest U-Bot! Skojarzył nagle Super Informatyk. Szpiegowski U-Bot szpiegujący go swoim szpiegowskim batyskafem!

Obie łyżki zostały aresztowane i wzięte do zmywarki o zaostrzonym rygorze w celach przesłuchań. Obie niestety milczały jakby nabrały wodę w miseczkę. Trzeba było chwilowo odpuścić, ale i on i Amiga zachowali czujność.

I co? Nazajutrz w obiedzie pojawił się widelec! Został natychmiast schwytany, poddany strasznym torturom takim jak czytanie regulaminów programów instalacyjnych i wysłuchiwanie problemów użytkowników dzwoniących do helpdeska, i - jakoże on już nie był w stanie nabrać wody w cokolwiek, choć z pewnością bardzo chciał - zdradził i wszystko wypaplał! Wszystko jasne! To byli szpiedzy Hans Lyzeshmausser (udający Jozina udającego prezent od Jozina) oraz Helga Metalenputzen (udająca U-Bota). Jak dowiedział się dalej - prowadzone były zaawansowane prace nad inwigilowaniem jego osoby, komentarzy do C++ i osiągnięć w Minecrafcie w celu unieszkodliwienia go. Hans i Helga zamierzali wyruszyć armią wspomnianych już przeze mnie messersmithów i pozrzucać z nich bomby /dev/random'owe ciskające na wyjściu czym popadnie. Gdyby udało im się to osiągnąć... Dla zwiększenia rażenia (podobnie jak zwykli terroryści, który wsypują do swoich bomb gwoździ i innych takich), Hans i Helga wcisnęli do śmiercionośnego pliku kilka płyt Viśty ze wszytkimi bajerami i mrożonymi okienkami.
Musieli mieć tylko pewność, że nie przeszkodzi im żaden super chakier. A skoro niespodziewanie najlepszy na świecie Charyzjusz Chakier zapadł się pod ziemię, zabrali się za drugiego w kolejności najlepszego chakiera...

Na swoje nieszczęście nie przewidzieli, że Super Informatyk jest informatykiem ekstrawertycznym, który nie patrzy wyłącznie w czubki swoich butów, ale przede wszystkim w swoją kawę
Gdyby się nabrał na ten numer z dyfrakcją, to to byłby dopiero herror...


Do posłuchania - piosenka, która mi się ostatnio po cichu podobała, ale którą nie wiedziałam, skąd mam wziąć, dopóki Super Informatyk nie podpowiedział:



____________________
* usiadł przy komputerze, ale oczywiście nie po tej strnie co zwykli śmiertelnicy! Usiadł od strony wewnętrznej, ma się rozumieć.

Myth , Dziennik Superbohatera 17.03.12 Piątek

Tak ! to ja ! Ja osobiście jestem odpowiedzialny za odejście zimy (siedzi teraz w Himalajach :D ), a dziś (tzn wczoraj bo wpis z opóźnieniem) miałem przyjemność poznać pannę Wiosnę (tak! jest równie seksowna co Zima :D). Właśnie dlatego nie byłem w szkole, musiałem ją przywitać :D
Zapewniam że dzięki mnie pogoda będzie coraz lepsza :D a teraz zdjęcie wiosny :



















Gdy wróciłem do Tajnej Siedziby, okazało się że Tajna Siedziba została zaatakowana ! Przez monstrualnie ogromnego, przerażającego zmutowanego krwiożerczego pająka z gatunku Pająkus Czakus Norisus !!! Rozbił swoją radioaktywną sieć między lampką a tabletem, miał 8 ogromnych nóg, szerokość jego ciała była zdumiewająca ! aż 2 mm ! był potworny ale się nie przeląkłem, chwyciłem za miecz (tzn gazetę zwiniętą w rolkę) popędziłem w jego stronę, skoczyłem i lotem koszącym odciąłem górną część sieci. Niestety w trakcie lotu zahaczyłem o żyrandol i uderzyłem się o kaloryfer (teraz na czole mam takie paseczki). Podniosłem się chwyciłem za pistolet i wystrzeliłem ! tzn nie wystrzeliłem bo amunicji zapomniałem ale to szczegół. Więc rzuciłem pistoletem w tego ohydnego gigantycznego potwora ! I nie trafiłem.

Na szczęście miałem swój szalik pod ręką więc zahaczyłem o fotel i naciągnąłem (a że mój szalik jest wykonany z kosmicznej wełny z kosmicznych zakładów włókienniczych które robią kosmiczną wełnę z kosmicznych jeżozwierzy[jeżozwierz - to taki duży jeż] i odbiłem się jak z procy i kopnąłem potężnego zmutowanego pająka. Pokonałem go, zawinąłem ogromne cielsko w gazetę i wyrzuciłem do śmieci :)

Obok możecie podziwiać zdjęcie tego potwora (żeby zobaczyć pełnię jego niegodziwości i ogrom cielska należy powiększyć i przybliżyć jak najbardziej się da :)

Piosenka dnia :

dobranoc :)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 16 marca 2012



Pisanie po 23 to jest jednak fajna sprawa. Może i człowiek jest ledwo przytomny, ale jest wtedy już wyłącznie sam na sam z komputerem - rodzice (którzy nie są superbohaterami) myślą, że się śpi, słońce przez okno już nie zagląda...
A warto dzisiaj szczególnie zwrócić uwagę na słońce - było ciepło! Ale tak seryjnie, po prostu CIEPŁO! Pomyślałam sobie: LATO! Niby oficjalnie nie mamy jeszcze wiosny (choć ostatnio Myth pogonił już Panią Zimę jak najbardziej oficjalnie), ale to był pierwszy dzień, kiedy w tym roku mogłam bez marznięcia ściągnąć bluzkę/superstrój, posiedzieć sobie na drzewie (ale nie skacząc po wieżowcach goniąc czy chociaż udając, że gonię jakiegoś superaśnego złego gościa, żeby się rozgrzać), pierwszy raz w tym roku siedząc na tym drzewie napawałam się zapachem przemokniętej trawy nad wodą...

Jak dla mnie - LATO!

No i wydało się - Ksena Wojowniczka wcale nie przemierza Wszechświata różowym stateczkiem. Pozostaje więc chwilowo nie wyjaśnione, dlaczego Myth pojechał do Mistrza Yody różowym pojazdem...

Dzisiaj napiszę mniej, ale nie tylko z powodu tej ładnej pogody, ale też dlatego że wiele z dzisiejszego czasu zajęło mi poświęcanie się ludziom potrzebującym mojej superbohaterskiej pomocy. Głównie literackiej, ponieważ Niessamowity Profesor zastanawia się, dlaczego jego syn nie przebił się przez konkurencję w konkursie fantastycznonaukowym i do tego wymieniam się z nim jeszcze poprawkami do jednego utworu, który chciałby wysłać do gazety. No i też rodzice, którzy nie są superbohaterami, a którym dzisiaj łapałam kurczaki, zamiatałam warsztat, przesypywałam zborze, a nawet przyszywałam guziki do koszuli!

Z prezentacji na Pyrkon dzisiaj nic właściwie nie zrobiłam. Poza tym, że ogarnęłam właśnie do samiutkiego koniuszka tzw. część teoretyczną, czyli taką którą potem będę mogła już bez użycia mózgu powklejać w PowerPointa (a właściwie openofficowego Impressa) i zająć się wyłącznie układem, animacjami, zdjęciami i słodziutkimi ikonkami. Czyliiii... No właśnie, nic właściwie nie zrobiłam, ale za to zrobiłam to jak nikt inny.

Całe forum Polskie Forum Fanów DW przeżywa, co to będzie w 2013 (intrygujące - cały świat gada w kółko o 2012, a tylko jego nawiedzone 0,001% martwi się o rok kolejny). Wciąż nadchodzą i przychodzą kolejne nowiny o poczynaniach szalonego Moffa (który co jak co ale ni licho nie jest superbohaterem), który za odcinek/film rocznicowy zabierać się raczy. Otóż najnowszy news dotyczy, uważaj, Dagens, nikogo innego jak Paula McGanna:
McGann Wants Doctor Who Return

Poza tym, że ów artykuł bardzo mi się podoba (They’ve just got to ring me up! - awww...), to pierwszy raz odniosłam wrażenie, że na moim kochanym forum większość ma bardzo ograniczone umiejętności pojmowania fraz w języku angielskim. Bo oto rozgorzała dyskusja, że jak to fajnie, skoro Moff się decyduje i jak dobrze pójdzie, to Paul wystąpi, tyle że ja tu widzę jedynie tajemnicze:
(...) it seems he [Moff] will have little trouble getting the Eighth Doctor back. Paul McGann has said he would love to return to the role.

Czyli wydaje się, że będzie miał problem z wzięciem Ósmego z powrotem [pomimo że?] Paul chętnie by wrócił. Co mnie brzmi (ale ostrzegam, też nie jestem zaawansowana!) tak, jakby Moffat właśnie NIE chciał go wziąć - jakby może chciał sobie stworzyć własnego Ósmego, z innym aktorem czy coś, ale niestety, Paul CHCE zagrać i Steven ma little trouble.
Czekam na rozsądniejsze interpretacje, w każdym razie mnie bardziej cieszyłoby, gdyby zamiast tamtego tytuł był:
Doctor Who Wants McGann Return

O.


stąd

A na koniec, nawiązując do tego wpisu - mniej więcej właśnie takie coś kiedyś trafiłam, jak poznawałam emotikonki :) Tylko że aż tak cudnie rozbudowane nie było.



piątek, 16 marca 2012

Ksena Wojowniczka , Dziennik Superbohaterki 16.03.12 Piątek

Dzisiejszy dzień jest super. Rano o 9.00 mięliśmy rekolekcje i siedzieliśmy w kościele tak trochę ponad godzinkę. Po rekolekcjach podjechałam z kumpelą z klasy do nowo otwartego centrum chińskiego. Kupiłam sobie kolczyki i zawieszkę do telefonu. Moja kumpela zakupiła lakier do paznokci :) . Mam zamiar jeszcze wyciągnąć mamę do tego sklepu, aby kupiła mi kapelusik lub jakieś fajne buty, bo w końcu ostatnio moi bracia dostali buty, więc mi też się coś należy :) Tak to u nas jest, że mama zawsze coś kupuje każdemu z nas.

Wczoraj moja przyjaciółka pojechała na trzydniową wycieczkę i pożyczyłam jej aparat, bo jej się rozwalił, więc dlatego nie mam jak pokazać zdjęcia tych kolczyków i przypinki - następnym razem pokażę :). Gdy wracałam ze sklepu, spotkałam kolegę, którego nie widziałam już prawie 4 lata i pogadaliśmy trochę (swoją drogą wyprzystojniał od gimnazjum trochę :D ). Gdy już doszłam do domu, było po 12, więc skorzystałam z ładnej pogody i umyłam okna. Po wykonaniu tego zadania miałam się wziąć za sprzątanie pokoju, lecz weszłam na internet i zaczęłam konwersację z Mythem, a że jestem jego superbohaterską stażystką, wezwał mnie do siebie. Odpaliłam mój statek, moją ukochaną Gwiazdkę (tak nawiasem mówiąc nie jest ona różowa, więc nie wiem, skąd Myth wytrzasnął tamten różowy pojazd :) ) i ruszyłam do jego centrum dowodzenia.

Pierwsze, co mi powiedział to to, abym zrobiła mu kawusię (ale taką specjalną, którą tylko ja umiem zrobić i która zwiększa moce superbohatera), następnie kazał mi przynieść sobie ciasteczka (jakbym była jego służącą, a nie stażystką). Kiedy już zjadł i się napił, poprosił (pierwsze raz użył słowa proszę :) ), abym wyczyściła jego hełm i naprawiła broń i cały osprzęt (w końcu dzięki mnie nic mu się nie dzieje na akcjach). Gdy wykonałam już jego zadania wyruszyłam z powrotem do domu. Nic ciekawego się więcej nie wydarzyło. I moje domowe zadania to jeszcze posprzątać pokój, wytrzepać dywan i nakarmić chomika i chyba tyle nie licząc tego, że muszę zrobić obiad dla moich dwóch pasożytków (czyli braci, jak zwykli ludzie by ich nazywali).
No i tyle papa :*

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 15 marca 2012



Zanotować sobie w swoim supernotatniku (eee... zaraz, czy ja w ogóle mam coś takiego?) - nigdy więcej nie odkładać wpisu na następny dzień.
Wtedy nie ma czasu! Przecież powszechnie wiadomo, że właśnie w przedziale 8:00 - 13:00 wypada najwięcej prób opanowania świata przez najgroźniejszych złoczyńców! Tak, tak - tamci, którzy skaczą po dachach w stroju Butmana w środku nocy, to tylko mały ułamek całości, ponadto ten bardziej amatorski (bo niby jak taki niewyspany cudak miałby komukolwiek zagrażać?).
Nie mówiąc już o tym, że trzeba kurczaczków doglądać i kopytka robić!

Jak dowiedziałam się z Radia Zet, dzisiaj mieliśmy "ciekawą" (jak sami powiedzieli) rocznicę - równo 27 lat od zarejestrowania pierwszej domeny internetowej. Z rozszerzeniem .com oczywiście - pierwsze .pl pojawiło się dopiero kilka lat później, w roku 1990.
Dzisiaj natomiast mamy już 225 000 000 zarejestrowanych stron.

W ogóle jakoś tak komputerowo ostatnio - zaczęło się od tego, że parę dni temu, 12. marca bodajże udało mi się wreszcie znaleźć paskudztwo, przez które po próbie przejścia w stan wstrzymywania komputer nie przechodził w stan wstrzymywania, a wpadał w tajemnicze zamyślenie udając, że nie dosłyszał i chodził jakby nigdy nic choćby cały dzień, jeśli się go nie wyłączyło. Kiedy się go natomiast wyłączało, wyskakiwał komunikat, że co zrobić z wiszącym programem Wireless Console. Czyli, co wiedziałam od pierwszego wejżenia, ów paskudztwo nazywało się Wireless Console, tyle że żeby umożliwić komputerowi w tych trudnych chwilach zmianę stanu na jakikolwiek inny poza wyłączeniem, musiałam zlokalizować proces.



Powodzenia Xq
Na szczęście odpowiedź znalazła się - wystarczyło tylko poszukać! I to już w pierwszym poście pierwszego linka od Google'a.
wcourier! wcourier.exe! Nie no, nie wiem, kto mu nadał tę nazwę (courier to przecież nazwa czcionki), jednak jej brzmienie jest bardzo adekwatne :/

Nie wiele później, bo 14. marca, przy którym wolałam już odwrócić swoją uwagę opowiadając o liczbie π miałam na głowie Komputer znajomej kontra AstroGirl: powrót. Komputer znajomej kontra AstroGirl: pierwsze starcie było jakoś w ostatnie wakacje, kiedy koleżanka, superbohaterka Qulka, przyszła do mnie z niepozorną prośbą, żeby przeformatować jej komputer. Wybrałam Win 7, ale jej było w zasadzie obojętne - chodził, jak to ujęła inna moja znajoma, jak ślimak w oleju i w ogóle nie dawała już sobie z nim rady pod względem wychowawczym, więc liczył się czas, a nie efekt. I wtedy też po raz pierwszy poważnie odczułam, że sam zainteresowany ma znacząco odmienne zdanie na ten temat - podobał mu się jego obecny stan ducha i wyglądało na to, że w reinstalacji nie będzie mi pomagał.
Zacznijmy od tego, że płyta na pewno działała - już z niej raz instalowałam i było super - więc teraz trzeba było tylko włożyć płytę do środka i przestawić instrukcje startowe w BIOSie (tak, tak, ja wiem, jak to brzmi, ale to jest coś jak spowodować mechaniczne obniżenie się suwaka tostera, żeby spowodować wzros temperatury wewnętrznej urządzenie i tym samym opiekanie umieszczonej w nim żywności).
No właśnie - tylko... Słuchajcie - magia! Wejścia na płytę były dwa - CD i De-Vau-De - przy czym również oba działały, bo po odpaleniu starego systemu pokazywała się ikonka, ale przy ładowaniu... Nie widział tej płyty nigdy! Przy żadnych ustawieniach! Wypróbowałam i ustawienia szybkie i takie na wchodzenie głębiej i jakieś tam jeszcze, co ze wzięciem pod uwagę dwóch różnych wejść na płytę, dawało chyba z piętnaście kombinacji. I żadna nie zadziałała :q Komputer cały czas ładował się zupełnie zwyczajnie, jakby płyta po włożenia jej do sufladki się anihilowała. No magia!
Cóż, jedyne, co mi zostało i co zawsze robię, to mądre podrapanie się po głowie i Nie wiem, co jest, przecież robiłam to już ze trzy razy, na takim komputerze, na takim i na takim, i zawsze działało. Qulka tylko machnęła ręką ze śmiechem i powiedziała, że ten komputer już tak ma.
A wiecie, co się stało potem? Za tydzień przyszedł jej brat, który nie jest superbohaterem, z kolegą, kolega bez problemu sformatował, zainstalował i poszedł, i nie powiedział, jak. To dopiero się nazywa demotywator dla superbohatera :r

Ale teraz, jak już mówiłam, koleżanka odezwała się ponownie i miejsce miał Komputer znajomej kontra AstroGirl: powrót. Otóż komputer zrobił po miesiącu to, co małe tygrysy po miesiący lubią robić najbardziej, tj. zamknął się w sobie twierdząc, że będzie rozmawiał tylko w obecności klucza aktywacyjnego. Tak wiem, też mnie to zdziwiło - kolega brata zrobił swoje przeszło pół roku temu, a Qulka zgłasza się teraz. Ukazuje to mianowicie jak bardzo Qulka zainteresowana jest tego rodzaju bronią użytkową - teraz wymyśliła, że nauczy się obsługiwać pospolite pojazdy czterokołowe, a wcześniej to nic, tylko ratowała świat. A co myślicie - nie każdy pogromca zła ma czas całymi dniami wysiadywać na FaceBooku jak Myth Gdyby na kursie dawali testy w wersji papierycznej, pewno nawet ucząc się wysiadywałaby na szczycie jakiegoś wieżowca wypatrując kolejnego gościa planującego podbić świat (i mającego ładne dołeczki).
Wracając - nie raz chwaliłam się i opowiadałam (no, na blogu akurat raz) swoim niesamowitym programem AntiWPA3 rejestroprzestawiającym, aktywacjousuwającym i zmarszczki tentegowującym. Kazałam mu wskakiwać na pendrive i idziemy, potem tradycyjnie - F8, cd h:\Cracked\ i tak dalej. Jednak już komputer qulkowy patrzał dziwnie i ze skosa i tak podejrzewałam, że coś będzie nie tak. I faktycznie! AntiWPA3 nie zadziałał
No po prostu, jak to mawiają:
+++ Błąd Dzielenia Przez Ogórek.
Zainstaluj Wszechświat Ponownie I Rebutuj.+++
Postać: HEX

Spróbowałam jeszcze zainstalować płytę na trybie awaryjnym, na którym właśnie siedziałymy, ale nie - komputer z bujnym uśmiechem na monitorze twierdził, że ponieważ prawdopodobnie Windows nie jest zainstalowany poprawnie albo działa w trybie awaryjnym, instalacja jest failed (swoją drogą od kiedy pliki do nauki wymagają programu instalacyjnego???) i on nie chce i nie może. Cóż, nie wiem, jak Windows, ale Wszechświat na pewno, ale nie ważne. Więc, ostatecznie... pozostało mi machnąć ręką i zainstalować ten Wsze... znaczy: Windows ponownie. Oczywiście, ponieważ pamiętałam, co było w poprzednim odcinku zmagań, więc tylko taaak sobie włożyłam płytę, żeby zainstalować jednak już z pierwszego Windowsa, jako drugi (w końcu można - początkowo ciągle wychodziło mi to przypadkiem ). I oczywiśie tym razem... komputer Qulki postawiony pod ścianą dał za wygraną i zareagował na płytę od razu. I kto mi powie, że nie wynaleziono jeszcze sztucznej inteligencji? :q



Noooooo ale koniec końców wyszło na MOJE.

Na zakończenie istną wiśnią na torcie okazała się nowina, że komputer ma jakieś uczulenie na niektórych superbohaterów i nie pozwala nazwać konta windowsowego per QULKA. Administrator, Gość i QULKA O.o No aż usiadłam. O ile superbohaterów Administrator i Gość w miarę kojarzę (widziałam ich parę dni po akcji przy granicy koreańskiej, jak zbierali skarpety) i wiem, że załatwili sobie blokadę w MicroSofcie, o tyle żeby jeszcze jakaś QULKA była, w dodatku wielkimi literami się przedstawiająca? Google i Wikipedia też się kulą i nie wiedzą, zapytałam więc na Hakerskim hackme.pl i zobaczymy, co będzie.

Generalnie bóuu.


Mrau motywuje mnie do oglądnięcia Sherlocka (do czego straciłam motywację, kiedy dowiedziałam się, że głównej roli w tym nie gra przystojniak, którym zachwycałam się tutaj, tylko jakiś dzieciak). Podpowiada pierwszy odcinek, po którym się albo się zachwycisz i pozostałe pięć obejrzysz w dwa dni, albo dasz sobie spokój. Bardzo ciekawa jestem swojej reakcji.
Zresztą, jak się coś obejrzy, to się to łatwiej krytykuje


I na koniec, dla dociekliwych, tak - robię tę prezentację na Pyrkon Praca wręcz wre - oto jej wycinek:



A na cześć nowych obserwatorów - których co ciekawe, nie zauważyłam - nowy dodatek do bloga! Ale na samym dole, żeby już nie śmiecił. W dodatku tym bardziej śmieci, że nie działa. Nie ma co, komputery mnie nie lubią.



czwartek, 15 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 15.03.12 Czwartek

No dosłownie nie wyrabiam, od 7:30 do 21:00 w szkole byłem . No więc jak mi minął dzień ?
Otóż wstałem, pojechałem do szkoły, bylem w szkole, a potem byłem w szkle, następnie byłem w szkole i znów byłem w szkole a potem cała seria : byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole, byłem w szkole. Później byłem w szkole i na koniec byłem w szkole.

Dzisiejszego dnia był dzień drzwi otwartych dla otwartych na propozycję naszej szkoły uczniów gimnazjów. pochwalę się że w tym roku jest szansa że będziemy mieli 7 nowych dziewczyn w szkole ! :D Opisał bym co gdzie i jak z kim robiłem ale mi się nie chce :) jutro opiszę.

Kącik zrozumienia kobiet według Mistrza Yody:
Komplementować kobietę musisz albo bo na to zasługuje albo bo obrazi się o komplementów brak ,wiec zrobić musisz to słuszne co uważasz lecz tak się stanie że kobieta obrażona będzie

Piosenka dnia :

dobranoc :)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 14 marca 2012



A kto wie, co dzisiaj jest za dzień? Pytanie za 100 pkt. jako że nawet Google nie wiedziało (i obchodziło dzisiaj urodziny jakiegoś Japończyka czy Chińczyka), choć nie zapomina Wikipedia.

Dzisiaj jest Dzień liczby π!


stąd

π! Kolejna z rzeczy, z którą, niczym z 29 lutego, ludzie męczyli się od starożytności! Bo wiecie - dawno dawno temu, w Grecji bodajże, mieli bzika na punkcie proporcji, równowagi i wdzięku sprowadzania wszystkiego do liczb całkowitych. A tu nagle pojawia się liczba, która bierze się z Bogu ducha winnego koła, znaczy: ze stosunku jego obwodu do średnicy i, pomimo że jest ładna i zawsze niezmienna, zwyczajnie nie da się, no NIE DA SIĘ przerobić tego na ułamek zwykły! Matematycy starożytności zgłupieli - przecież zgodnie z ich normami taki wybryk nie był nawet liczbą!
No i się zaczęło...

Generalnie problem był, hmm, dość problemowy. Jak donosi Wikipedia na początku się przemilczało i π miało mieć około 3 czy 3,12. Jak opowiadają tutaj jedną z pierwszych osób, która odważyła się jakoś ugryźć ten temat, był Archimedes, który przybliżył je jako 22/7, czyli, skracając, mniej więcej 3,142857.
Potem był doszedł Klaudiusz Ptolemeusz, który wynikiem 3,1416 przebił go o jedną tysiączną. Potem...
Ale jak oni to robili? No wyobraźcie to sobie - macie kółko i obwód, do tego linijkę i sznurek. I co? Przecież z mierzenia obwodu w ten sposób nie wyjdzie Wam 10,39898203591190204542899057614986223, tylko pewnie jakieś 10,5 ;) I jeszcze weź toto podziel... A starożytni naprawdę potrafili! I oni nie mieli komputerów, o czym myślenie automatycznie nam się wyłącza. Mogę jedynie poinformować, że kiedy dzisiejsi naukowcy tłumaczą nam, że tacy Babilończycy obliczyli coś tam i wiele innych rzeczy z dokładnością do dwusetnego miejsca po przecinku, to znaczy, że pisali po prostu coś w stylu 239/1636.
Czyli część problemu mieli z głowy. Ale jednak ten nieszczęsny obwód musieli znaleźć! I, pomijając początki, wszyscy na wszystkich kontynentach, robili to zgodnie i celnie, z uwagą, cierpliwością i szacunkiem, z każdym rokiem dokładniej i z większą ciekawością. I chyba nawet szybciej niż by nam się zdawało, skoro nawet piramidę Cheopsa robili pod linijkę dla tej liczby. A potem toooo... już nawet nie będę języka strzępić, skoro Wikipedia może lepiej. Dowody niewymierności, wzory do obliczania go i za jego pomocą, nazewnictwo...

Zwrócę uwagę tylko na jeden jedyny wzór, na który, podobnie jak każdy matematyk i niektórzy superbohaterowie, napatrzeć się nie mogę:



...który wymyślił pan Leonhard Euler, który pieszczotliwie zwany jest najpiękniejszych wzorem matematyki i o którym, jeśli jeszcze komuś mało, jest więcej tutaj.

Tym, co znalazłam na tamtej stronie, a wzbudziło mój szczególny podziw, było coś, co określili jako Trójwymiarowa ilustracja wzoru Eulera:



(Tutaj już nie zachowałam się co prawda jak na prawdziwego matematyka przystało, bo patrząc na ten wykres odruchowo poczułam się, jakbym wysiadła właśnie z kolejki o takim kształcie, ale mniejsza.)

Liczby zespolone! Geometria! Fizyka! Tak, tak, moi drodzy! π było niczym nasionka od maliny - właziło wszędzie! Nic dziwnego, że poodkrywano tysiące sposobów na to, żeby w domowym zaciszu każda gospodyni domowa mogła po cichu oddać się przyjemności samodzielnego poznawania kolejnych cyferek (to jest podobno jedna z tych rzeczy, którą każda gospodyni domowa robi, ale nie ma odwagi się przyznać). Parę sympatycznych sposobów podają tutaj, w Wikipedii jeszcze więcej (choć przyznać trzeba, że już nieco mniej sympatycznych). Jednakże...
Bardzo się zdziwiłam, ponieważ nie ma na żadnej z tych stron słowa o pewnej uroczo kontrowersyjnej metodzie liczenia, o której kiedyś całkiem przypadkiem dowiedziałam się z ostatnich stron pewnej książki o statystyce (Monstrualna erudycja nawiasem mówiąc, zalecam ;) ). Do dzisiaj dnia odsuwałam myśl o tym, czy znajdę informacje o niej w Internecie, ponieważ moja superbohaterska pamięć lubi płatać figle, a nie chciałam napleść bzdur. Zaczęłam szukać i... JEST! Jak tylko zobaczyłam w skrócie wspomnienie o metod Monte Carlo, w której się najpierw strzela, potem liczy, od razu wiedziałam!

Otóż pewien pan Georges-Louis Leclerc Buffon, czyli w skrócie po prostu Buffon (), który zauważył, że jak weźmie paczkę igieł, narysuje linie w odstępach równych długości tych igieł i rzuci igły na te linie, to stosunek liczby wszystkich igieł do tych, które upadły na linie będzie bliski π/2 !


gdzie:
n to wszystkie igły;
R to liczba upadniętych na kreskę.


Bliski π/2 i tym bliższy, im więcej igieł będzie nam się chciało zbierać z podłogi!

Problem igły Buffona został jednak na Wikipedii rozciągnięty na zależności od długości igieł i samej zależności od π nie widać aż tak bardzo, więc dla pewności podrzucam jeszcze jedną stronę (Zadanie nr 4), która co prawda wzór układa nieco w inny sposób, ale za to dysponuje ładnym obrazkiem:



No. I już widzę, jak jutro w sklepach kolejki za szpilkopodobnymi rzeczami będą ;p


Google nic nie mówiło, a ja wiedziałam - skąd? Otóż kiedy zaczynałam liceum dni na cześć liczby π były urządzane w mojej szkole. Robiło się rysunki, pisało wierszyki... Najlepiej jednak wspominam konkurs na szukanie swojej daty urodzenia w długich mrocznych ciągach tej nieskończonej liczby. No wiecie: ktoś jest z 15 października 1999, to szuka 15101999. Albo 19991510. Albo jeszcze inaczej. W sumie za 151099 też chyba nie nabijali na pal :) Nikt się też nie czepiał nawet takich szczęściarzy jak ja, którzy mieli jednocyfrowe numery miesięcy i dni, przez co szukali np. nie tylko 01021999, ale też 121999, 199912, 2199, itp. ...
Czekam na propozycje czytelników

Jeśli chodzi o utwory literackie, to niczego wartego uwagi z czasów liceum nie pamiętam. Każdy wstawiłby w takiej chwili dzieło pani Szymborskiej pod tytułem Liczba pi, jednak ja nie uważam go za udany. Mógłby być lepszy, a jest taki nadmuchany. Tym co ja napiszę, będzie coś, o czym kiedyś na jednych z zajęć Javy wspomniał nam pan dr Wercinski Tomasz, a co (jeszcze bardziej kiedyś) zdarzyło mu się przeczytać:
Pewnego razu pani na zajęciach z matematyki opowiadała o obliczeniach związanych z kołem i w ramach zadania domowego poleciła uczniom jak najdokładniejsze obliczenie wartości liczby π Następnego dnia zaczęły się dziać rzeczy niezwykłe. Kolejni rodzice zaczęli zgłaszać się z przeprosinami, że nie potrafią jak należy pomóc dziecku w lekcjach, bo po zmierzeniu koła jak najdokładniejszymi sposobami i dokonaniu dzielenia wychodzi im... równo 3. Za pierwszym razem nauczycielka się śmiała, jednak zgłaszali się kolejni rodzice - skruszeni tłumaczyli, że nie wiedzą, co robią źle, jednak musieli przy dziecku bezradnie skrobać się po głowach, bo nie wychodziło im nawet w przybliżeniu legendarne 3,14.
Szybko po wydarzeniach w szkole informacje o dziwnych problemach z obliczeniami zaczęły się pojawiać także w wiadomościach telewizyjnych, w radiu i wszędzie, na całym świecie. Nagle nikomu już w budowie, inżynierii i tak dalej nie zgadzało się, żeby π miało 3,1415 i więcej! Nastąpiła panika i wszechogarniające zdziwienie. Koło nadal było kołem, jednak stosunek długości okręgu do środnicy wynosił dokładnie 3 i żadna ze starych regół nie nadawała się do stosowania! Wszystkie programy komputerowe, wypracowane podejścia, wzory okazały się omylne i bezwartościowe...


Centralnie, albo Doctor coś tam musiał zrypać albo Chuck Norris nie tak trzasnął drzwiami O.o

Na koniec coś ode mnie. Wspominałam, że były konkursy rysownicze, w takim razie przedstawiam, jaką wizję narysowałam w 2005 roku:



:)


Nie znam żadnej piosenki, która choć wydawałaby się mieć coś wspólnego z liczbą π, więc zapodam to, co mi się dzisiaj bardzo nadało. Tak bardzo, że aż wyszukałam w Internecie po słowach, co to za piosenka, którą dotychczas miałam zapisaną tylko jako no_name:



Ale oczywiście, jeśli ktoś chce, żeby było bardziej nastrojowo, można sobie wyobrazić, że ten pan śpiewa o π.