wtorek, 6 marca 2012

Ksena Wojowniczka , Dziennik Superbohaterki 06.03.12 Wtorek

Wtorek, cóż za dzień. Na szczęście za nami. Od samego rana dręczyło mnie przeczucie, że będę z czegoś pytana. I tak się stało na fotogrametrii (na szczęście w szkole mamy takie coś, co nazywa się bonusami - gdy masz wszystkie godziny usprawiedliwione, możesz dwa razy odmówić odpowiedzi). Na pozostałych godzinach nadal zastanawiałam się nad pytaniem, dlaczego klej (taki płynny) nie przykleja się do butelki klejąc się do wszystkiego (zna ktoś może na nie odpowiedź?). Po lekcjach wracając do domu napotkałam po drodze moich rodziców (nie superbohaterów) jak robili zakupy. Oczywiście jak zawsze musieli wykorzystać to, że jestem superbohaterem i dali mi poprzednie zakupy, abym zaniosła je do domu.

W domu pokłóciłam się z bratem (on także nie jest superbohaterem, raczej nazwałabym go superupierdliwcem, a Myth - jak to mówi o rodzeństwie - pasożytem :) ), ponieważ poprosiłam go, aby podał mi jakiś ważny powód grania w tę jego dziwną grę (nie podam tytułu, bo może ktoś z was też w nią gra i może się obrazić). On odparł, że jest fajna, ja - że nie jest to ważny powód, itp itd. A najbardziej co mnie wkurzyło w rozmowie z nim to to, że on powiedział, że nie ma sensu oglądanie Doctora czy Sherlocka, to się wkurzyłam i wygarnęłam mu fakty autentyczne, o których mówił kiedyś Doctor i wiele zalet oglądania jego i Sherlocka, i w końcu zwyciężyłam i braciak wyniósł się z mojego pokoju i zostawił mnie w spokoju.

Gdy przeszłam się, aby ochłonąć po tej kłótni, spotkałam Toudiego (tego od księcia Iktorna), zwanego tez podnóżkiem, który żalił się, że Księciunio mu zaginął. A że nie mogłam patrzeć na tę jego ogro-smutną minkę, pomogłam mu. Znaleźć Księcia nie było trudno - wystarczyło dodzwonić się do Gumisiów i zapytać się, czy nie widziały go w pobliżu. Okazało się, że Gumisie pochwyciły Księciunia, gdy chciał wykraść im sok z gumijagód. Gdy dotarłam do nich, powiedziałam im, że poproszę Papę Smerfa o to, aby wzniósł wokół ich domu taka zaporę, jaką Smerfy mają wokół swojej wioski. Gumisie zgodziły się, a Papcię nie trudno było namówić do współpracy, jako że powołałam się na Madzię (naszą wspólną znajomą). W podzięce dostałam nawet sok od Gumisiów :)
Po wszystkim wróciłam do domu i zasiadłam w mojej bazie, zwanej też moim pokojem, przed komputerem głównym. Muszę jeszcze się nauczyć na sprawdzian z angielskiego, a szczerze to tak mi się nie chce...

No nic, do następnego razu, papa :)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 5 marca 2012



Dzisiaj mam za sobą tylko jeden superbohaterski wyczyn. Ale za to jaki!

Przychodzi do mnie do pokoju nie kto inny, jak mój własny tata (który nie jest superbohaterem) i prowadzi do swojego zadziwiającego laboratorium mechanicznego zwanego warsztatem (nie, to nie jest to samo, co ma Myth - warsztat taty jest dużo większy na zewnątrz niż w środku (czy tam odwrotnie)) i tam przedstawił mi problem badawczy:



Mamy dwa takie kółeczka zębate, z czego większe ma 19 ząbków, a mniejsze ileś tam, nie ważne. Ważniejsze jest że u jednego i u drugiego przestrzeń między zębami ma [tu zmierzył] 14 milimetrów. I teraz pytanie - jaką średnicę będzie miało kółeczko z 21 ząbkami, jeśli ma pasować do tych dwóch, czyli mieć furtkę w zębach równą 14 mm?
Do tego mój ojciec chciał mieć gwarancję, że misja przebiegnie bez zarzutu, dlatego zrobił coś takiego, że wziął to większe kółeczko 19-zębne, które mógł już sobie zmierzyć i powiedział, że to kółeczko również weźmie udział w zadaniu.

Zasalutowałam więc, założyłam migiem kostium, chwyciłam podręczny tasak dalekiego zasięgu i ruszyłam do akcji.

Zapowiadało się nie tak źle - każdy widział w życiu jakiś wielokąt/wielobok, bawił się nim w dzieciństwie i dokarmiał razem z rodzicami, więc wydawać by się mogło, że jak już mamy długość jego boku, to już można się zorientować.


stąd
Przykład oswojonego wielokąta.

No tak. Przez chwilę usiłowałam rzecz ukroić od strony relacji wysokość w trójkącie - przekątna w kwadracie - cokolwiek jeszcze, co mi się przypomni, bo wydawało mi się, że jakąś w tym zależność kiedyś znajdywałam. Okazało się jednak, że najwyraźniej nie jestem ani Pitagorasem ani twierdzeniem Fermata, bo ten mój tasak okazał się zbyt małostrzelny i nietechnologiczny na te wszystkie pierwiastki z trzech przez dwa i tym podobne i trzeba było wytoczyć ciężkie działa. Wikipedię.
Ciocia Wiki okazała się być bardziej bujna niż kiedykolwiek, bo dysponowała arsenałem na parę podpunktów plus tabelka z obrazkami. Okazało się, że na samym końcu było coś w sam raz dla mnie:
Wzór na długość przekątnych wielokąta foremnego



Fajnie myślę sobie. Rzecz w sam raz na ten napakowany 21-boczny wielokąt foremny.
Jednakże pomimo że rzecz dysponowała zaledwie dwoma sinusami i jedną bazową deskę ułamkową, kompletnie nie umiałam tego przeładowywać.
"n" znam, bo to liczba boków, "a" też tradycyjnie, jak to w wojsku przyglądałam się wzorkowi. Ale "k"? Co to jest "k"?
Nie wiedziałam, czy mam to pociągnąć do siebie czy przekręcić, czy załadować na wejście to samo, co do "n" czy jak, a tymczasem z takimi rzeczami trzeba ostrożnie, bo można odstrzelić sobie głowę.

Amunicja musiała być bardzo stara, ponieważ niestety śladu nie było po aktach na temat zmiennej "k". Jedynie niezrozumiały dla mnie zakres:



Ale przecież to ogromny rozstrzał! Nie trafiłabym takim wzorem w stodołę!
Co to może znaczyć? Dlaczego "k" musi być dokładnie najwyżej mniejsze od "n" o 3? Dlaczego nie może być większe?
Mamy czas, nigdy nie trzeba się śpieszyć - wzięłam mały banalny kwadrat i zastanowiłam się, jakie trzebaby wziąć "k", żeby je ustrzelić. Tym razem możliwość byłaby tylko jedna - "k" równe 1. Z trójkątem jeszcze ciekawiej - "k" równe 0.
Bo trójkąt nie ma przekątnych! XD A kwadrat może i ma dwie, ale możeby je obie ustrzelić za jednym naciśnięciem - w końcu obie są takie same. Ale już jak weźmiemy taką krowę n-boczną, gdzie "n" jest większe niż dwadzieścia... No taaaak, przecież taki wielokąt, to on ma snajpera nie tylko od jednego boku do tego, który jest naprzeciwko, ale jest cała armia przekątnych do bliższych i dalszych boków, czyli zarówno dłuższych jak i krótszych.


stąd
Figura geometryczna gotowa do ofensywy.

To się nazywa nie docenić przeciwnika.
Czyli że... ja mam teraz do pokonania aż 18 przekątnych plus 16 tego zębokółka, które miało sprawdzić moją rzetelność. Hehe, ależ spokojnie, nie zamierzałam liczyć wszystkiego od góry do dołu ;)
Średnica jest najdłuższą cięciwą okręgu, tak? Więc bierzemy takie "k", żeby wynik wyszedł jak największy.
Jak to, że cięciwę to mają koła, a nie wieloboki? A kogo to obchodzi - wojna jest.

Chwyciłam więc jak największe "k", zasypałam prochem i... wybuch rozsadził mi pół kartki! Jejciu, dobrze, że miałam kalkulator systemowy oraz dobrze, że on miał sinusy i całą resztę towarzystwa.
Pył już powoli opadał, podnoszę się więc z okopu, spoglądam na wyrwę w ziemi... 27,633997325...
Zaraz, zaraz, zaraz..!
Niby tata nie mierzył kółeczka przy mnie, ale jak widziałam wtedy i jak Cywile widzą teraz na załączonej wyżej fotografii archiwalnej - zębatka bynajmniej nie wygląda, jakby miała mieć 3 centrymetry!

Albo miałam w swoich szeregach szpiega albo...
Ło ja cie - sinus!

Co jak co, ale niepozorny sinus to mocna rzecz - ja mu napakowałam jak najwięcej na deskę, a on zamiast brać tym więcej, im więcej dostał...


stąd
Wężykiem, wężykiem, czyli sinus robiący mnie w konia.

I co wy na to? Muszę przyznać, że już bym mogła się poddać, że już, już bym odpalała w ciemno do wszystkich przekątnych sprawdzając u już ustrzelonych, która jest największa i ewentualnie przyspieszając namierzanie celu przez rozszyfrowywanie za pomocą funkcji modulo, jaką to wartość stopni tym razem nieodgadniony sinus mi przypisał.
Kiedy nagle przypomniał mi się jeden słaby punkt sinusa, rzadko jednakże przydatny taktycznie - przecież którakolwiek przekątna by to była i jakakolwiek idealna wartość kąta, to sinusowi i tak nie wyjdzie więcej niż 1 XD
Wystarczyło wywalić cały dodatkowy górny magazynek po prawej stronie, wkręcić tam celownik w postaci stałej i jazda!



Udało się! Dobro po raz kolejny zwyciężyło i jest co oblewać


Ni z tego ni z owego przypomniał mi się Gordon z Agencji Detektywistycznej Dirka Gently'ego Douglasa Adamsa (tak, tego Douglasa Adamsa ;) ), którą czytałam i zaczęłam się zastanawiać, jak on miał na nazwisko - Gordon ..? Postać bardziej niż mniej epizodyczna, dostała rolę pionka w zasadzie, jednak w nietypowej historii rola pionka wykrzywia się w tak niezwykły sposób, w tak dziwnym położeniu odnajduje się ten bohater, że za każdym razem, kiedy znów trafiało mu się kilka stron na naprostowanie jej, to zwyczajnie mnie rozczulał. To było jakieś krótkie słowo, coś takiego bystrego jak McFly, może nawet też na F. Fantastycznie to pamiętam - momenty z nim to były zupełnie niepowtarzalne fragmenty książki, która sama w sobie, niestety, pomijając całe to moje recenzenckie owijanie w bawełnę, jest dość słaba. Coś takiego jednosylabowego, ale nie Gordon Flash - to był zupełnie kto inny (kogo też bym chciała kiedyś poznać ;) ). Co mi tam te detektywistycznopodobne rozważania, nawiązania do lat szkolnych, romanse, ba! nawet motyw podróży w czasie, z których każde dzieje się zbyt powoli, za dużo, nie tak, po co mi to, kiedy nagle pojawia się Gordon, który przez jakieś głupie zjawisko stracił wszystko, co miał i teraz poświęca wszystkie swoje nerwy i siły, żeby... podnieść słuchawkę telefonu. To nie jest to, o czym myślicie, że pijany, chwiejny czy coś! Hmm... Zrobić Wam spoiler? On [został zabity :(]. Przez kilka akapitów i stron próbuje unieść słuchawkę i coś do niej powiedzieć, żeby porozmawiać z siostrą. Krok po kroku patrzyłam sobie na każdą jego myśl, a kiedy wreszcie mu się udało i miał odejść na dobre w połowie książki, to ja nie wiedziałam przez jakiś czas, co mam teraz z nią zrobić :/

Jejciu, czy ja..? Czy ja mu czasami kiedyś nie chciałam napisać fanfika..?

Gordon Way! Miał na nazwisko Way! Przypomniałam sobie


Kroniki Kurczęce część XX: No co się patrzysz?

A teraz... mała, wręcz bardzo malutka niespodzianeczka. Dokładniej: siedem malutkich niespodzianeczek:




Przy wyborze piosenki była mała bijatyka między Wild Boys, My name is not Susan oraz, później Could you believe, jednak tego, które nadało mi się na dobre, nadal nie ma na Wrzucie (hmm... trzebaby to naprawić), a ATB włączyłam dopiero później, więc to już nie to samo. Czyli walkoverem mamy Duran Duran :)



poniedziałek, 5 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 05.03.12 Poniedziałek

Dobra ... Dziś nie będzie śmiesznie, dziś będzie źle, smutno i w ogóle do d... do dolnej krawędzi dolnej części ciała. Dziś będzie o miłości, mógłbym napisać że miałem potwornie ciężki dzień, że nauczycielka której imienia wypowiadać nie wolno mnie wyzywała że jestem zły i że nie ma zamiaru się ze mną wykłócać. Mógłbym opowiedzieć jak to w końcu udało mi się znaleźć zeszyt od matematyki (był w szafce pod grubą warstwą książek ze zeszłego roku, strojem do wf-u i trzema bizonami). Mógłbym też powiedzieć że jestem wykończony bo mi zmienili plan i miałem dziś9 lekcji, ale tego nie powiem ... opowiem dziś o miłości.

z Wikipedii :
Miłość – podstawową definicją jest pragnienie szczęścia dla drugiej osoby (ewentualnie siebie bądź innego ważniejszego bytu). Miłość często jest rozumiana jako dowolna ilość emocji i doświadczeń zachodzących z powodu silnej więzi. Słowo "miłość" może odnosić się do wielu różnorodnych uczuć, stanów i postaw, poczynając od ogólnego zadowolenia, a kończąc na silnej więzi międzyludzkiej, [...]

A teraz kilka z wypowiedzi ankietowanych poproszonych o zdefiniowanie słowa "miłość":

Lukrecja z Wałbrzycha :
miłość czyli coś czym darzą się ludzie, a zakochują się w sobie tylko po to aby w 99% przypadków zniszczyć sobie psychikę i zrujnować duuuuużo czasu ze sobą.
Jaromir z Mitogóry:
- eh fake
- miłość tak w sumie
- domyślam się ale nie będę się na ten temat ...
Annanna z Smoczkowa:
pierdzielstwo którym można się podcierać

Czyli jak widzicie miłość jest czymś złym, niebezpiecznym i okrutnym. Nie rozumiem tego jak można "kochać" kogoś i jednocześnie zdradzać kochaną osobę z inną? - to jak mówić że się uwielbia pepsi a pić coca colę. albo nie rozumiem dlaczego ludzie się rozstają ? najpierw widzą w sobie sens istnienia ażeby potem nie odzywać się do siebie - to jest chore, jak coś może być najważniejsze na świecie i jednocześnie najbardziej znienawidzone to jak lubić kotlety schabowe mojej babci ale jednocześnie ich nielubienie. A całowanie ? Nie rozumiem też jak można się ślinić jak jakieś dwa morświny do szyb. A to całe trzymanie za rękę ? tylko się ludziom ręce pocą i potem śmierdzą potem. A to całe przytulanie ? to po co są wielkie maskotki przytulanki ? sama nazwa wskazuje DO PRZYTULANIA. To po co się ludzie przytulają? liczą sobie żebra czy co?

Jak ja widzę ten cały świat co mnie otacza i widzę tych wszystkich nieszczęśliwych z miłości ludzi, tych wszystkich którzy grożą że odbiorą sobie życie skacząc z dywanu na podłogę albo że przedawkują wodę względnie sok ananasowy, albo gdy opowiadają mi jak im źle, jak ich okrutnie potraktował los miażdżąc ich marzenia jak słoń siadający na ferrari (to okrutne jak by słoń zniszczył twoje ferrari :( ja bym ryczał przez pół roku [dlatego nazwali by to porą deszczową] ), wtedy jest mi smutno, tak strasznie smutno jak wtedy gdy Monika zepsuła mojego bombastycznego robota w przedszkolu. Albo nie ! nie ! było by mi tak smutno jak Asia wypuściła mojego świerszcza ze słoika po ogórkach ! wiecie jak ciężko złapać Hiper Świerszcza ?! 3 dni go wyhamowywaliśmy bo tak się rozpędził skurczykot że o mało co słoika nie przebił. A Asia perfidnie następnego dnia go wypuściła.

Tak więc miłość to pasmo udręk, zniszczonej masie marzeń i straconego czasu. Miłość nie jest warta swojej ceny i mówię to tylko dlatego że to są klarowne wnioski z moich obserwacji (podczas wykonywania eksperymentu nie ucierpiało żadne zwierzę - tzn eksperyment przeprowadzany na ludziach[no cóż oni cierpieli{tzn ktoś się zaciął podczas golenia - z roztargnienia myślał o dziewczynie i bęc 3 litry krwi stracone.}] a nie że świat jest do bani i ciągle jest pod górkę, dlatego dla własnego i mojego dobra trzymajcie się z dala od miłości - bo osobiście nie chce mi się ratować jakichś kurde zakochanych co skaczą z łóżka na łózko i ze niby się cieszą... albo przytulają się/całują i nie oddychają (bo że niby zapiera dech w piersiach) - i co potem ? ja muszę tych oślinieńców reanimować ! sami sobie róbcie usta usta brzydkiemu facetowi (bo oczywiście dziewczyny przy mnie nie mdleją ...).

Piosenka dnia :

Ksena Wojowniczka , Dziennik Superbohaterki 05.03.12 Poniedziałek

Dzisiejszego dnia nie wydarzyło mi się nic nadzwyczajnego. Od samego rana musiałam siedzieć w szkole i na dodatek mięliśmy sprawdzian z fizyki i kartkówkę z historii. Lecz po ostatnim obejrzeniu odcinka NCIS nęka mnie pytanie które zadał Tony DiNozzo a dokładniej dlaczego klej nie przykleja się do ścianek ( ten taki w płynie ) właśnie dlaczego i to mnie dręczy, może jakaś magia w tym jest hmm. I do tej chwili nie wiem dlaczego tak jest może ktoś podsunie mi odpowiedź? :) Po szkole spotkałam się z przyjaciółką i pogadałyśmy sobie ( ona oczywiście też nie znała odpowiedzi na to pytanie ). Nie wiem dla czego, ale dyrektor jednak przełożył nam rekolekcje na przyszły tydzień ( nie ładnie ) a my już byliśmy gotowi na ten tydzień ale cóż czasem się zdarza. Przynajmniej mamy rekolekcje bo w niektórych szkołach podobno nie mają no i dojdą do tego jeszcze próby przed wszystkim więc ten tydzień od lekcji i tak odpada :) na szczęście bo mięliśmy mieć jeszcze sprawdzian a angielskiego i wypracowanie z polskiego

Dobrze i tyle na dzisiaj papa :)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 4 marca 2012



Jaka to melodia? to jest taki teleturniej, że wszyscy oprócz widzów i zawodników śpiewają. Tylko że, w przeciwieństwie do takiego, jak to mawia mój tata, Mast de be miusik czy innych bijatyk na głosy, przeważnie nie mamy pojęcia, kto nam nuci, no chyba że gościnnie przyjedzie jakaś gwiazda i zaśpiewa. Tylko jakieś robertowe A teraz nam Paulinka zaśpiewa! czy A teraz utwór w wykonaniu Jacka przebiegnie nam czasem przez uszy, no ale generalnie to się zapomina i nie wie.
Do pewnego momentu jednak - może być oczywiście tak, jak to w moim przypadku do przewidzenia, że ktoś szczególnie przybije naszą uwagę i zapragniemy jego imię, nazwisko, wiek i numer buta poznać i zapamiętać nieuchronnie.
W moim przypadku padło na tego pana:


stąd

Jak dowiedziałam się skrajnie bezproblemowo, bo z artykułu na jego temat (!) z jakiegoś przypadkiego numeru Angory, ów pan nazywa się Grzegorz Wilk i ma bardzo bogatą karierę zawodową (z wykształcenia bodajże dentysta?), ale, co dla mnie ważniejsze, ma śliczne włosy, niesamowity głos i co najmniej taki uśmiech jak wyżej

A dzisiaj miałam z nim jeszcze większego farta niż zwykle, kiedy przejmuje jakąś piosenkę! Ostatnio mama wyłapała, że wespół z Rubikiem śpiewał jakąś WŁASNĄ piosenkę. Własną! On sobie tak normalnie pisze piosenki, jak Janowski!
I to jeszcze nic! Bo mama oprócz samego zjawiska wyłapała też, kiedy będzie powtarzane - tak, wypadło właśnie na dzisiaj - przyszłam i dowiedziałam się, że on sobie robi teraz tournée muzyczne z tymże Rubikiem O.o I to nie jakieś tam między Łodzią, Warszawą, a Kiszkami Dolnymi, ale, jak to sam pokazał gestykulacyjnie, przez ocean w te i z powrotem... WoW! Bo... nie no, nie żebym go jakoś nie chciała docenić czy coś, ale ja myślałam jeszcze przed dzisiaj włącznie, że on tylko śpiewa. Pięknie śpiewa, perfekcyjnie i tym swoim barwnym głosem śpiewa, tak, że miałam równie bananowy uśmiech, kiedy na niego dzisiaj patrzyłam, super wyciąga w tej swojej piosence Ty i Ja i pochwały zbiera od Janowskiego Roberta, że talent i że zazdrość, ale ja jednak myślałam...
Mam talent do niedoceniania ludzi. Ale jak on się ślicznie uśmiecha! On wtedy promienieje jak słońce!

Wyczynów superbohaterskich na dzisiaj brak (no, poza antymatematyczną uczennicą), co jednak nie przeszkodziło mi dokonać fascynujących odkryć przyczyniających się do rozwoju wiedzy o życiu na Ziemi:



Okazało się, że osadzona na dnie zaprezentowanych przeze mnie szklankek miękka substancja jest przykładem mikrohydrosfery stanowiącej optymalne środowisko dla wielu rzadko spotykanych żyjątek wodnych i wodnolądowych o nieprzeciętnych wymaganiach klimatycznoglebowych. Pyłkowata, lekko żelopodobna struktura umożliwia optymalny rozwój mikrostworzeń o tchawkowym szkielecie oraz większości znanych nam dzikożyjących bakterii. Łagodny przepływ tlenu oraz stosunkowo wysoka temperatura hydrosfery gwarantuje izolację od wyniszczającego mrozu, dlatego zamieszkujące go organizmy mogą rozszerzać okres wegetacyjny nawet do 365 dni w roku (nie licząc lat przestępnych).
No tak, ale jak już się zalało tę zupkę chińską, to pasowałoby ją jednak zjeść.


Poszukiwanie blogu adekwatnego do tematyki trwa. Nawet nie próbuję już liczyć, że Blogi.pl wróci do siebie, choć nie zmiennie próbuję, w końcu miło by było odzyskać z powrotem te pare linijek kodu HTML, które się tam wcisnęło (tutaj konkretnie tłumaczyłam). Jednak z drugiej strony znalezienie drugiego, który dawałby w pakiecie i ustawianie czasu posta i tworzenie podstron + jeśli łaska możliwość ustawienia hasła na bloga i brak reklam, okazało się być niewykonalne i gdyby jeeeeednak w koooońcu tamten bubel by się po miesiącu tygodniu na przykład uruchomił, to nie wiem, czy bym się nie złamała...
Kiedy znalazłam to, myślałam, że może przynajmniej wyniosę z tej niesamowitej wycieczki po najcudaczniejszych czeluściach Internetu jakąś wiedzę wyższą, ale nie - okazało się, że to chyba jednak tylko reklama innego serwisu (how did they do that..?), a nie instrukcja do Wrzuty. Nic nie rozumiem. Poza tym, że, jak mi radzi Super Informatyk, lepiej będzie jak sobie tego bloga jednak sama napiszę. Wtedy będę miała wszystko i jeszcze więcej (już raz coś podobnego dla Gazety Gryfińskiej* robiłam, to wiem).
Nom, nawet mam ochotę. Każdy uważny Czytelnik wie, że mam ochotę na wiele rzeczy. Tylko jakoś tak spać trzeba jeszcze.

Jejciu. Na naszym doctorowym forum kolejna fala Sherlocka, tym razem już w jawnej wersji Wiesz, że oglądasz za dużo Sherlocka, kiedy... Przypominam, że wciąż mówimy o bombkach choinkowych, znaczy: o forum Doctora Who! A tu wszędzie Sherlock i Sherlock. Strach lodówkę otwierać. A przecież jest dopiero marzec, do 22 grudnia jeszcze daleko!


Kroniki Kurczęce część XIX: Śniadanie obok łóżka
#1 #2 #3 #4 #5


Dzisiaj ciąg dalszy poszerzania, czy raczej poprawiania wiedzy muzycznej mojej mamy, która nie jest superbohaterką. Oglądamy sobie Jak to leciało? i do wyboru są Malcziki (a ja do tej chwili myślałam, że to jest nazwa zespołu tych od Dobry dzien, dobry dzien O.o) oraz właśnie Ławka autorstwa zespołu o jakże głupiej nazwie. Ja krzyczę: Ławka! Ławka! Weźcie ławkę!, a mama, że nie lubi, bo to smęty Xq No o Markowskiej mówi to samo. Proszę, oto jakie smęty:



Jak jej to puściłam, to się okazało, że słyszała kiedyś, ale pomyślała, że Stachurskiego :) A sam tytuł kojarzył się jej z filmem Ławeczka - czyli w zasadzie podobnie co u mnie, ale mnie dane było skonfrontować tytuł, treść i do tego nazwę zespołu już dawno.

____________________
* login redakcja, hasło admin123 jak by ktoś chciał. Nie, nic nie zepsujecie - w redakcji było takie zainteresowanie projektem, że po kwadransie od zaprezentowania i wyjaśnienia nikt już nie pamiętał adresu strony. Informatycy i superbohaterowie są tacy niekochani...


niedziela, 4 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 04.03.12 Niedziela

Typowa nudna niedziela, spałem do chyba 12:00, ktoś dzwonił ale nie pamiętam co się stało i kto dzwonił. W sumie cały dzień siedziałem w Centrum Dowodzenia i nie zrobiłem nic konstruktywnego ... Może zaprezentuje moją piosenkę (tylko się nie śmiać):

"Czerwona Czarodziejka"

sorceress, with red hair
sorceress, with red lips
sorceress, with red breasts
sorceress, with the red soul

when passing through the green forest
It appeared suddenly
already pulled out his wand and wanted
kill me, but she did not
why? No one knows
then disappeared in the sunshine

sorceress, with red hair
sorceress, with red lips
sorceress, with red breasts
sorceress, with the red soul

I was looking for her one hundred days and hundred nights
elven city searched for the smallest blade of
I found my red-haired elf who gave me life
yet it is a sorceress, she could cast a spell
I could fall in love, unhappy love
worse than death is

sorceress, with red hair
sorceress, with red lips
sorceress, with red breasts
sorceress, with the red soul

but it was perfect, unique
and in addition such ore ... so weird
I saw a few moments and I can not stop thinking about her
do not even know what it's called
no one has ever seen, nobody heard about it
what I am poor I do?

sorceress, with red hair
sorceress, with red lips
sorceress, with red breasts
sorceress, with the red soul

she took my heart, soul destroying
wandering and looking for something which is not
I'll give it a rest, but what a life
without love ... without love there is no happiness
if I can not be happy then what is its purpose?
Such a sad and cruel

sorceress, with red hair
sorceress, with red lips
sorceress, with red breasts
sorceress, with the red soul


Jak by ktoś chciał zanucić to to leci mniej więcej tak, tran tan pam pa ram pap pam pam

Na dobranoc coś co mnie totalnie zachwyciło :D niezwykle pomysłowe połączenie:

dobranoc :)

sobota, 3 marca 2012

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 3 marca 2012



Pochwalę się - tak jak planowałam, dopisałam coś wczoraj dla kolegi Capitano :) Trzy strony arialowo dziesiątkowym maczkiem.
Przejście w tryb pisz z trybu czytaj nie było jednak łatwe, kiedy znowu jakoś tak przypadkiem zdarzyło mi się kliknąć na temat McGanna na Whomanistyce (ah, te skróty w przeglądarkach!). Dagens wystawiła parę starych-nowych zdjęć i już po zetknięciu z pierwszym mój system natychmiastowo przeszedł w stan oglądaj, a potem przestał odpowiadać. Więcej o wrażeniach tutaj, w pierwszym poście, jednak nie odważyłam się tam zawracać koleżankom głowy o tym, że na tym zdjęciu facet szalenie przypomina niejakiego... Arseniego Toderasa. Tak, właśnie tamtego, od którego pożyczyłam sobie nazwisko.
I przypominałby moim zdaniem jeszcze bardziej, gdyby nie drobna różnica wieku, bo z równania dat wychodzi mi, że Paul był od 21-letniego Arsiego o jakieś sześć lat starszy.
A to ci fart...
Ale nos ma jednak inny.

No tak - 29 lutego za nami, a w telewizji i radiu jak sport był, tak jest nadal. Biegający/skaczący/pływający/kopiący piłki sportowcy to jednak nic. Im się wcale nie dziwię - wyuczyli się na konkretny zawód, mają pracę, sławę i fantastyczne pieniądze, że już nie wspomnę o tym, że ta "praca" to samo zdrowie. Ale niech mi ktoś powie, po co my - szarzy obywatele bez stabilnej pracy, perspektywy uczciwej emerytury (o której już raz wspominałam) i widoków na przyszłość, płaczący nad śmiesznymi politykami i parodią gospodarki - to oglądamy? Oglądamy, ba! cieszymi się tymi całymi mistrzostwami! Cieszymy się, kibicujemy, radośnie kupujemy biało-czerwone szaliki, by radośnie obserwować, jak cudownie zarabiający z naszych portfeli biegacze i piłkarze biegają po cenowo przesadzonym stadionie i wzruszamy się patriologią wspólnie z pseudokibicami okładającymi się butelkami po głowach.

Jejciu, to jest wręcz fantastyczne wyróżnienie od świata i niebios, że mój tata jest trzeźwo myślącym człowiekiem, który ani myśli na to wszystko patrzeć. Ostatnio jedynie głupawy chłopak mojej siostry, który ogląda, przełączył przy nim na jakieś zawody i tu padł jedynie rozczarowany komentarz taty, że teraz on hjuż naprawdę nie ma pojęcia, dlaczego tylu facetów to ogląda - jak już na ekranie biegają półnagie panie, a nie panowie, to za to zupełnie bez cycków.
I o czym tu rozmawiać?


Dzisiaj rano odebrałam interesujące zgłoszenie o "aniołkach biegających między Miodową a Wałbrzycha". Interesujące było to, że nie szło się dowiedzieć, czy mieliśmy do czynienia z objawieniem Najświętszej Panienki, entuzjastami Doctora Who czy może ruchomymi pozostałościami po czternastym lutego. Coś biegało i tyle, nie było wiadomo, co.
Poleciałam na miejsce wypadku i, z podświadomym oczekiwaniem, że stanie przede mną jakiś chór anielski, rozczarowana odkryłam, że pod wskazanym numerem jest tylko elegancko wyglądający apartamentowiec.
Domyślam się, że taki Supermen czy inny batman wróciłby w tej chwili do domu pierwszym lepszym tramwajem, żeby dalej robić to, co do nich należy, jak ganianie za ludźmi pingwinami, ludźmi kotami, ludźmi ośmiornicami i innymi fajnymi ludźmi. Ja jednak nie potrafiłam oprzeć się pokusie zajrzenia do środka. Nie chodziło co prawda o potencjał kryminalny takiej przypadłości, ale o to, że jako superbohaterka wychowana w nie-takich-znowu-wypasionych-warunkach (pamiętacie moje okno? :D ) nie miałam zbyt wielu okazji przebywania w takich ekskluzywnych miejscach (w końcu najgorsze szwarc charaktery mają wredny zwyczaj czynienia swoich podłych zbrodni z dala od fajnych miejscówek, niestety).
Już myślałam, że za chwilę ukażą się moim oczom czerwone dywany, ściany w kolorze fioletowego szeptu i wyczyszczone na błysk te... te... no... Mniejsza z tym, jak miało być, bo tak naprawdę nic nie było tak jak powinno - połowa mebli była powywracana, połowa z pozostałych tylko udawała, że stoi, ściany ufajdane jakimiś kolorowymi substancjami (czyżby piuree?) i kawałkiem boczku (ani one ani ten boczek na pewno nie miały odcieniu tamtego pseudofioletu), a podłoga wydawała się właśnie wracać z poprawin jakiejś ruskiej imprezy. A, i dywan! Był też dywan! Oczywiście, piękny, czerwony, tylko że zwisał z żyrandola. Nie no, w ten sposób cześciowo nawet spełniał swoją funkcję, bo żyrandol wcale nie zwisał, tylko jemu zwisało.
Bombastycznie myślę sobie. Przecież jak ja się przejdę po tych wszystkich okruszkach i kawałkach sera feta, to pobrudzę sobie buty :/
Po raz kolejny miałam zrobić odwrót - w końcu miały być aniołki, a ich nie ma, mieli być złoczyńcy, a też ich nie ma, miał być dywan, a... no tak, dywan niestety jest.
I wtedy zadzwonił telefon. Znaczy: ktoś zadzwonił do mnie przy pomocy telefonu - znane mi aparaty telefoniczne nie wykazywały się własną samoświadomością od kiedy dawno dawno temu przed pokojem mojej siostry stanęła ciężarówka z ośmioma tonami pizzy. W każdym razie, cokolwiek to było, odłożyłam na bok leżącą na nim skórkę od banana i odebrałam:
- Witajcie - powiedziała słuchawka. Pomyślałam, że to najwyraźniej jakiś baca czy coś, skoro używa takiej staromodnej formy grzecznościowej. Głos był tak głęboko basowy, że miałam wrażenie, że oto mówi do mnie mój laptop, odpadało więc, że mam przyjemność z kimś sprzed epoki.
- Dziendobry - powiedziałam odruchowo, nie pewna czy bardziej powinnam przekazać jakiś tajny kod czy może zapytać, jak cielęta się howają.
Tym bardziej, że coś pasującego do powyższego przebiegło mi właśnie po korytarzu.
- Moje drogie Aniołki, mam dla was kolejne zadanie - dudnił elektronicznie głos.
Aniołki! LoL! Otworzyłam oczy na baczność (nie wiem, czy wielu śmiertelników tak robi, ale ja wtedy właśnie tak zrobiłam).
Dopiero po paru sekundach mimochodem zaskoczyło we mnie, o co w takim razie chodziło z tymi biegającymi Aniołkami...
Przez chwilę miałam dylemat, czy uświadamiać Charliego, że jego dziewczęta biegają samopas po ulicy. On sobie jednak wcale nie przeszkadzał i kontynuował niczym antywirus nieprzerywający wyświetlania komunikatu w kulminacyjnym punkcie gry.
- Ta akcja wymagać będzie od was więcej niż kiedykolwiek sprytu i intelektu. Od tego, co za chwilę powiem, zależeć będą losy świata.
Przewróciłam oczami. Ostatnim razem, kiedy usłyszałam frazes do złudzenia przypominający ostatnie z powyższych zdań, pewien pan kazał mi wynieść śmieci, a kiedy zaprotestowałam, a potem chyba z kwadrans kłócił się, bo przecież efekt motyla jest.
- I na czym ta akcja będzie polegała? - Zapytałam wreszcie ni to zaciekawiona, ni to zniecierpliwiona zapominając zupełnie, że gość mógłby mnie poznać po głosie.
- Musicie odnaleźć... - Chciał zawiesić głos, żeby spowodować kulminacyjne napięcie, jednak najwyraźniej syntezatorowi głosu się nie chciało - mnie.
Zakaszlałam, żeby nie parsknąć śmiechem, ale i tak obudziłam jakąś żabę, która zarechotała dramatycznie.
- A jak pana znaleźć? - Powiedziałam teatralnie, bo chwilowo żaden inny poważnie brzmiący tryb nie chciał mi się włączyć.
- Specyfika tego zadania polega właśnie na tym, że nie mogę wam tego zdradzić - powiedział głos. - Ufam wam, moje Aniołki i wiem, że pomimo wskazówek...
W tej chwili przestałam słuchać, bo w oddalonym nieznacznie ode mnie wejściu do jakiegoś pokoju zobaczyłam przechodzącego tamtędy przygarbionego hippisa bez włosów i w samym ręczniku (skąd wiedziałam w takim razie, że to hippis? Nie wiem, ale jakoś tak ten kolorowy ręcznik z napisem Hippis zdawał się naprowadzać). Poza tym trzymał się za nos. I poza poza tym przy uchu trzymał komórkę i do niej nawijał.
- ...moja lokalizacja może być dowolna - mówił gość spacerując od do pomiędzy framugami. - Nie mam jednak wątpliwości, że uda się wam mnie namierzyć i uratujecie świat.


Fajnie. Serwis Blogi.pl nadal leży. Tym razem jednak udało mi się znaleźć coś w tym temacie na innym blogu:
Awaria serwisu blogi.pl
Czyli to nie pierwszy raz - jeszcze lepiej :/ Ja to mam szczęście - znajduję bloga z idealnym zestawem funkcji i możliwościami (dowolna liczba stron, dowolna konfiguracja wyglądu, posty o dowolnej dacie publikacji...), a on robi mi taki numer. Żadnych informacji, przekierowań...
Ale... jak się tak zastanowić, to ja faktycznie mam szczęście. Najwymierniej rzecz ujmując - szczęście w tym, że bez pośpiechu grymasiliśmy sobie z Capitano nad nazwą, od stycznia bodajże. A gdybyśmy się tak pośpieszyli? Powrzucałabym wszystko, poukładała, pokomentowała i nagle KOMPLETNY brak dostępu? Brr.

Tak więc, jak tylko wróciłam od Charliego, cały wieczór nic tak mnie nie ciągnęło, jak problem szukania sobie nowego serwera. Teraz wieczór, jak widać na załączonym obrazku, skończył się, a ja muszę przyznać, że jak na razie serwery blogowe wygrywają ze mną 30 : 5. Te 5 to wyzbierane sety od pojedynczych blogów, w których było parę rzeczy, które mi się podobały, a od których ostatecznie dostałam po głowie.
No cóż, w ostateczności weźmie się Blogownię i dorobi strony gdzie indziej. Hmm.

Poza tym z optymistyczniejszych zjawisk dnia jest jeszcze Super Informatyk starający się przejąć od Kitiny umiejętność świadomego snu. Wszystko dlatego, że po paru miesiącach wciąż nie może zapomnieć o niebezpiecznych misjach w kosmosie, lataniu po orbitalnych polskich drogach i podkładaniu bomb wespół z fretką w kombinezonie.

Kroniki Kurczęce część XVIII:
Od i do kąta

A teraz coś, co pewnie zaskoczy moich czytelników, a co mi się fajnie wrzeszczy na karaoke :)



Myth , Dziennik Superbohatera 03.03.12 Sobota

Łubu dubu Łubu dubu. Obudziłem się o 13:00 tzn wyrzucili mnie z łóżka ... dodałem wpis na fejzbuku, zjadłem obiad, obejrzałem film i się zrobiła 18:00, potem kolacja i nagle 20:00, oglądnąłem nowy Polski serial opierający się na przeżyciach komisarza i jego psa ... ogólnie produkcja nudna, przewidywalna i ze słabymi efektami specjalnymi. No to więc dlaczego oglądałem ? bo znając życie jego dziewczyną będzie rudowłosa podkomisarz... która mimo średniej gry aktorskiej mi się podobała - bo była ruda, w sumie tylko dlatego to oglądałem.

"Zupa z Laury"

Zaczeło się pod 21:00 niejaka Laura wezwała mnie na pomoc gdyż zaatakował ją klaun Krejzi Klałn ! taki jeden z klanu klaunów z Klanówkówka. Czym prędzej założyłem kostium i przy pomocy wysoce technologicznie zaawansowanego osobistego plecaka odrzutowego wysokiej mocy poleciałem na pomoc Laurze. Podczas lotu wpadłem w stado latających hipopotamów i uszkodziłem wysoce technologicznie zaawansowany osobisty plecak odrzutowy wysokiej mocy(znowu), i zniosło mnie trochę na lewo przy lądowaniu i skosiłem jej choinkę i uderzyłem w wiatę. Wiata trochę zawaliła, ale to nie moja wina to przez latające hipopotamy. No to więc otrzepałem się z resztek pierza po hipopotamach i chciałem wejść do domu w którym była przetrzymywana Laura, niestety drzwi był zamknięte. Ale jedno z okien było uchylone. Użyłem pistoletu z linką do wspinaczki (prezent od Batmana).

Po dwóch krokach linka pękła i spadłem na grabie... teraz boli mnie tam :( gdy leżałem z grabiami w tyłku sprawdziłem pistolet od Batmana, widniał na nim najpopularniejszy napisz w tym układzie planetarnym, a mianowicie "Made in China". Wstałem wyciągnąłem sobie grabie z ... miejsca gdzie się wbiły. Chwilkę mi zajęło wymyślenie sposobu na dostanie się do środka, ale wymyśliłem że zbuduję katapultę ! Tu przydały się części z troszkę zniszczonej wiaty. Gdy po 4 minutach katapulta była gotowa, wygodnie usiadłem i włączyłem mechanizm. Zapomniałem wycelować i przeleciałem obok domu, wyrzuciło mnie na sąsiednią posesje. Na szczęście sąsiad akurat przenosił trampolinę, w którą uderzyłem i która mnie wybiła w stronę domu Laury. Uderzyłem w ścianę z cegieł. Na szczęście cegły i glazura okazały się zbyt słabe na uderzającego w nie z pre kością dźwięku superbohatera.

Wylądowałem w centralnym punktu domu, moim oczom ukazał się wielki kociołek i klaun Krejzi Klałn który wrzucał warzywa do kociołka z wodą i śpiewał "Hej ho hej ho, zupa z Laury - nie pogardzą nawet dniozaury" i była też Laura, leżała na stole z jabłkiem w ustach i cała była posypana przyprawami. Więc sięgnąłem po broń i wystrzeliłem w stronę Krezi Klałna ale on niestety miał kuloodporne szelki(model z 2012 [przypomnę że moje tytanowo-laserowe kalesony {których nie miałem na sobie}są z roku 2011]. Postanowiłem wykorzystać trik Robina Hooda i odstrzelić w żyrandol ale nie trafiłem, tzn trafiłem ale w kociołek, kociołek się przewrócił i wylał na Krejzi Klałna. Nieśmieszny klaun został zneutralizowany a Laura przestała być przystawką.

No tak, pracowity dzień. Piosenka dnia :

Dobranoc :)

PS BARDZO WAŻNA WYPOWIEDŹ
Droga Agnieszko wybacz mi że nie dałem rady. Przepraszam :)

piątek, 2 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 02.03.12 Piątek

No tak jak pewne wielu nie mogło się doczekać dzisiejszego wpisu (a ja najbardziej bo nie mam pojęcia co napisać). Otóż od rana dostałem informację że ktoś planuje ukraść jeden z z lokali sieci makdonalds. Akurat Ciasteczkowa Eva miała czas więc dostałem się pod jej szkołę wraz ze znajomym, on pojechał do domu a ja wszedłem na teren szkoły Ciasteczkowej Evy, obawiałem się że mnie tam zamordują, wskrzeszą i zamordują raz jeszcze, była tam cała masa dziwnych ludzi i nie ludzi (kilku wyglądało jak płaszczki albo kaczeńce), było też kilka rudych dziewczyn i kolega z gimnazjum. Oglądałem sobie plakaty i nagle wyskoczyła ona - w takiej króóóuuuóóótkiej spódniczce ... piosenka opisująca stan sytuacji :

Zdekoncentrowała mnie tak że zapomniałem jak się nazywam, gdzie jestem, dlaczego chleb z masłem zawsze upada masłem do dołu i dlaczego wyginęły dinozaury(tak naprawdę to nie wyginęły zostały aktorami i grały w serii filmów "Park Jurajski" i zostały bogate, zrobiły sobie operacje plastyczne i teraz wyglądają jak aligatory). Gdy poszła się przebrać zdążyłem ochłonąć (nie prawda - nie ochłonąłem, miałem autostradę myśli wsadzoną do pralki i ustawioną na najwyższą temperaturę i podwójne wirowanie z dodatkowym płukaniem i z opcją łatwego prasowania). Wróciła i poszliśmy pilnować makdonalda, rozmowa się na początku nie za bardzo kleiła (coś w stylu kleju ośmiorniczka - niby coś przyklejonego trzymało się ale po chwili odpadało), pewnie dlatego że oparzyłem się w język wcześniej zamówioną kawą. Zacząłem się rozkręcać jakoś tak po momencie gdy dała mi Babeczki Mocy (było w nich coś dziwnego, powiedziała że to podobno śliwka), zdjęcie ostatniej babeczki tuż przed pochłonięciem po lewej.

Od tej pory konwersacja uległa zmianie, jakoś tak śmieszniej się zrobiło.
No więc terroryści nie zaatakowali (chyba że chodziło o babcię hakerkę półhipsterkę w konice z laptopem albo pana od wody lub też o niewidzialnych zabójców cesarza Jamesa Bonda {ani ja ani Ciasteczkowa Eva ich nie widzieliśmy}). Pilnowaliśmy prawie 4,5 h tego makdonalda i nic ... gdyby nie to że siedziałem tam z Ciasteczkową Evą, Babeczkami Mocy i żurawiami to bym uznał dzień za zmarnowany, ale było całkiem fajnie. Aha ! i jeszcze coś pogrzebałem i pojawiła się po prawej stronie wtyczka fjezbukowa do mojego konta więc w razie potrzeby interwencji/porady superbohatera proszę pisać tam lub tu w komentarzach.i oczywiście lajkujcie :)

piosenki dnia :

dobranoc C:

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 2 marca 2012



Ależ ten Myth ma szczęście! Takie epicko kocie superbohaterki udaje mu się ściągnąć na naszego bloga! Ja jedynie od czasu do czasu mogę napisać, co tam od czasu do czasu Super Informatyk zepsuł/naprawił/przeprogramował/przerobił na całkowicie permutacyjne. O, i mogę też wspomnieć o Nieposkromionej, która nabiera po troszku coraz więcej wiary w siebie i dzisiaj napisała do mnie już nie na PW, ale i na SMSa :) Ciekawi mnie, jak z jej wielkim nieśmiałym serduszkiem, o którym wspominałam tutaj. Wspomnę o tym następnym razem w mailu, bo to nie jest temat na PW.

Ale to nie dzisiaj. Bo dzisiaj, jak na normalnego blogera przystało, chciałabym napisać trochę mniej niż dwa ekrany (zwłaszcza że te ekrany i tak nie przebijają Mytha treścią), żeby móc spokojnie wziąść się za pisanie dla Capitano Senseschi. Pisanie czegoś co już zaczęłam :) I co po wnikliwej analizie planu tekstu nazwałam Znajomy nieznajomy. Analizie jednoosobowej (bo mi się nie chciało zawracać głowy koledze), ale myślę, że rozsądnej.
Tyle o sukcesach, jeśli chodzi o tytuł. Z treści też już coś mam, jednak jakoś tak mniej niż bym chciała - nie wiem, co mi się dzieje z czasem. Wczoraj napisałam tak z pół strony A4, dzisiaj jeszcze nic... Nie wiem, czy rodzice mający pretensje o ciągłe nicnierobienie na komputerze (tak, oni nie są superbohaterami) i Mythinki ganiające po domu i podkradające kiełbasę, są wystarczającym usprawiedliwieniem dla takiego stanu rzeczy, w każdym razie tej nocy mam zamiar sobie posiedzieć z tym do trzeciej i dokończyć, co trzeba. O.

A propos jeszcze naszego wspólnego pisania: nie wiem, co się dzieje, ale od paru dni blogi.pl nie odzywają się do mnie inaczej niż:
h6.pino.pl


Wy też to widzicie, jak klikacie w link do nich? Nawet w źródle strony nie ma nic innego! Nie wiem, co się stało, czy ich zhakowali czy robią jakiś remont czy co... Ale dlaczego właśnie teraz, jak już się zdecydowaliśmy na nazwę (wtedy :) ) i można by zaczynać coś wklejać i układać i tak dalej?
A to jak na złość jak mu teraz coś napiszę, to znowu będę musiała wrzucać gdzieś po kątach :/

Inną rzeczą, która mi dzisiaj nie wyszła jest ulubiony przeze mnie antywirus ClamAV Portable. Piszę nie wyszła dlatego, że okazała się być bardziej portable niż powinna i się gdzieś schowała i, jak już powiedziałam, z tego ukrycia wyjść nie chce. Rozważałam dokładnie... bb... trzy miejsca, no, w skrajnym przypadku pięć, na którą półkę mogłam go odłożyć, ale nie było go tam. Pendrive, Graciarnia na Pulpicie, mroczniejsza szuflada biurka, folder z programami na dysku przenośnym... Seryjnie nigdzie go nie ma! Wychodzi na to, że będę musiała ściągnąć jeden ze swoich ulubionych programów, których nigdy bym nie usunęła, jeszcze raz :( No cóż, podejmowałam się już różnych superbohaterskich wyzwań, ale ściąganie kilkudziesięciu MB na tej mojej imitacji Internetu zawsze uważałam za jedno z największych...

Wieceie, że mamy jeszcze jednego kota, nie licząc Kociej Rózi? Co prawda Drapek nie jest tak reprezenatywny, ale tym razem ułożył się w tak niepowtarzalny sposób, że musiałam zrobić mu zdjęcie:


A tamto brązowe wystające spod jego ogona obok nogi to jeden z Mythinków.

No właśnie. Ksenia, Myth, macie jakąś metodę, jak się ich wyzbyć? Może jest coś czego one nie lubią? Nie wiem - jednorożce, kapuśniak, tłok w tramwajach..?


stąd
Budowa tłoka.

Ojej, widzę, że oba Like już działają! A skoro nawet wersja Mytha zadziałała, to już wiem, dlaczego była taka rozwalona - bo zamiast uciąć ją do samego Lubię to! zrobił full wersję ze wszystkich Znajdziejami nas na FaceBooku, listami i innymi cudactwami.
No tak, "a" - jest super :D, ale co do czego wyszło na moje - w moim Tell me, do you like me? w chwili obecnej jest już 13 ulubień, a w okienku Mytha tylko 3 Pominę, że w tym dwa należą do niego samego ;]
No dooooobrze, masz tu klik od mojego kolegi, Phila Stellmica'a.


A teraz coś bardziej romantycznego - zdjęcie zachodzącego słońca bez trybu nocnego.



Twierdzę, iż ma coś w sobie, to wrzuciłam.

Kroniki Kurczęce część XVII:
Już prawie kury

A do pooglądania coś, z czego melodia mi się nadała i co w jakiś dziwny sposób wzrusza mnie:



P.S. A nie, jednak ClamAV nie ma aż kilkudziesięciu MB, zaledwie osiem :) Óóóó, jak ja lubię ósemki XD

Ksena Wojowniczka , Dziennik Superbohaterki 2.03.12 Piątek

Dzisiejszy ranek był okropny. Nie dość, że nie chciało mi się wstać (ale pomyślałam, że ten ostatni dzień jeszcze pójdę), to jeszcze musiałam biec do szkoły, aby się nie spóźnić (pobiłam własny rekord w dotarciu do szkoły - trwało to niecałe 6 min, a normalnie idę tak ponad 10 min). Pierwsze lekcje jakoś przeleciały, chociaż oczy mi się zamykały, później miałam wf, na którym nie ćwiczyłam z lenistwa. Po wf-ie było ogłoszenie wyników konkursu wcześniej przeze mnie wspomnianego (miałam 13 pkt, nie wiem, nawet skąd :)) i od razu kolejny etap, na którym nie poszło mi za dobrze, bo nie wiedziałam nawet, że odbędzie się dzisiaj. Dalsze lekcje były dla mnie wręcz torturami (a najbardziej niemiecki), ale najważniejsze, że przetrwałam.
Weekend!! Wreszcie :D

Moja radość z wolnego czasu nie trwała jednak długo, ponieważ przechadzając się po osiedlu coś zabrzęczało mi koło ucha i zobaczyłam, że to pszczoła (zdziwiłam się, bo pszczoła o tej porze roku?). Lecz pszczółka ta okazała się moja dawną znajomą Mają. Przyleciała do mnie po pomoc, ponieważ Gucio został porwany przez wnuczka Człowieka Owada (byłego superbohatera, obecnie emeryta). Otóż wnuczek ten myślał, że Gucio jest jego dalekim krewniakiem i nie chciał go wypuścić. Zareagowałam więc. Miałam zamiar porozmawiać z wnuczkiem Człowieka Owada, lecz postanowiłam zagadać do niego samego (w końcu kto jak nie dziadek może wpłynąć na wnuczka?). Człowiek Owad był już dość stary (czy, jak to się mówi, w podeszłym wieku) i ledwo dosłyszał, ale w końcu zrozumiał (po około godzinnej rozmowie, która normalnie potrwałaby 15 min) i wpłynął na swojego wnuczka tak, że ten wypuścił nieszczęsnego Gucia.
Po wszystkim Maja i Gucio podziękowali mi i odlecieli w siną dal.

Aha i zapomniałabym wam powiedzieć, że udało mi się poskromić Mythinki :) teraz traktują mnie jak królową i nawet posprzątały mi pokój :D
I jeszcze coś - to, co wam ostatnio wspomniałam o wyścigu skrzatów na jednorożcach, zostaje między nami superbohaterami, bo nie chcę przyczynić się do zakończenia ponad tysiącletniej tradycji tych wyścigów ;)

A oto i kilka kolejnych prac mojego wykonania.




Do następnego razu, papa :)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 1 marca 2012



Patrzcie, patrzcie na to!

Neutrina szybsze od światła? To wina kabla!

Jeszcze niedawno zastanawiałam się, co tam słychać u Włochów z CERN, a tu proszę! Sprawa rozwiązana! Kabel!


stąd

Żeby nie było - ja nigdy nie wątpiłam w nieomylność Einsteina
Choćby dlatego, że on sam nie miałby nic przeciwko obaleniu swojej teorii.


Wymyśliłam już, co mogę zrobić dla mojej niewylogowanej siostry, która nie jest superbohaterką, i jej FaceBooka (bodajże z tego dnia mi toto zostało). Otóż okazało się, że wiele stron oferuje bogate instrukcje na temat tego, dlaczego warto pozostawiać po sobie ekran logowania, kolejne kroki, jak do takiego stanu doprowadzić, a także czego należy się wystrzegać (np. czy zamknięcie przeglądarki wystarczy?). Za najciekawszy, choć niestety pozbawiony ilustracji i przykładów z życia poradnik uznałam:
Jak wylogować się z konta i dlaczego warto to robić? z centrum pomocy Interii.

Mam nadzieję, że na drugi raz da sobie radę. Wierzę w nią, w końcu ma już 20 lat


Wczoraj był ostatni dzień okazji, żeby się podjąć konkursu RedSky (o którym mówiłam tutaj), no a taką mam naturę, że skoro coś tam wiem o programowaniu, to nie mogę nie spróbować, zresztą inaczej nie byłabym sobą (i superbohaterką pewnie też nie). W skrócie takie konkursy polegają na tym, że dostajesz zadanie w stylu Masz daną liczbę a oraz liczbę b. Napisz program, który obliczy ich sumę. albo też Masz daną strukturę danych XML. Napisz program odczytujący listę poddrzew z elementu o nazwie abc i aktualizujący za jej pomocą stronę internetową znajdującą się na serwerze w Albuquerque. Generalnie: ciekawie, ale, hmm, dość duży rozstrzał możliwości, co trochę martwił.
Wybrałam C++, bo pośród tych wszystkich PHP i Pythonów lubię go i znam najbardziej, co jednak bynajmniej nie znaczyło, że umiem posługiwać się szablonami, zaprzyjaźnianiami i tymi... no... co kojarzyły mi się z rysowaniem... e... mapami bitowymi..?

Dobrze widać - trochę mało optymistycznie do tego podchodziłam. Zwłaszcza, że już wiedziałam od Super Informatyka, że po kliknięciu dostajemy jedną godzinę na dwa zadania. Całe pół godziny na jedno zadanie? Myślę sobie. To na pewno będzie jakiś beton dla kandydatów do pracy. W końcu RedSky nie zajmuje się rozwiązywaniem zadań dla szóstoklasisów.
Wreszcie wczoraj około 18 zdecydowałam się nacisnąć klamkę:


Tym czego nie wiedziałam, a czego dowiedziałam się dopiero wtedy, było to, że zadania nie są po polsku. Co prawda byłam tylko lekko zdziwiona, bo przy pewnej złożoności problemu (bardzo niskiej albo bardzo wysokiej) język autora i tak traci na znaczeniu, a nie był to przykładowo średniowieczny rosyjski, żebym nie znała. Odruchowo jednak zaczęłam bawić się guziczkiem do zmiany języka, który jednakże był o tyle ciekawy, że robił niewiele więcej niż zmiana napisów... na tym guziczku.
Kiedy jednak wreszcie zaczęłam czytać, ważniejsze okazało się słowo vector, które wskakiwało do akcji w kulminacyjnym punkcie zadania (napisałabym programu, jednak program, to dopiero miał być). No cóż... O wektorach wiedziałam więcej, jeśli chodzi o fizykę, a z fizyki przyznam się, że jestem noga :)
Wzruszyłam więc ramionami i poświęciłam dobre 45 minut na pogłębianie wiedzy z tej materii. A właściwie - po pierwszej minucie szukania wiedziałam już całkiem, co i jak mogę z nimi robić. Brakowało mi jeszcze pewnego oczywistego drobiazgu, na który poświęciłam pozostałe 44 minuty.

Poedukowałam się stąd (to było to pierwsze całkiem, jednak koleś sprytnie wymijał się z odpowiedzią na moje pytanie), stąd (rozwiązanie już nawet było, tylko że tematem tabu było najwyraźniej nazwanie rzeczy po imieniu) i wreszcie stąd (uwaga, DOC! :) ).

Tak więc około 15 minut przed zakończeniem miałam już jakąś wizję, a po kolejnych 8 minutach wyglądała ona tak. Jakoś to nawet wyglądało, więc pomyślałam, że sobie wcisnę weryfikowanie. Wynik: pierwsze testowe dobrze, dwa następne źle. No nawet się na żartach nie znają. Ale za to wiedziałam, jakie było pierwsze zadanie testowe - jak przystało na gentlemanów, na powitanie rzucają mi wektora bezelementowego. No dobrze, miło poznać :]

Wzruszyłam ramionami i poszłam zrobić sobie kanapkę pozostawiając komputer samemu sobie, żeby sobie spokojnie poodliczał, bo może stanie się coś ciekawego (ja generalnie bardzo lubię odliczanie), że może coś się stanie fajnego, fanfary będą czy efekty pirotechniczne jakieś. Posmarowałam sobie kromkę czymś tam, przychodzę... a to Mythinki ganiają mi po klawiaturze! Jeden ganiał nóżkami po wszystkich literkach, jeden przeglądał w ekranie, a dwa pozostałe siedziały na spacji i bujały się w te i we wte, znaczy: w górę i w dół. Odgoniłam jak najszybciej, one na mój widok zaczęły zaraz odskakiwać i kręcić się w kółko (w sumie nie wiem, jak miała przebiegać ucieczka według tej drugiej metody), pozeskakiwały na podłogę i zwiały do mysich dziur, których u mnie nie brakuje. Rzucam się do laptopa, żeby zobaczyć, co to za kocią poezję mi tam wydreptały, a tu patrzę - napis Zgłoszenie przyjęte! No to, myślę sobie, ładnie, będą mieli pod Czerwonym Niebem rozrywkę, że ktoś wysłał im program, który wykrywa tylko puste wektory :D
Ale wtedy patrzę, że ten kod co mi za chwilę wychylnął spod ikonki, był już trochę inny. Trochę inny i trochę bardziej działający. Dużo bardziej działający nawet (mam nadzieję, że pan Miodek tego nie czyta), bo wcisnęłam weryfikację i wszystkie trzy testy poszły, system był zachwycony i może nawet trochę przyspieszył. Przyjrzałam się - noooo, chyba że to tak. Ale jednak dziwne.

Popatrzyłam sobie jeszcze na drugie zadanie (całe 59 sekund XD):



I pomyślałam sobie, że jak jakimś cudem tamci wymyślą sobie, że tamto jedno zadanie im wystarczy, to ja na dalszą część konkursu zdecydowanie wysyłam Mythinki


Dawno, dawno temu Myth zapowiedział, że na naszym blogu będzie FaceBook, klikanie i wygody pierwsza klasa. No cóż, jak na razie mamy to, co widać, że nam po prawej wystaje oraz problem z wyczarowaniem, co to jest ID FaceBooka.


stąd

A, i chwilę wcześniej zdarzyło mi się odbyć ciekawą wymianę zdań na temat okienka, które nazwał roboczo a i którego najpierw nie było, a potem nagle było i ja nie wiedziałam, dlaczego, a Myth twierdzi, że wie, ale mówi, że było także wtedy, kiedy go nie było. No więc oto mój komentarz :)


Hmm... Tak powolutku zaczynam się zastanawiać, kiedy sie zajmę tym:
Potrzebna pomoc w organizacji stanowiska Doctor Who podczas "Pyrkonu 2012"
Bo bardzo bym chciała! Kto pomoże, jak nie my? :(

Kroniki Kurczęce część XVI:
Coś wisi w powietrzu

A na koniec coś, co lubię słuchać w pętli:



czwartek, 1 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 1.03.12 Czwartek

Mam talent pisarski ? ŁAŁ ! słyszałem o sobie różne komplementy takie jak np "jesteś niesamowicie seksowny - jak się zamknie oczy i wyobrazi Toma Cruisa" albo "powinieneś pracować w cyrku jako skakacz z dwudziestego piętra albo inny ujeżdżacz lwów - bo do wariatkowa to aż tak chorych nie przyjmują"... ale że mam talent to nigdy nie słyszałem :) aż mi się miło zrobiło, tak jak wtedy gdy Adam Małysz zdobył drugą Kryształową Kulę (prawdę mówiąc to ta Kryształowa Kula nie była tak do końca kulą i nie była też kryształowa - więc lipa... ale się liczy że wygrał, ale pojawia się pytanie dlaczego drugi raz ? bo widzieć jak niemcy przegrywają kolejny raz to coś wspaniałego).

Jak mi minął dzień ? no to tak od rana miałem dobry humor bo umiałem na poprawę sprawdzianu i Barona Zennonna, zaczęliśmy dwugodzinnym nicnierobieniem potem wf na którym nie ćwiczyłem bo mi się nie chciało. Następnie zbulwersowała mnie wiadomość że Barona Zennonna nie ma dziś w szkole i nici z poprawy ... w sumie to mi ulżyło bo sobie przynajmniej lepiej powtórzę (tak jasne ... będzie jak zwykle). Potem niezapowiedziana kartkóweczka z sieci, podsieci, podpod sieci, podpodpod sieci, nad sieci, nadnad sieci, obok sieci, w sieci, masek sieci, wąsów sieci, adresów ip, adresów abc, adresów cba i podstaw adresów z książki telefonicznej. Chciałem sobie zrobić przypinki z moim logiem ale facet w punkcie robienia tego czegoś był totalnym niewykształciuchem informatycznym i najpierw skanował mi pendriva przez 20 minut - pewnie myślał że znajdzie tam wirusy ... a potem mu się nie spodobały wymiary i powiedział że on nie da rady, to chciałem ja to zrobić ale mi kategorycznie zabronił, to sobie poszedłem. Na pocieszenie kupiłem sobie książkę "Star Wars: Darth Bane - Droga Zagłady".

Jejciu widzieliście co Ksena Wojowniczka widziała? Normalnie karła na jednorożcu ! skubany ukradł mój pomysł na biznes :(
Jak widzicie po prawej stronie wtyczka fb prawie działa (z naciskiem na "prawie").
A teraz uwaga uwaga ! w końcu dostałem zdjęcia od Elastycznej Kotki, przepraszam że tylko dwa ale cała reszta była troszkę "niegrzeczna" :D a że czytają nasz blog osoby niepełnoletnie to dałem te takie które się nadają :














































































Gdzieś tam jest jej ogon :D mi niestety nie udało się go znaleźć bo tak jakoś moje oczy się samonamierzały na co innego, na szczęście Elastyczna Kotka wysłała mi zdjęcie samego ogona i wiem że jest taki koci :D aż się chce zamrrrrrrrruczeć :D kiedyś nagram jej mruczenie to się wam pochwalę.

Piosenka dnia :

dobranoc :)

Aha i wiecie co jeszcze ? Właśnie dostałem wiadomość od Ciasteczkowej Evy że babeczki na jutro już są gotowe :DDD

Ksena Wojowniczka , Dziennik Superbohaterki 1.03.12 Czwartek

Próbna matura. Tak dzisiaj miałam próbna maturę i to z matematyki. Od samego rana (czyli od 7.00) pisaliśmy ją na dwóch godzinach lekcyjnych. Następnie miałam konkurs o statucie o którym wspomniałam wcześniej lecz okazało się, że nie był w grupach tylko każdy z osobna. Zdarza się, na dodatek jutro mają podać nam wyniki tego konkursu. Dzisiaj dalsze lekcje były dość luźne ponieważ na wf ćwiczyłam układ gimnastyczny do naszego szkolnego Mam Talent, który odbędzie się 21 marca w pierwszy dzień wiosny i dzień wagarowicza, a po wf-ie mięliśmy polski na którym poszliśmy na mecz siatkówki Budowlanka (moja szkoła) przeciwko Bałtów.
Po lekcjach miałam dodatkowe zajęcia z matematyki, ale takie specjalne ufundowane przez Unię (dostajemy tam jedzenie i napoje i nie wiem dla czego chłopaki na ich widok zachowują się jak Mythinki, gdy je karmię)

Dzisiaj nie wiele niesamowitych rzeczy mnie spotkało, jedynie zobaczyłam skrzata jadącego na jednorożcu (no, ale to nie dziwne w końcu dzisiaj mają wyścigi i każdy może obejrzeć sobie taką niesamowitą parę), a ja jak zwykle po takim wydarzeniu mam masę pracy bo muszę usunąć to wspomnienie ludziom, którzy ich widzieli moim supersonicznymprześwietlaczemmuzgowym ( tak wiem długa nazwa, dlatego nazywam go Móżdżek :) )

Po tym wszystkim muszę jeszcze załatwić parę spraw między innymi kupić karmę dla chomika (po lewej zdjęcie),posprzątać pokój i nauczyć się na jutro ( jakby na złość mamy trzy języki z jednym dniu a dokładniej: angielski zwykły, angielski zawodowy i niemiecki ), chociaż nie wiem czy wszystko mi się uda zrobić dzisiaj.


Ale tak to już chyba wszystko na dzisiaj. Do następnego razu papa :)






PS jeszcze piosenka, koleżanka z klasy prosiła no to ma :)