środa, 14 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera14.03.12 Środa

Dzień minął bardzo szybko. Szybka pobudka, 3 lekcje w szkole, powrót do domu, pobrałem sobie książkę o robieniu origami :D bardzo ciekawa, ale to nieważne. Dziś skupię się na moich fanach.
Od jakiegoś czasu dostaje rożne wiadomości, listy i prezenty o d moich kochanych fanów. dziś chciałbym je zaprezentować :

5) Jak widzicie, mam fanów którzy mnie kochają i na mnie liczą mam na całym świecie :) również w Emiratach Arabskich:












4) Prezent od jamnika Bogusława :
Jamnik Bogusław do tego niezwykłego prezentu dodał kartkę, której treść brzmiała tak:
Myth, chudzinko ty, chudniesz w oczach dlatego przesyłam najlepsze karmy psie abyś przybrał na wadze i miał siły do walki ze złem.







3) List od Pana Romana z Wągrowca :
Drogi Mythu, jestem Ci dozgonnie wdzięczny za uratowanie mojego ulubionego wazonu, jesteś wielki ! nie przejmuj się tym że żeby uratować mój wazon rozorałeś pole, zniszczyłeś traktor i uszkodziłeś dwa kombajny. Straty w wysokości 1 000 000 $ na które mnie naraziłeś, są niczym w porównaniu z tym jak wiele znaczył dla mnie ten niezwykle cenny i zabytkowy wazon z biedronki za 3,99 zl za sztukę. Jeszcze raz dziękuję ;)

2) Laurka zrobiona przez małego Stasia z Gżegżółek Dolnych:




















1) zwycięzca, mój najbardziej ulubiony wyraz ulubienia mnie przez moją ulubioną fankę:















Drogie Fanki, drodzy fanowie. Dziękuje wam ze ze mną jesteście :)

Kącik zrozumienia kobiet według Mistrza Yody:
Nie każda warta jest czasu aby poświęcać im, gdy lepsze inne są w pobliżu

Piosenka dnia :

dobranoc :)
Ps dobrze że jeszcze nikt się nie dowiedział o tym czego nikt nie wie :D

wtorek, 13 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera12.03.12 Poniedziałek i 13.03.12 Wtorek

Dwudniowy wpis, tak wiem że nigdy tego w sumie nie robiłem, codziennie był osobny ale od wczoraj pobierałem nauki u Mistrza Yody, uczył mnie kontaktów z kobietami. żeby dostać się na planetę musiałem pożyczyć Kseny Wojowniczki jej różowy stateczek, bo niestety mój wysoce technologicznie zaawansowany osobisty plecak odrzutowy wysokiej mocy nie pomieści tyle paliwa aby dotrzeć na planetę mistrza Yody(teoretycznie wystarczyło by żebym na początku nabierał ciągu a potem [jako że jestem w próżni] leciałbym sobie z tą prędkością [dlaczego tak nie zrobię? bo ja nie umiem za dobrze pilotować i i tak bym zużył całe paliwo na korygowanie kursu]). No więc dotarłem na tą jego planetę. Wychodzę z różowego statku Kseny Wojowniczki i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to napis na ziemi :
"Fear is the path to the dark side" - Strach jest ścieżką na ciemną stronę














idąc dalej zobaczyłem jakby lepiankę wbudowaną w stary konar drzewa. Usłyszałem dziwne dźwięki, więc podbiegłem i zobaczyłem co się stało, moje oczy ujrzały małego, zielonego, starego i pomarszczonego stworka w otoczeniu 5 kobiet :
















Stworek zauważył mnie czającego się za krzakami, podszedł i powiedział :
- szukasz kogoś ty ?
- Witam, szukam wielkiego wojownika o imieniu Yoda - odpowiedziałem
- Oh, Wielkiego wojownika, hmm? Wojna nikogo nie czyni wielkim. - spojrzał takim dziwnym wzrokiem i podszedł bliżej.
- Wiesz gdzie znajdę Mistrza Yodę ?
- Yoda ja to.
- No ale przecież ty jesteś taki mały ...
- Rozmiar nie ma znaczenia. Czy mnie oceniasz po rozmiarze? - rozmiar nie ma znaczenia ? Chciałbym w to wierzyć :D
- Nie ! wybacz mi Mistrzu, przybyłem aby prosić o to abyś nauczył mnie jak postępować z kobietami. czy nauczysz mnie ? - zapytałem z nadzieją.
- Zaiste wyczuwam w tobie moc, a moim sprzymierzeńcem jest Moc i potężnym sprzymierzeńcem ona jest...

Mistrz Yoda odszedł od kobiet, kazał mi iść za nim. Poszliśmy do medytatorium (miejsce [w tym przypadku polana] służące do medytacji), usiedliśmy i Mistrz Yoda przemówił :
- Strach to ciemna strony Mocy. Strach wiedzie do gniewu, gniew do nienawiści, nienawiść prowadzi do cierpienia. Czuje w Tobie wielki strach. Boisz ty kobiet się.
- Ano troszkę ...
- Musisz poczuć otaczającą cię Moc. Kobiety w obsłudze proste są.
- Tak ale obawiam się że stracę kogoś.
- Raduj się tymi wokół ciebie, którzy przekształcają się w Moc. Nie opłakuj ich, nie tęsknij za nimi. Przywiązanie prowadzi do zazdrości. Cieniem chciwości jest ono. Pamiętaj, siła Jedi pochodzi od Mocy. Ale strzeż się. Gniew, lęk, agresja. Ciemną stroną one są. Raz zejdziesz na mroczną ścieżkę, na zawsze zawładnie ona twoim przeznaczeniem.
- Dobrze spróbuje
- Nie próbuj, rób albo nie rób, nie ma próbowania !!!!!!!!!!!!!!!!! Wykres Ci ja narysuje :















Siedzieliśmy na tych twardych kamieniach aż nie porobiły mi się odciski, Yoda wyjawił mi wszystkie tajemnice obcowania z kobietami, gdy odchodziłem zobaczył statek Kseny Wojowniczki i mnie wyśmiał i powiedział że się nie dziwi jak bujam się pedalskim autem. gdy wsiadałem powiedział :
- Pamiętaj czego się nauczyłeś. Ocalić cię to może! Aby dotrzeć do celu, prostą ścieżką nie pójdziesz.

a gdy mu pomachałem i odlatywałem mamrotał coś pod nosem:
- Mglista przyszłość jest tego chłopca.


A więc wróciłem do domu, napisałem wpis i postanowiłem codziennie wyjawiać jeden z sekretwó mistrza Yody, Będzie się to nazywało "Kącik zrozumienia kobiet według Mistrza Yody" mam nadzieję że się spodoba :)


Kącik zrozumienia kobiet według Mistrza Yody
Kobietą ufać możesz nie bo kłamią, oszukują i manipulują. Im nie wierzyć musisz.

Piosenka dnia :

Dobranoc.

Ps. Planuję w najbliższym czasie niezaplanowaną eskapadę do Szczecina o której nikt nie wie.

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 13 marca 2012



No. Wygląda na to, że tworzenie prezentacji na Pyrkon ma nawet jakieś tempo. Przede wszystkim dobrze zrobiłam, że podzieliłam to sobie na część komputerową i niekomputerową - dużo lepiej wymyśla mi się tekst, kiedy nie świeci na mnie ten ekran (tak, może to być główna przyczyna mizerii na tym blogu, choć nie wiem, jakie usprawiedliwiania ma Myth). Tak więc część papierowa jest częściowo, ale za to od razu z wizją wykonania (animacja tekstu, obrazki...) gratis. Więc, jeśli dobrze pójdzie, może nawet jutro zabiorę się za część komputerową. Nie no, co ja gadam. Pewnie jutro dodziubię do końca pisanie, ale przyjmując po mojemu, że jutro skończy się około 3:00 nad ranem i znowu nie będę pamiętać, jak się nazywam. Co jednakże w przypadku superbohaterów bywa przydatne :p

Z rzeczy bardziej wymiernych - wczoraj, jak niektórzy zauważyli, był teatr. I to, w przeciwieństwie do wielu ostatnich wybryków, nawet udany. Co prawda w stylu molierowsko-fredrowskim, a zwłaszcza podobnie do Moralności pani Dulskiej (yyy... sprawdziłam - tego nie napisał ani Molier, ani Fredro, ale jakoś tak...), czyli trochę pójście na łatwiznę, bo takie rzeczy, żeby śmiać się z cudzej hipokryzji i dwulicowości były oryginalne najpóźniej pięćdziesiąt lat temu, ale jednak... Tak moim zdaniem powinien wyglądać teatr - wszystko przejaskrawione, żeby można było się pouśmiechać, jakie to pustaki potrafią być z innych ludzi, a do tego wystylizowane na jakieś okolice środka XX wieku, żeby można było sobie popodziwiać tę zwyczają elegancję i te ah i oh wielkich domów ze służbą.
Bo tych dzisiejszych "teatrów nowoczesnych", że ludzie w byle jakich ciuchach latają (oni sobie mogą uważać, że w codziennych :/ ) i wrzeszczą z perorowaniem na przemian zamiast normalnie z komediowym wystylizowaniem mówić pięknie, to ja nie pojmuję. Że naturalność, że szczerość "do bólu, że "prawdziwe życie". Nie pojmuję i nie cierpię. Dobrze, że jak na razie Teatr Telewizji tego unika i mam nadzieję, że dłużej niż "na razie".

Czyli było zabawnie i krzywy uśmieszek ani mnie, ani mojemu tacie, który nie jest superbohaterem, z twarzy nie schodził. Jeśli jeszcze komuś mało zamocnych komedii to na Jedynce było Szklanką po łapkach :] Co prawda też jedynie na uśmiech, bo wiadomo, setki razy film powtarzany, a nowych dzieł z udziałem Leslie Nielsena i jego zazowskiej brygady już nie będzie, ale jednak rodzice wciąż i wciąż nie mogą się powstrzymać. I ja też nie :p
Jeszcze mało? No to Tabaluga znowu był

Nie mówiąc nic nikomu od czasów ocieplenia się klimatu nad moim podwórkiem prowadzę obserwacje jeziora. Nie ma co, obiekt zachowuje się dziwnie:




Szkoda, że nie ma tego kluczowego zdjęcia z lutego na marzec. Ale i tak nie ma wątpliwości. Rzecz jasna, problem jest z kamieniami - z każdym dniem zaczynają coraz bardziej wystawać.
Trzeba będzie przyjrzeć się bliżej tej sprawie.


Leciało akurat w radiu, więc pomyślałam, że wrzucę sobie pierwszą piosenkę, jaka mi się w życiu podobała :p
(Nie mylić z pierwszą polską, czyli z ladypunkowym Zawsze tam gdzie ty, o którym wynurzałam się tutaj.)



Przy okazji, wyszukując sobie piosenkę, wypatrzyłam po prawej stronie zakładkę z ogłoszeniami parafialnymi, że Wrzuta tworzy nową siebie i jeśli ktoś ma sugestie, uwagi albo inne problemy, to może się wypowiedzieć.
No to szykuje się dłuższy referat...

Ksena Wojowniczka , Dziennik Superbohaterki 13.03.12 Wtorek

Wreszcie ostatni dzień chodzenia do szkoły w tym tygodniu ( bo od jutra mam rekolekcje i tylko godzinkę w kościele posiedzimy :P ). Hmm a co do odpowiedzi udzielonej mi to i tak się zastanawiam bo mi się nigdy tak nie przydarzyło, aby klej przykleił się do butelki albo nawet tubki. Ostatnio rzadko się odzywałam ponieważ mięliśmy pełno sprawdzianów w zeszłym tygodniu , beznadzieja, kto wymyślił takie coś jak sprawdziany? No nic nie znajdziemy teraz winnego.

Co do tego co działo się dzisiaj to nic ciekawego w szkole obijałam się prawie cały czas bo nauczyciele poprawiali półrocze uczniom co mięli jedynki na śródrocze, a na informatyce geodezyjnej rozmawiałam sobie z Mythem :). Czy u was w miastach też mówią o jakimś konkursie w którym trzeba robić coś na giełdzie? U mnie takie coś mówiła nauczycielka i chcemy z koleżankami z klasy ( nie są superbohaterkami ) utworzyć grupę do tego konkursu tylko czy coś z tego wyjdzie to nie wiadomo.

Po lekcjach powłóczyłam się po mieście i połaziłam po sklepach ( kupiłam sobie taką fajną króciutką spódniczkę na szelkach :) kiedyś może pokaże :D ) po drodze spotkałam Fineasza i Ferba i pytali mnie czy nie widziałam przypadkiem Pepe ponieważ znowu im zaginął. Podpowiedziałam im, aby poczekali i dziobak sam się znajdzie jak zawsze z resztą.

Po powrocie do domu miałam już przygotowany obiadek przez moją mamę która nie jest superbohaterką ( biały barszczyk :D ), później zaczęłam robić projekt na geodezję mam go oddać za dwa tygodnie, ale wcześniej dam do sprawdzenia, aby mieć wyższą ocenę :). Dalej spotkałam moją przyjaciółkę i okazało się, że na serio się zakochała :P zawsze umiem to rozpoznać u niej po rozmowie z nią siadłam przed komputer w mojej bazie zwanej moim pokojem
I chyba tyle na dzisiaj papa :)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 12 marca 2012



Ale ten Myth lubi fantazjować! Znowu się zdrzemnął przed informatyką siadnąwszy na wtyczkę USB. USB, jak się właśnie zainteresowałam, jest to po angielsku Universal Serial Bus, pozwolę sobie więc przetłumaczyć, że Myth usiadł na popularny serialowy autobus.

Ksena Wojowniczka pytała nas niegdyś (naszą superbohaterską dwójkę + Czytelników), jak to jest z klejem, że nie przykleja się do butelki klejąc się do wszystkiego. Tak więc odpowiadam:
Jak to się nie klei - trzeba było widzieć tubkę mojej Kropelki.

Tak się składa, że substancja zawarta w środku klei się w zasadzie wyłącznie do butelki/tubki + moich palców. Bieżąca metoda dostania się do środka zależy właśnie od tego, do którego elementu przykleiła się najbardziej.
W imieniu chwilowo przygniecionej ratowaniem świata Kseni dziękuję za nadesłane odpowiedzi. Worek kartofli i zapas skarpetek na sto lat rozlosujemy w najbliższym czasie.

Odkryłam, że na forum vampirciowym trwa casting na mężów i żony. Oczywiście, ponieważ jest to forum fanfikowo pisarskie, na mężów i żony będących postaciami z opowiadań, seriali, filmów i tak dalej. Co nie znaczyło jednak, że sprawa została uznana za błachą i nie wartą rozmysłu.
Najpoważniej sprawę potraktowała Natka, która do swatania zatrudnia postaci z własnych fanfików:
Natka: Na koniec pragnę poinformować, że już wiem, kto którą kandydaturę wysunął... A także kto jak głosował, mendy...
Heth: Tak, a co mi jeszcze zrobisz?
Natka: ...
Heth: Brak pomysłów?
Natka: Nie zniżę się do Twojego poziomu.
Heth: Musiałabyś najpierw się podnieść.
Natka: Jak widać moje postaci naprawdę mnie kochają :/

Zabawne, ale... Pomimo, że fantazjowanie na temat tego, kto mi się podoba, kto jest w moim type, a na kogo przyjemnie mi się patrzy, jest od kilku lat jednym z moich ulubionych zajęć w wolnych chwilach (przykładowo podczas zwisania ze poduszkowca przemusającego klejnoty do Abu Dhabi albo też czajenia się na szczycie wieżowca na jakiegoś Dżokera czy innego oktobusa), to jednak w kategoriach, że tak nazwę, stałego zamążpójścia nigdy nie brałam tego pod uwagę. Ba! Nawet w pewnym sensie wskazane było nie zastanawiać się, czy byłabym się tej osobie podobała, bo bym się pewnie nie podobała albo podobać przestała szybko przy dalszym poznaniu, a jak wiadomo małżeństwo, czy jakikolwiek inny związek to sprawa dwustronna. I, śmiesznie, po raz pierwszy zastanowiłam się nad tym dopiero teraz.
Przebiegłam więc myślą wszystkie książki, filmy, seriale i bajki, jakie lubię, czy przynajmniej znam i... Nie powiem, ale moja lista była bez porównania krótsza niż u forumowych koleżanek czy kolegów. Po pierwsze z przykrością odnotowałam, że chyba ponad połowę fajnych gości musiałam odrzucić za samo to, że... nie jest postaciami fikcyjnymi ;) Dalej lwia część kandydatów odpadła za inną stronę swojej natury, która już aż tak mi nie pasowała. U 90% pozostałych nie miałabym szans, ale przyjąwszy, że bym miała, to tak jakoś nie bardzo wierzyłabym, że by to na dłuższą metę przeszło. Ostatecznie spasowała mi tylko jedna jedyna osoba. O której, żeby było śmieszniej, jeszcze nigdy nie przytrafiło mi się tutaj wspominać w takim kontekście. A tymczasem lubię go, a jak - szczery, spokojny, ofiarny, zawsze pogodny i dowcipny, wygadany, a jednak nieśmiały, pewny siebie, ale nie kłótliwy, po cichu szalenie inteligentny, ale nie przemądrzały. I jeszcze do tego taki przystojny!
I ma imię, którego nie cierpi, brzmiące całkiem jak część obróconej o dziewięćdziesiąt stopni funkcji trygonometrycznej
Jak ktoś ma ochotę się dowiedzieć, to niech zajrzy na kolejną stronę tamtego tematu ;) Podpowiem, że jestem pierwszą osobą, która odezwała się w nim od 2011 roku.

Akurat dzisiaj jakoś tak rozmowa samoczynnie zeszła na temat tego pana (a właściwie na temat pana go grającego, ale to już blisko), więc powiedziałam mamie o moim pomyśle. Ale jej się podobało XD Od razu zrobiło jej się wesoło, ale później, kiedy temat już się prawie zmienił spoważniała nieco i zapytała, czemu nawet nie wspomniałam o "którymś" Doctorze. Pomijając, że on za stary byłby dla ciebie - 900 lat to już nie byłaby nawet różnica pokoleń, tylko wieków! W tym właśnie rzecz, że ja podeszłam do tej, jak to mawia Vampircia, rozkminy bardzo poważnie, więc odpowiedziałam na razie w skrócie tylko To trochę bardziej skomplikowane.
Oczywiście figę mnie i ją obchodziło, że rozmawiamy o przybyszu z innej planety - oprócz niego przez głowę przebiegł mi jeszcze Ford Prefekt i Phil Stellmice. Generalnie nie mam nic przeciwko. Nawet jest w kosmitach coś fajnego, choć bywają dziwni, jak choćby dwa powyższe przypadki ;D Z Doctorem jest trochę gorzej.

Na szczęście na tamtym forum też nie ma osób tak lekkomyślnych, żeby powiedzieć, że mogłyby z tym Władcą Czasu stworzyć sensowny związek. Parę razy padło parę dwuznacznych sugestii dotyczących (nieznoszonego przeze mnie) Jacka Harknessa z tego samego serialu, ale w zasadzie tyle. W takim razie na szczęście wszyscy rozumieją, że jak się sobie szuka kogoś do pary, to trzeba nie tylko brać sobie kogoś, z kim się będzie coś działo, będzie kolorowo i zabawnie, ale też kto będzie miał tyle zmartwień, ile zdoła się udźwignąć na swojej głowie. Doctor ma ich nieszczęśliwie wyjątkowo dużo. Doctor czasami robi wrażenie Ziemianina, który chciałby zostać na tej planecie, ba - z tymi ludźmi i w tym czasie, ale... nie wychodzi mu to, wymyka się przemijaniu jak na złość. Patrzy tylko jak kolejni ludzie odchodzą zmieniając się we wspomnienia, niekiedy próbuje do niech wracać, ale przecież i tak zawsze tylko na chwilę. Do tego nadbiegają nowe zdarzenia, które czasami uda się pozytywnie odkręcić, a czasem nie, nowi ludzie, którzy również odejdą i z miejsca wiadomo, że niczego nie można zatrzymać. Śmiesznie - zatrzymać zarówno w sensie spowolnić, jak i zachować dla siebie.
Można pomyśleć (o tej lekkomyślności właśnie mówię), że przecież to nic takiego, można bawić się bez przejmowania się czymkolwiek. Ma się zdumiewającą wiedzę o wszystkim, maszynę czasu i tłumy nieznajomych, na których robi się wrażenie samym pojawieniem się.
No tak, może, ale przez 900 lat?

Moja mama tego właśnie o Doctorze nie wiedziała. W zasadzie widziała go najwięcej w odcinku Robot w komicznobeztroskiej wersji z szalikiem. Musiałam więc przypomnieć o tych 900 latach, o których jakimś sposobem pamiętała i dodać, że ktoś kto żyje tak długo, musi mieć już cały bagaż nazbieranych wspomnień, siłą rzeczy nie tylko miłych. On oczywiście rzadko o tym wspomina - najłatwiej jest nie mówić o sobie, tylko uśmiechać do wszystkiego, ale kiedy już czasami przypadkiem zdarzy mu się spojrzeć do własnego wnętrza, to potrafi kilka minut stać załamany, jakby miał się już nigdy więcej nie uśmiechnąć.
Nawet jak na superbohaterkę spotkało mnie wyjątkowo mało złych rzeczy. Zbyt mało, żebym z kimś takim jak Doctor potrafiła rozmawiać.
I pewnie gdyby NAPRAWDĘ trafiła mi się kiedyś okazja spotkania go, to raczej nie miałabym odwagi nawet do niego podejść, o odzywaniu się nie wspominając.

Zastanawiałam się chwilę nad piosenką i to było pierwsza sensowniejsza rzecz, co mi przyszło do głowy w związku z powyższym tematem.
No, może nie sensowniejsza, ale jednak ciekawa i jedna z moich ulubionych.
Tylko że niestety muszę ostrzec - ten teledysk nie jest normalny. Serio. Aczkolwiek piosenka jest super, więc jeśli ktoś jest słabo uodporniony na dziwactwa (a dajmy na to przypadkowo zabłądził i nigdy dotychczas nie był na tym blogu), to lepiej niech po prostu włączy i nie patrzy :D



poniedziałek, 12 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 11.03.12 Niedziela

No co by tu dużo opowiadać ... wstałem o 14:00 obejrzałem film, o 17:00 pogadałem z Renią, później miałem super tajne wezwanie od niejakiego Morfełusza i Neło, podobno jakiś szalony Konstruktor skonstruował maszynę do konstruowania koszmarów. Jako że oni nie potrafili sobie poradzić z Konstruktorem to wezwali mnie najlepszego superbohatera w Polsce (Astrogirl to najlepsza superbohaterka), myślałem że zabiorą mnie na super zarombiaszczy okręt i tam podłączą masą kabli do super mega komputera ...

"Sen Konstruktora"
okazało się że zamiast przylecieć potężnym "Młotem Tora" podjechali różowiutkim garbusem z napisem "Młoteczek Torka", kazali mi usiąść na siedzeniu dla pasażera, wyciągnęli laptopa i kabel usb. Morfełusz wystawił dłonie, na jednej miał czerwoną tabletkę a w drugiej niebieską, powiedział że czerwona to znieczulenie miejscowe i będę pamiętał co się stało z wtyczką a jak wezmę niebieską to zapomnę co się stanie z wtyczką. Zdziwiony zapytałem "a co się stanie z wtyczką ?" odpowiedź Neło brzmiała "trzeba Ci ją wsadzić w dupę. Nie martw się jest sterylna, nie licząc tego że Tritinity z niego korzystała.", już miałem się wycofać ale obaj zrobili oczy jak kot ze shreka i zjadłem czerwoną. Natychmiast zasnąłem.

Obudziłem się i okazało się że na łące przed moim blokiem ktoś zbudował więzienie.
Więzienie miało bardzo grube mury, zasieki, i bardzo wysokie wieżyczki z uzbrojonymi strażnikami którzy mieli 3 oczu . Poczułem uderzenie w głowę i trafiłem do tego więzienia. Dowiedziałem się od współwięźniów (byli to inni superbohaterowie) że to więzienie ma dziwną funkcję... potrafili utrzymywać człowieka przy życiu przez wieczność (klatka czasowa), jako że zabrano mi cały sprzęt to nie mogłem wyjść z tego więzienia, ale i tak musiałem rozwiązać zagadkę... Najtrudniejszą zagadkę, jaka kiedykolwiek istniała. I tak mijały dni, tygodnie, miesiące, lata, stulecia...

Aż pewnego dnia gdy przechadzałem się po dziedzińcu i gładziłem moją brodę zobaczyłem w bramie Wodza i Łukasza SZ (moich dwóch dawnych wrogów których pokonałem i umieściłem w więzieniu - ale teraz to ja siedziałem w więzieniu a oni byli na wolności !). I wtedy mnie olśniło, wskoczyłem na budynek, później na następny i następny, odbiłem się od trampoliny (kto normalny zostawia trampolinę na dachu?) wchodziłem coraz wyżej i wyżej aż do najwyższej wieży. Strażnicy z 3 oczu strzelali do mnie, zranili mnie i spadłem. Na jeden z niższych budynków. Budynek ten był bardzo blisko muru, więc rozpędziłem się i skoczyłem !
Udało mi się ! tzn prawie, bo lądowanie było trochę ostre bo upadłem na jeża. Nie wiedziałem że ma tak ostre kolce. Ale podniosłem się i ujrzałem coś czego nigdy nie chciał bym zobaczyć ...


Zobaczyłem świat... świat, który był szary smutny i ponury. Nigdzie nie było ludzi zwierząt, roślin anie KFC, lecz na tym tragicznym całym świecie była tylko jedna kolorowa rzecz -Tęcza, która była nad moim blokiem, pobiegłem do domu. Mój dom był taki jak teraz nic się nie zmienił, tylko że był taki szary i smutny, wszystko było identycznie (tzn. tak mi się wydawało) oprócz koperty, która leżała w pokoju gościnnym, to że była przywalona stertą truskawek to inna historia. Otworzyłem ją i tam był list nie wiele z niego pamiętam, ale na końcu było cosw stylu "rozwiązałeś zagadkę! Pokonałeś mnie". Ale się nie budziłem.

Rozejrzałem się wokoło i usiadłem w fotelu , chwyciłem się za głowę i zastanawiałem się, co ja teraz zrobię. Nagle na liście pojawiło się "PS włóż mnie do tęczy baranie!” - Wcześniej tego nie zauważyłem, nie zauważyłem też że tęcza kończyła się na moim balkonie, otwarłem drzwi balkonowe, wyszedłem na balkon, dotknąłem listem do tęczy i on nagle zaczął się dematerializować. Pomyślałem, „co mi szkodzi... najwyżej urwie mi rękę albo inną ważniejszą część ciała " Włożyłem rękę do tęczy i czułem jak mnie wciąga ! ale się nie zdematerializowałem tylko zacząłem lecieć. Nagle usłyszałem głos, który powiedział "Rozwiązanie zagadki zajęło Ci 6000 lat - jesteś kiepski".

I nagle świat zaczął nabierać barw! Czas jakby się cofał a ja cały czas leciałem(dziwne, nawet z moim wysoce technologicznie zaawansowanym osobistym plecakiem odrzutowym wysokiej mocy latanie nie było takie fajne), w pewnym momencie poczułem, że to już ten moment i wyskoczyłem z tęczy, spadałem, ale tak powoli jak na spadochronie leciałem w stronę domu kolegi. Odepchnąłem się nogami od jego płotu i dalej szybowałem, widziałem kumpla jak stoi w ogródku z grabiami (ksywka "skoczek"[nie, nie chodzi o to że jest podobny do skoczka/linoskoczka/drewnoskoczka/dywanoskoczka/innego skaczącego czegoś]) uśmiechnąłem się do niego i pokiwałem a on mi pomachał i leciałem dalej. Wszytko było takie bardzo spokojne i nagle jebs ! upadłem i skręciłem kark! Obudziłem się z powrotem w różowym garbusie, z kablem usb w tyłku. A Morfełusz i Neło całowali się na tylnym siedzeniu. Więc wyszedłem i im nie przeszkadzałem.

Piosenka dnia :


dobranoc:)

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 11 marca 2012



Kitina zameldowała mi dzisiaj, że widziała Desmonda. Tego, co obwieszcza, że komuś coś tam się znowu stało in BydgAszcz. Ja sobie pomyślałam najpierw, że jej celem było powiadomienie mnie (na wypadek, gdybym sama nie widziała), że ów pan właśnie wrócił do ramówki reklamowej, a więc tymczasowo nie ma zamiaru z niej schodzić. Tak dla mojego dobra psychicznego (?).
Dopiero po jakimś czasie zaskoczyłam, że głupia jestem, bo Kitina nie korzysta z telewizora, za to... mieszka w Bydgoszczy.

Kolejna informacja, tym razem od Super Informatyka - dzisiaj Dzień Przytulania. Przekazuję więc w jego imieniu wszystkim:
while (1) {
do ;
}

Poza tym ów kolega pochwalił się, że dzisiaj u niego na rynku w Goleniowie jakiś koleś w złotej zbroi bardzo tanio sprzedawał melony.
Kurce, ja miałam nadzieję, że on to do jakichś niecnych, nawet nie mieszczących się w moim pojęciu celów, te melony skombinował, a on je poleciał sprzedać na pierwszym lepszym bazarze. To jak on sobie wyobraża to swoje panowanie nad światem? Ma zamiar naruszyć równowagę ekonomiczną krajów cywilizowanych (?) przez manipulację cen owoców egzotycznych?

Ostatnio był w telewizji, bodajże na moim ulubionym i wiecznie zaskakującym Pulsie, Wiedźmin. Słynne polskie sapkowskie fantazy, więc, pomimo że nie szaleję za fantazy, ucieszyłam się, że będę mogła zobaczyć i ocenić. Jednakże mama, która nie jest superbohaterką, ostrzegła mnie, że lepiej nie. I to tak konkretnie z grubej rury, że zupełnie jak ta Stara baśń i że w ogóle dialogi niedobre i brak akcji jest, przyjęłam więc przed telewizorem nieufną pozycję "ostrożną". Nie tylko w stosunku do ów audycji jednakże, ale i do mamy, ponieważ wspominałam ostatnio o jej niefarcie do nazywania wszystkiego smętem.

Ale - niestety. Okazało się, że mama miała słuszność - jedno z najbardziej znanych czy może nawet zaryzykuję i powiem: największych polskich fantazy okazało się smętem. Stara baśń? Ba! Ekranizacja Samotności w sieci - oto odpowiednie porównanie (biedny Wiśniewski...). I to od pierwszej minuty. Tutaj ktoś spaceruje, tutaj szepce, tutaj ktoś na koniu odjeżdża... Tylko że jest w tym wszystkim coś, co zrozumieć ciężko - jak taka parodia terminu akcja może się obracać w tak cudownie dopracowanej scenerii, od której oczy mi błyszczały? Miałam wrażenie, że ktoś na światowym poziomie skonwertował literki na obraz - te stroje! Ta barwa, te guziczki, wzory! I fryzury! Że już o zamkach oraz ich wnętrzach niczym żywcem wyjętym ze średniowiecza i lasach, które aż rozsadzają składową zielonego w RGB telewizora, nie wspomnę. Tylko że na tle tego mamy ludzi, którzy sami nie wiedzą, co robią, którzy coś tam burczą, ale bez wyrazu i zaraz się rozjeżdżają... Ludzie! Przecież jakby tym tam aktorom dać do czytania choćby dialogi z Mody na sukces, to by się można było zakochać!

Jak na to patrzyłam, to od razu przypomniał mi się Władca Pierścienia (I, II i III) - to wręcz niesamowite. Ta sama szczegółowość, nastrój, jakość wszystkiego. Wydaje się, że jak już się dokona takiego cudu, to potem tylko machnąć coś do czytania i jazda. A tu nie... Bo pieniądze, czas i dokładność to jedno, a pojęcie o tym, co się robi, do czego się dąży i jakich środków należy użyć, żeby to osiągnąć, to co innego. Paradoksalnie odwzorowanie wizji, która jest w książce nie wymaga zbyt wielkiej wyobraźni, w każdym razie nie takiej, która potrzebna jest tam do tego, żeby umieć się nią posługiwać. Nie wiedzieć czemu, Amerykanie i cała reszta świata* jakimś sposobem ogarniają, że nie wystarczy, żeby film wyglądał, a naszym rodakom ta teoria jest zupełnie obca. Generalnie - im większy budżet, tym gorszy film, bo przecież jak już się wynajmie do zdjęć drogi apartament albo odstrzeli zamek, to fabuła sama się zrobi.

Wielu początkującym pisarzom czy niekiedy amatorom obrazu opowiadam, że wszystko co robią, ma znaczenie. Nie wystarczy opisać kolejno i szczegółowo, co się wydarzyło, ująć w kadrze jak najwięcej, żeby wizja płaczącego dziecka wzruszyła odbiorcę, a relacja z randki zaciekawiła. Zależnie od doboru słów, "jaśniejszych" i "ciemniejszych" określeń, rodzaju ujęcia czy długości zdań możemy każdą sytuację zinterpretować inaczej, wywołać śmiech, strach, kpinę, czy co tam jeszcze chcemy, zależnie, jaką wymowę uzyska nasz tekstu lub zdjęcie. Nie jest tak, że liczy się tylko to, co pokażemy dosłownie - trzeba nauczyć się wyłapywać, co takiego nasze dzieło mówi także "tylnymi drzwiami". Czy akcja aby na pewno biegnie szybko czy może z jakiegoś powodu sprawia wrażenie spokojnego skupienia? Czy ta fotografia/opis faktycznie oddaje wdzięk danej osoby lub może jedynie jakąś niezamierzoną pustą wyniosłość?
Można wzruszyć i zainteresować choćby i puszką melasy stojącą na stole, jeśli się wie, co i jak trzeba robić, żeby manipulować odczuciami czytelnika/widza. To jest niemal jak praca iluzjonisty, więc nie można tego olewać.

Ale dlaczego powinnam to tłumaczyć też scenarzystom, którzy biorą za to pieniądze?

W każdym razie te wszystkie marudzące przemyślenia od razu przyciągnęły mi na myśl opowiadanie Zamieniła mnie w kamień, którego nową lepszą wersję/interpretację postanowiłam stworzyć dla Niessamowitego Profesora. Ów Pan marzy, żeby pisać romanse dla kobiet, jednak pomimo posiadania pomysłów, setek doświadczeń życiowych, a także żony brakuje mu właśnie tego elementu interpretacyjnego. Nie wie, co pisać, żeby napisać, jak oddziaływuje na czytelnika to, co jest napisane. Każdą informację uważa za równie ważną, do tego często przy przyznawaniu priorytetów ponosi go miłość do gadżetów elektroniki...
Wysłałam mu jednak wreszcie swoją wersję - kilkustronicową opowieść o nietypowej propozycji, którą otrzymał pewien pan od pewnej pani, a która polegała na pozowaniu do antycznego posągu greckiego biegacza. Nagiego, jak to w Starożytnej Grecji.
Chyba ze cztery dni mi to zajęło. I po namyśle postanowiłam się podzielić z Wami oboma opowiadaniami.

Ja wiem, różnica przyprawia o zdecydowany uśmiech na twarzy, co nie znaczy, że wolno się śmiać. Jak ktoś chce się śmiać, niech najpierw napisze coś takiego sam To jest jedynie wersja porównawcza dla zainteresowanych, żadnego śmiania się z pana Profesora.

Hmm...



Kiedy tak ostatnio patrzę na ten obrazek, to myślę sobie, że mam coś z Ace z tym Niessamowitym Profesorem.
Ale po co mam się rozpraszać, niech będzie profesor XD

No. A teraz w nagrodę mam zamiar sobie obejrzeć The Visitation. Bo mnie Capitano Senseschi nakręcił na Piątego i mi się należy :)



____________________
*Warto dodać, że jeśli chodzi o sensowność Władcy Pierścienia, to odpowiada za nią gość, który nigdy wcześniej takiej góry pieniędzy na oczy nie widział. Wcześniej zajmował się tylko banalnymi horrorami kręconymi przy pomocy kilku kolegów i jednej kamery, co jak dla mnie wszystko wyjaśnia, bo straszenie zielonym jogurtem i wypiekanymi maskami to zupełnie inna skala problemu

niedziela, 11 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 10.03.12 Sobota

Miałem niespotykanie ciężki poranek, niby obudziłem się o 6:00 ale przeleżałem do 11:00. Później świętowałem dzień mężczyzny :D:D:D:D:D:D:D:D (w sumie mógłbym złożyć życzenia żę wszystkiego najlepszego itd ale prawdę mówiąc jestem egoistą i to ja chcę najlepszą dziewczynę we wszechświecie która będize fantastycznie bombastyczna i najlepsze Ferrari wraz z najlepszą benzyną oraz najlepszy breloczek do najlepszych kluczyków do mojego najlepszego Ferrari z najlepszą benzyną).

"Wiosna, ach to ty!"

A teraz trochę o moich zwierzątkach: Po 3 miesiącach zmieniłem wodę bambusowi. Dawno nie wspominałem o Burku :D otóż Burek troszkę urósł, ma jakieś 15 m, miejscami wydziela się z niego ogień, zieje ogniem, lata szybko niczym błyskawica i nauczył się wstrzymać pierdzenie(ale nadal pierdzi). Zorganizowałem sobie uprzęż ognioodporną i nauczyłem się na nim latać :D
tzn tak troszeczkę wydaje mi się (w sumie już prawie umiem nim skręcać bez uderzania o coś).
Zrobiliśmy sobie próbny lot, i lecimy lecimy, wlatujemy w chmury i lecimy aż tu nagle BĘC !!!

Okazało się że uderzyliśmy w wielki latający lodowy zamek. Bramy się otworzyły, wchodzimy do środka to nie dość że zimno to ciemno. Było całe mnóstwo lodowych posągów i kolumn, przechadzaliśmy się przez dobra kilka minut aż w końcu dotarliśmy do głównej sali, oświetlonej przez kryształy. W samym jej centrum stał wielki lodowy tron a na nim siedziała smutna dziewczyna ubrana na całkowicie biało w białych włosach. podszedłem wraz z Burkiem do niej, ona z zaciekawieniem popatrzyła, powiedziałem grzecznie z delikatnym ukłonem :
- Dzień dobry, jestem Myth a to Burek
- dobrý den (dzień dobry)- odpowiedziała
- kim pani jest ?
-
Jsem Sněhová královna a někteří volají mi zima (jestem Królową Śniegu a niektórzy mówią na mnie Zima)
- Miło mi Panią Królową poznać, ale tak właściwie to co Pani tu robi ?
- Sedím na trůn idiot (siedzę na tronie idioto)
- aha, no tak. a nie powinna Pani królowa już być kawałek dalej bo w Polsce powinna już być Wiosna ?
- Ano, mám, ale iontové motory se porouchal a quartz'm přilepená (tak, powinnam ale silniki jonowo-kwarcowe się zepsuły i utknęłam)
- oh ależ niech Pani Królowa się nie martwi, ja jestem superbohaterem ratowanie kobiet w tarapatach to moje hobby, zaraz biorę się do roboty.
- chůze se dostanete dolů (chodź zaprowadzę Cię na dół)

Poszliśmy na dół do maszynowni, a tam ogromne silniki jonowo kwarcowe stały i ani drgnęły, próbowaliśmy z Burkiem wszystkiego, walenia młotkiem, siekierą, gaśnicą (nie wiem po co komu gaśnica w lodowym zamku gdzie wszystko jest z lodu i nic nie może się zapalić), nawet próbowaliśmy hakować system ale to i tak nic nie pomogło, już mieliśmy wracać na górę ale coś mnie podkusiło i nadusiłem przycisk "rozruch w przypadku nie działania silników". Nagle usłyszałem takie brzdęk ! i z jakiejś dziury w ścianie wyszedł mały eskimos i nakrzyczał na mnie :
-
hloupá hloupá! Proč s ním pohrát? (głupi głupku ! dlaczego przy tym majstrujesz ?)
a potem podszedł do silników cośtam porobił i wrócił do dziury. Silniki działały, zamek zaczął lecieć.

Wróciliśmy z Buriem na górę, Królowa Śniegu była niezmiernie zadowolona, zaproponowała że zrobi mi loda ... No to ja wziąłem kawowego a Burkowi z pieprzem (bo jako smok ognisty lubi ostre rzeczy typu papryka, chilli, keczup pikantny, igły i pinezki). Tak oto przyczyniliśmy się do odejścia zimy :) teraz nadchodzi upragniona wiosna ... Ja wróciłem do domu a co z Burkiem ? Niestety nie mogę go już trzymać domu więc przetransportowałem go do rodziny mieszkających pod Łodzią (i teraz im tam pierdzi :D).


Piosenka dnia :

DOBRANOC :D

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 10 marca 2012



Z licznych nielicznych źródeł dochodzą do mnie wieści, że był dzisiaj Dzień Faceta. Niezła sprawa z tym świętem - nikt nie wie, kiedy tak naprawdę jest, więc chłopcy po cichu obchodzą je sobie parenaście razy w roku :D No cóż, któregoś dnia musiało się tak zdarzyć, że pobijecie nas, dziewczęta, naszą własną bronią i jak my się domagamy kwiatków na rocznicę trochę częściej niż zwykle (Co? Znowu zapomniałeś???), to Wy macie radochę z Dnia Faceta.
W każdym razie - każdemu, który uważa, że ów dzień przypada właśnie DZISIAJ i się w związku z tym poczuwa: WSZYSTKIEGO NAJLEPSIEJSZEGO ;p

No, wreszcie się coś dzieje! W sobotę rano dźwięk refrenu Voodoo Child zespołu Rogue Traders zwala mnie z łóżka - zdecydowanie coś się święci. Jak okazało się po odebraniu słuchawki, w mieście pojawił się niejaki Złoty Rycerz (do bani nazwa, w ogóle niemelodyjna), który grasuje po naszym miejskim rynku.
Pięć minut i byłam.


stąd

Jak ustaliłam naocznie na miejscu koleś faktycznie był zrobiony na złoto, wiecie - złoty hełm, złota zbroja, złoty miecz, złote zęby, złote rękawice, złote oczy (wszystkie trzy)...


stąd
Inny koleś zrobiony na złoto.

Co robił? Hmm, no... Straszył ludzi przede wszystkim i rzucał owocami, z naciskiem na melony (nie wiem, może nie lubił; być może gdybym ja była złym łotrem, a nie superbohaterką, to rzucałabym w przechodniów grejfrutami). A, zapomniałabym: kazał też oczywiście przekazać, że chce rządzić światem. Mógł tego nie dodawać, byłby orginalniejszy i bardziej przekonujący.

stąd stąd
Grejfrut przed i po rzuceniu go o ścianę.

Nie podobało mi się, że Złociutki miał miecz i tak sobie nim całkiem sprawnie machał - ja nie posiadałam i nie nosiłam nigdy żadnego orędzia... tfu, oręża, znaczy się i to się nagle okazało być moją słabością. Bo dotychczas to była zaleta, jak nie musiałam sobie niczym takim zawracać głowy, tylko po prostu machnęłam prawym czy lewym sierpowym i już było po sprawie. Ale tak na mieczyk? Też by pasowało mieć jakikolwiek. Taki Myth dajmy na to, to może i latać nie potrafi, ale jak już wyciągnie swoje hipertytanowe kalesony albo jakąś bazookę zamocną albo inne odrzutowo zaawansowane cudo, to nikt mu nie podskoczy. Ja mam jeszcze kopniaka w serwisie, tyle że tym razem noga kategorycznie za krótka, no a w każdym razie zapowiadało się, że jeśli nią machnę nie tak jak trzeba, to się zrobi jeszcze krótsza.

Ja tak sobie dywagowałam, a gość wciąż machał. Jak ten Bruce Lee czy inny zorro dumny z tego, że obie ręce ma prawe.
Trzeba było coś wymyślić.
Po spytaniu przygodnej staruszki, czy nie ma czasami jakiegoś podręcznego miecza i uzyskaniu odpowiedzi przeczącej (aczkolwiek pani posiadała wiagrę i była gotowa pożyczyć; jak spojrzałam na tego Złotego Rycerza, to powiem Wam, że nawet mogłabym mu zanieść kilka), przeszłam do planu B. Tj. skoczyłam do pierwszego lepszego owocowego i zakupiłam 100 kilo kokosów.


stąd
Jedna z pierwszych rzeczy, która wyskoczyła w Google po wpisaniu frazy 100 kilo kokosów.

Jak widać na załączonym obrazku, fortel się udał - nikt nie był w stanie przewidzieć działań superbohaterki, która kupuje w owocowym 100 kilo kokosów. Nie wiem, co na to Czytelnik, ale jeśli zdołał przewidzieć, że będę zamierzała nimi rzucać (żeby nie powiedzieć trafiać) w delikwenta, to zalecam zgłosić się do MENSA (albo do lekarza).
W każdym razie: przystąpiłam do akcji - zasięgnęłam parę owoców orzechopochodnych i rozpoczęłam regularny ostrzał.
Nie ma co, Rycerz był zdziwiony moją akcją i najwyraźniej zły tym, że zdecydował się czekać. Teraz czymprędzej poderwał się, zrobił parę piruetów czy jakichś ósemek w powietrzu (nie, zaraz - ósemki to robią samoloty? no nie ważne) i próbował mnie zdecydowanie dziabnąć, ale się oczywiście zdążyłam odsunąć. Miecz wbił mu się w stos marchwi, więc miałam chwilę, żeby skryć się za czającą się niedaleko dynią, jednak tylko chwilę, bo się zaraz wyszarpnął i zaczął znowu się zamachiwać na mnie. Zrobiłam jeszcze ze dwa uniki wpadając w ogórki i odrzucając pomidorem, Złoty Rycerz natomiast uchylił się i poderwał mieczem kilkanaście śliwek! Już myślałam, że mnie znokautują, kiedy chwyciłam dwie sałaty i zaczęłam nimi blokować ostrzał. Rycerz był wręcz oniemiały - widać, że nie spodziewał się takiej zawziętej przeciwniczki po jakiejś ubranej na różowo lasce (tak, tak, zawsze dają się zmylić) i, po chwili namysłu i mierzenia swoich sił, schował miecz i skupiając fale swojego umysłu w bardzo ostentacyjny sposób (wiecie, niemalże takie Omm... Omm...) uniósł leżącego nieopodal arbuza. Ludzie krzyknęli, ja też - lewitujący arbuz! No naprawdę, szkoda, że nie miałam wtedy komórki, ale zapewniam Was - to chwilami było lepsze niż sam Desmond!


Ogólny zarys lewitującego arbuza.

No centralnie! I to jeszcze nie koniec. Bo podczas gdy ja się tak patrzyłam na tego arbuza i się dziwiłam, że co ten Złociutki taki ograniczony, że zamiast np. unieść i rzucić od razu mnie, skoro ma taką fajną moc, on się bawi arbuzami, i wszyscy zakupowicze się spoglądali, to... Złoty Rycerz tymczasem capnął na barki 6 skrzynek melonów i dwa kilo jonatanów i odleciał! I tyle go widzieli, już nie wrócił! A było tak fajnie. Wreszcie można się było z kimś pobawić mieczami, a tu masz :r
Czyżbym go za bardzo stłukła?
W dodatku, ja nawet nie zauważyłam, kiedy on się oddalił. Zorientowałam się, że coś jest nie tak dopiero wtedy, kiedy ten lewilujący arbuz spadł mi na głowę (znaczy: on już nie był lewitujący w chwili spadania, ale niestety nadal był arbuzem).

Podsumowując: nie odwracajcie się, nie mrugajcie i strzeżcie się lewitujących arbuzów.


Ale ale - to jeszcze nie jest koniec wrażeń na dzisiaj. Bo niedługo po tym, jak wróciłam do domu (i otrząsnęłam się z arbuza*), mama, która nie jest superbohaterką, zawołała mnie do pomocy przy kurczaczkach. Dokładniej: przy ich wynoszeniu. Bo oto moi drodzi - stało sie. Czas zakończyć cykl Kronik Kurczęcych na odcinku XXIV. Nasze ptasie maleństwa urosły, do tego mama uznała, że warunki na zewnątrz są w miarę komfortowe i miałam zaszczyt własnoręcznie pomagać wynosić je na zewnątrz. Najpierw kurczaczki zostały wpakowane tymczasowo do (niestety niedostatecznie komfortowej) plastikowej skrzynki w celach transportowych:



Oczywiście mimo swojej dorosłości są jeszcze za małe, żeby puścić je samopas na dwór, o czym najwyraźniej nie wiedziały kury wielce zniesmaczone tym, że jakieś podlotki mają przejąć ich kwaterę pod folią, gdzie dotychczas całymi dniami urządzały sobie babskie wieczorki przy kawie:


Wejście pod folię i kilka niepocieszonych kokoszek.


Bezpośredni widok przez wizjer.

Wręcz przeciwnego zdania były maluchy, kiedy już opuściły skrzynkę:




:)

Dla Czytelników spragnionych małych zwierzątek na dwóch nóżkach mam tu na pocieszenie kilka słodkich kaczuszek:



Wkleiłabym jeszcze Kocią Rózię (Kocia Dama jak wiadomo jest dobra na wszystko), niestety dzisiaj chyba w ogóle do domu nie zajrzała :(


Piosenkę, którą na dzisiaj wybieram, usłyszałam, oczywiście przypadkiem, jakoś po południu w radiowej Trójce. Jak powiedział pan redaktor, podobno jedna z najsurrealistyczniejszych piosenek tego zespołu.
(Teledysk jest w ciemno, bo Wrzuta znowu nie domogła.)



(Zaczynam powoli lubić tych Duran Duran.)

P.S. A, i jeszcze! RedHatMeg nabawiła się zabawnego zwyczaju informowania mnie natychmiast na PW w razie pojawienia się nowego jej opowiadania :) W takim razie - ja linkuję dalej.
____________________
*ale z traumy po nim się nie otrząsnęłam - jestem przekonana, że do końca życia będę wrzeszczeć na widok lewitującego arbuza :/

sobota, 10 marca 2012

Myth , Dziennik Superbohatera 09.03.12 Piątek

No tak, rozbłyski słoneczne ! rozbłyski na słońcu ! fale wyrzucanej w kosmos plazmy i promieniowania ! albo samej plazmy albo samego promieniowania albo samych lizaków! Od samego rana miałem problemy z działaniem sprzętu, nic nie chciało nic ze mną współpracować.

Gdy się obudziłem okazało że telefon mi się zepsuł(znowu ! a mówili że jest niezniszczalny), drapaczka się zepsuła i musiałem drapać się ręcznie, moja turbowinda też się zepsuła i musiałem iść schodami. Automatyczna otwieraczka do drzwi też się zepsuła więc musiałem sam otworzyć drzwi. W autobusie musiałem słuchać Justina Bibera bo mój "przełącznik stacji radiowych w autobusie" odmówił posłuszeństwa. W szkole od samego rana musiałem pisać biznesplan który koledzy zaczęli dwa tygodnie temu a ja nie bo mi się nie chciało, i dziś musiałem oddać. Komputer nie był skory do współpracy więc zmarnowałem 5 h na napisanie 8 linijek tekstu. Potem miałem sprawdzian z matematyki...

No kalkulator działał, no prawie bo za każdym razem gdy miał wyświetlić wynik działania wyświetlał "błuahaha zepsułem się cieniasie :p", więc byłem zadany wyłącznie na swoje umiejętności. Spotkałem na przystanku Patrycję (nie pamiętam czy o niej wspominałem [to jest ta jedna z tych bogów olimpijskich co to wymyślili olimpiadę]), a potem wróciłem do domu i znowu to samo ! nic nie działało ani otwieraczka, ani winda, ani drapaczka... A musiałem jeszcze dokończyć ten głupi biznesplan. Najbardziej ubolewam nad tą drapaczką ... moja drapaczka :( moja drapańciunia, czym ja się teraz będę drapał ...

Komentarz Elastycznej kotki gdy opowiadałem jej o zepsuciu mojego niezniszczalnego telefonu :
zniszczyć niezniszczalny telefon to jak zniszczyć krakowksą kartę miejską (ponoć niewykonalne a jednak)
- dodam że jej kolega włożył do portfela i wyciągnął połamaną :)

W końcu napisałem ten biznesplan ! 7 stron ! i już miałem dosyć... wszystkiego i denerwuje wszystkich, nawet podejrzewam że dlatego idę spać.
Piosenka dnia (napisana specjalnie na moją cześć) :


Dobranoc >.<

piątek, 9 marca 2012

AstroGirl, Dzienniki Superbohaterki 9 marca 2012



No aż wyjęłam mój stary notatnikopamiętnik, żeby sprawdzić, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym, z czego melodia mi się nadała. Wydawało mi się, że 2006, ale nie, nie - wtedy prowadziłam sobie już inny rodzaj pamiętnika/zbioru felietonów zwanego Zszytem. A przed Zszytem był rok 2003 i jego początek. Tak więc dowiedziałam się - jednozdaniowe notatki z czasów, kiedy miałam 14 lat:

4 lutego wtorek (ferie)
Wow! Ta bajka o czarownikach jest naprawdę super!
5 lutego środa (ferie)
Znowu ją trafiłam, ale tylko końcówkę...
6 lutego czwartek (ferie)
Więc to na co się spóźniłam, nazywa się Wunschpunsch? Ładnie!


Bardzo ładnie ;) I tęskni mi się za tą bajką do dzisiaj. Para czarodziejów, którzy niczym Pinky i Mózg chcą opanować świat i którzy nie mogą sobie dać radę z... własnymi pupilkami. Kot Maurycy i Kruk Jakub zawsze wymyślali koncertowo jak wszystko naprawić i cofnąć i byli normalnie jak Tango i Cash mojego dzieciństwa. Szkoda, że gościli w nim tak krótko, bo pomimo że po feriach nie miałam ochoty zrezygnować z nich towarzystwa i kazałam rodzicom nagrywać, to TVN mnie wykiwał i sam szybko zdjął audycję. Eh.



A przy okazji... przeleciałam sobie z grubsza ten stary notatnik. W zasadzie jakoś tak źle mi się zapamiętał i w przeciewieństwie do późniejszego Zszytu, który prowadzę nadal, nie zaglądałam do niego od czasu tego 2003 czy początków 2004. No tak, postanowiłam sobie, że będę do niego coś dopisywać codziennie, kategorycznie codziennie i musiałam się do tego przymuszać. Dlatego szybko go zakończyłam obiecując sobie mgliście, że więcej nie będę sobie kazała niczego robić codziennie! No cóż - czasy się trochę zmieniły ;) Przede wszystkim doszła mi wiedza, jak wiele z tego, co się robi, zależy od tego, z kim się to robi i w jakim towarzystwie.

Szybko go zakończyłam - wiecie, kiedy? Tak sprawdziłam z ciekawości i zbaraniałam - po ośmiu miesiącach! Od 3 lutego do 8 października! Seryjnie! Osiem miesięcy! To dla mnie było krótko! Jak ja czasami się natykam na to moje dawniejsze postrzeganie czasu, to opadam na podłogę...

Co jeszcze ciekawego było w tamtym starym notatniku, który nawet nie miał nazwy? Otóż... nie znajdziecie w nim ani jednej emotikonki. W 2003 ludzkość nie znała jeszcze emotikonek i, jeśli dobrze szacuję, w mojej klasie, tj. wtedy w drugiej gimnazjum, telefon komórkowy miał tylko niejaki Damian superbohatersko zwany Padalcem. Bo lubił szpanować. Potem komórka trafiła się też niejakiej Aśce, która była bardziej nadziana niż statystyczny Polak, no a potem...
Wracając do emotikonek: nie wiem, po co w ogóle zagadnęłam o komórkach, skoro tak naprawdę uśmieszki powszechnie dzisiaj w nich używane i z nimi kojarzone, weszły w obieg, przynajmniej dla mnie, całkiem innymi drzwiami. Ot, trafiło mi się, że akurat umieścili je w jakiejś reklamie w gazecie. Ładnie wylistowane przykłady wszystkich :), :p, :D i tym podobnych. I... od razu z instrukcją, że trzeba obrócić kartkę/telefon na bok, żeby zobaczyć, co jest grane! Uważam za fenomenalny fart, że trafiłam na takie how-to, bo później wielokrotnie, wielokrotnie trafiałam na pomysłowe listy ikonek wszelaki, mniej lub bardziej fantazyjnych (generalnie bardziej), ale takiej podpowiedzi jak tamta - już nigdy.
Tak więc obstawiam, że poznałam je i nauczyłam się je obsługiwać jakoś w połowie 2003. W tamtym notatniku ich jednak nie uświadczymy, bo uważałam korzystanie z nich za niefajne zżynanie pomysłu. A szybko zaczęłam nabierać na to ochoty! Aż dziwne, że ludzie przez tysiące lat się bez tych ozdobek obywali, a teraz nagle... Ja w każdym razie szybko się do nich przyzwyczaiłam i moim pierwszym uprzedzeniom wywiesiłam białą flagę, jednak akurat w tamtym osiem-miesięcy-trwającym notatniku żadnej nie ma, najwyżej takie poziome falki czy łamane mające odzwierciedlać stan mojego humoru w inny nieco sposób...

No i nie mogę Wam do tego nie pokazać tej wspomnianej melodii, która była pod każdym, i muzycznym i tekstowym, zwyczajnie genialna:



Jak by ktoś chciał, tu jest angielska wersja. Aż miło posłuchać jak te dwie wersje dorównują sobie nawzajem.

Mamy w garażu starego UAZa. Takiego wojskowopodobnego, khakowego i z ruskimi napisami (tak, wiem, że każdy duży i mały chłopiec chciałby taki ). Niestety był on już w takim stanie, że w zasadzie mógł on sobie tam już tylko stać, bo nikt by nam go nie pozwolił na ulicę puścić :/
Ale... teraz tata z pomocą nieporadnego chłopaka mojej siostry (żadno z nich nie jest superbohaterem) ostatnio się za niego wziął! Właśnie trwa rozbieranie:


(Szkoda, że nie mam pod ręką żadnego zdjęcia z czasów jego świetności :/ )

Później wyczyścimy i tata niedługo zabierze się za blacharkę. Już mu nawet ostatnio w Google szukałam, gdzie i za ile można kupić. Jedyny problem z tym, że jak tata mówi niedługo, to... W końcu po kimś musiałam odziedziczyć to kuriozalne podejście do upływu czasu Xq

Wyregulowały mi się wreszcie nieco sprawy z pisaniem/odpisywaniem. Do Sally McHill napisałam już dawno, do Nieustraszonej - jeszcze dawniej, Capitano Senseschi też już ma... Teraz w zasadzie tylko opowiadanie dla Niessamowitego Profesora, w które szczęśliwie już weszłam i (nie licząc nadciągającej kolejnej części Tego dziwnego uczucia oraz Pyrkonu 2012, o którym najwięcej dotąd napisałam tutaj) czytanka na temat animowanych wersji Powrotu do przyszłości od RedHatMeg. Z tym pierwszym siedzę już odwczoraj, więc dla odmiany raczej sobie poczytam.

Super Informatyk pyta o złoczyńców. No nie wiem, źle jest. Znaczy: ja sobie radzę, oni nie. Ostatnio łaziłam (już mi się nawet latać nie chciało) po mieście, rozglądam się, a tu jeden sterczy za rogiem przy szkole i nogi podstawia przedszkolakom. No co za...

Kroniki Kurczęce część XXIV:
Panienki z okienka


No dobrze, to teraz coś bardziej zwyczajnego do kompletu, a co też mi dzisiaj troszkę dzwoniło między uszami: